Willkommen

Katastrofa wisi w powietrzu. Wiemy, że za chwilę Hitler dojdzie do władzy. Ale w Kabarecie Kit Kat jeszcze nie widać nadciągającej klęski. Świat się kręci!

Gdyby nie było żadnego innego powodu, to fakt, że ma się w zespole takie skarby jak Magdalena Smalara i Krzysztof Szczepaniak dostatecznie uzasadnia wpisanie Cabaretu do repertuaru Teatru Dramatycznego. Ale przecież jest jeszcze wiele innych powodów. Po pierwsze, to świetny musical z brzęczącymi w uchu szlagierami z Money. Money na czele. Po drugie, to wzorowo napisana historia romantyczna, która nadaje się na przebojowy spektakl dla wszystkich. Po trzecie, to wciąż dramatyczne ostrzeżenie przed recydywą faszystowskich ciągot. Wprawdzie w Polsce nie mamy, na szczęście, zbyt silnych tego rodzaju tradycji, ale strzeżonego…

Dość przypomnieć, że w dniu premiery Cabaretu w Teatrze Dramatycznym w Niemczech ukazało się nowe oficjalne wydanie Mein Kampf, do niedawna objętego absolutnym zakazem publikacji, Tę samą książkę nomen omen studiował z trwogą bohater spektakl, Amerykanin Cliff Bradshaw z przelotną wizytą w Europie lat dwudziestych ubiegłego wiek, kiedy dogorywała Republika Weimarska. Wprawdzie to dzisiejsze Mein Kampf to wydanie naukowe, z komentarzami, słowem rzecz przeznaczona dla ludzi poważnie studiujących historię, ale zbieg okoliczności wywoływał jednak dreszcz, zwłaszcza kiedy słyszało się pieśń Przyszłość należy do mnie o wymowie nazistowskiej, którą na zakończenie pierwszej części spektaklu wstrząsająco wykonywała Magdalena Smalara w duecie z Tomaszem Budytą. W filmie Boba Fosse’a tę kiczowatą sentymentalną pieśń, odwołującą się do źródeł niemieckiego nacjonalizmu wykonywał jasnowłosy chłopiec w mundurku Hitlerjugend. Duet Smalara-Budyta zabrzmiał równie mocno.

Budyta to także jedno z zaskoczeń tego przedstawienia, w którym objawił się, na nowo narodził aktor zapomniany i skazany przez rozmaite okoliczności na zapomnienie. A przecież aktor świetny. Równie mocno przypomniała o sobie Agnieszka Wosińska w roli szefowej podejrzanego nieco pensjonatu – dawno nie widzieliśmy jej w takiej formie. Partnerował jej świetnie Piotr Siwkiewicz jako Rudolf Schultz, niedoszły małżonek, odtrącony po przyjęciu zaręczynowym ze względu na niewłaściwe pochodzenie.

W najtrudniejszym położeniu była Anna Gorajska w roli Sally Bowles, gwiazdy kabaretu Kit Kat. Z Lisą Minelli trudno się ścigać, zwłaszcza z czasów, kiedy grała tę rolę, będąc u samego szczytu kariery. Gorajska nie próbowała iść z nią zawody, ale szukała własnej lirycznej drogi i ze zmiennym szczęściem odnajdywała właściwe tony. Mateusz Weber jako Amerykanin w Berlinie poradził sobie wyśmienicie, był wiarygodny, nie stroił min, śpiewał czysto i potrafił połączyć liryzm z pewną dozą straceńczej odwagi kogoś, kto rzuca się bez asekuracji do pustego basenu.

Dobrze sprawiły się girlsy, żeńskie i męskie. Ktoś niepotrzebnie się użalał, że było ich za mało, że scena ziała pustką, a w kabarecie powinno być rojno. Może i powinno, ale bodaj po raz pierwszy od wielu lat scena Teatru Dramatycznego została w pełni zaanektowana przez żywioł spektaklu, aktorzy i muzycy (grający na żywo) wzięli ją w posiadanie – dekoracja nareszcie nie stanowiła przeszkody, ale stała się sojusznikiem grających, śpiewających i tańczących aktorów – numer miłosny z Gorylem nie-żydówką (Natalia Sakowicz) należała do najlepszym w przedstawieniu. Zachwycił w niej Krzysztof Szczepaniak (Mistrz Ceremonii), przebojowy w całym spektaklu, najwyraźniej nieskrępowany zasłużoną sławą swego genialnego poprzednika Joela Greya z filmu Fosse’a. Od debiutu w Dramatycznym, a nawet wcześniej, od spektaklu warsztatowego MP-4 (w reżyserii i pod opieką Mariusza Benoit) zwrócił uwagę na skalę swojego talentu. A że do tego jest pracowity, na wyniki nie trzeba było długo czekać. Rola w Cabarecie, w której czuje się jak urodzony, to kolejne jego zwycięstwo, pokaz aktorskiej sprawności, energii, możliwości wokalnych i chemii, jaka powstaje między nim a publicznością.

Mamy więc w Dramatycznym na dużej scenie bardzo dobry spektakl, łączący walory sztuki popularnej i wysokiej. Ręce same składają się od oklasków. Duża w tym zasługa Eweliny Pietrowiak, która nie szukała wydziwionych rozwiązań, ani też na siłę nie wypychała przedstawienia politycznymi aluzjami, ale uwierzyła muzyce, scenariuszowi i aktorom. Powstał spektakl zrobiony z wdziękiem i nerwem, a wcale poważny.

Tomasz Miłkowski

CABARET na podstawie sztuki Johna Van Drutena i opowiadania Christophera Isherwooda, libretto Joe Masteroff, muzyka John Kander, piosenki Fred Ebb, tłum. libretta Kazimierz Piotrowski, tłum. piosenek Wojciech Młynarski, autorem tłum. piosenek Don’t go i I don’t care much jest Szymon Żuchowski, reżyseria Ewelina Pietrowiak, scenografia Katarzyna Nesteruk, choreografia Artur Żymełka, kierownictwo mu. i aranżacja Urszula Borkowska, przygotowanie wokalne Anna Chmielarz, reż. światła Łukasz Różewicz, Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy, Scena im. Gustawa Holoubka, premiera 8 stycznia 2016

Jedna myśl na temat “Willkommen

Dodaj komentarz