Konkurs krzyku?

Jeszcze o spektaklu KRZYCZCIE, CHINY! w Teatrze Powszechnym:

Corocznie w moim rodzinnym mieście odbywa się nietypowe wydarzenie dumnie nazwane „Międzynarodowym Konkursem Krzyku”. Są to jedyne tego typu zawody w Europie, rzecz podobna ma miejsce jedynie w Japonii. Chętni stanąć do boju w konkursie (ci najmłodsi mają często nie więcej niż po trzy lata) krzyczą do specjalnej aparatury pomiarowej. Osoba, której głos osiągnie największą liczbę decybeli, wygrywa. Często byłam widzem tego wydarzenia i zastanawiałam się nad sensem tych wrzasków. Bo co też niesie za sobą krzyk niewyrażający żadnych emocji? Wystarczy spojrzeć na enigmatyczną postać z obrazu Muncha, żeby uzmysłowić sobie jak wiele może kryć się za zwykłym wrzaskiem: strach, złość, bezradność, podniecenie, przerażenie. Podczas wspomnianego konkursu krzyk zostaje sprowadzony do zwykłego aktu, odartego ze wszystkich sensów i namiętności. Podobne odczucia mam po projekcji najnowszego spektaklu w reżyserii Pawła Łysaka, który scharakteryzowałabym następująco: dużo krzyku, zero prawdziwych emocji.

 

 

Zygmunt Hübner pisał: jestem zwolennikiem teatru, który się wtrąca […] do polityki, do życia społecznego i do najbardziej intymnych spraw ludzkich. Teatr Powszechny, idąc za ideą swojego patrona, stara się w nowatorski sposób mówić o aktualnych tematach politycznych i istotnych problemach społecznych. Paweł Łysak, dyrektor warszawskiej sceny, wziął na warsztat sztukę traktującą o poniżeniu i nierównościach rasowych. Rosyjskiego autora, Siergieja Trietjakowa, współtwórcy LEF-u [Lewyj front iskusstw] do napisania dramatu „Krzyczcie, Chiny!” zainspirowały autentyczne wydarzenia, które miały miejsce w czerwcu 1914 roku w Chinach.

W miasteczku Wań-siań znajdują się wielkie amerykańskie składy naftowe, w których za marne pieniądze pracują Chińczycy. Pewnego dnia dochodzi do bójki pomiędzy przewoźnikami a agentem amerykańskiej firmy eksportowej. Następnego dnia, z pobliskiej rzeki Jang-tse, zostaje wydobyty trup owego agenta. Uroczysta ceremonia pogrzebowa i wysokie odszkodowanie wypłacone rodzinie zmarłego to, według Amerykanów, niewystarczające zadośćuczynienie. Zostaje wydane rozporządzenie: za jednego białego, musi zginąć dwóch Chińczyków. No i ginie, dwóch Chińczyków.

Sztuka porusza wciąż bardzo aktualny problem dyskryminacji rasowej. Trietjakow przedstawia Amerykanów i Europejczyków jako bezlitosnych imperialistów, którzy postrzegają lud chiński jako ludzi zacofanych. Robotników, stworzonych tylko po to, aby im służyć. Wykorzystują swoich podwładnych, sukcesywnie obniżają im i tak żałośnie małe wynagrodzenie, i stosują wobec nich okrutne kary fizyczne. Wydawałoby się, że temat świetnie wpisujący się w ideę naszej stołecznej sceny, która się wtrąca, prawda? Zanim jednak przejdziemy do spektaklu Łysaka, słówko o historii wystawienia polskiej prapremiery tekstu Trietjakowa, bo ta, zdążyła już obrosnąć niemałą legendą.

„Krzyczcie, Chiny!” po raz pierwszy w Polsce pokazano w roku 1932 w Teatrze Wielkim we Lwowie. Reżyserował Leon Schiller, a sam spektakl został zrealizowany z ogromnym rozmachem: wielka obsada (poza głównymi rolami ponad 50 statystów!), rozbudowana scenografia i, jak na ówczesne czasy, oryginalne efekty specjalne (na scenie użyto m.in. armat). Sztuka wzbudziła wiele emocji wśród publiczności: historia chińskich przewoźników była czymś zupełnie nowym w teatrze polskim, ale również czymś bardzo znanym – Polacy dobrze pamiętali wówczas, co oznaczają imperialne żądze europejskich mocarstw. Przedstawienie Schillera, tak odmienne od prezentowanych w owym czasie spektakli, gromadziło przedstawicieli wielu sfer, jednak niezależnie od klasy społecznej, wszyscy pozostawali pod dużym wrażeniem dzieła: nizinom widowni zapierało nieraz dech w piersi, a przez wyżyny przyjmowane były z demonstracyjną radością – recenzował Henryk Zbierzchowski. Z drugiej strony, powstawały protesty, mówiono o propagandzie ziejącej ze sceny i o antynarodowej postawie Schillera. Przedstawienie było ostro krytykowane przez władzę i mimo świetnych recenzji, zostało zagrane we Lwowie zaledwie 7 razy. Prezentację faktomontażu zawieszono pod pretekstem problemów technicznych. To jednak nie zraziło Schillera do kolejnych realizacji: po Teatrze Wielkim, reżyser pokazał „Krzyczcie Chiny!” w Teatrze Miejskim w Łodzi (49 razy) i w Teatrze Nowe Ateneum w Warszawie (34 razy). Ponad 80 lat po Lwowskiej prapremierze, po tekst radzieckiego autora sięga Paweł Łysak.

Duża Scena Teatru Powszechnego zostaje zaaranżowana w nietypowy sposób: aby dotrzeć do swoich miejsc należy przejść przez przestrzeń do grania, mijając tym samym obecnych już na niej i rozgrzewających się aktorów przedstawienia. Widzowie zostają niejako uwięzieni na swoich miejscach: żeby wydostać się z pomieszczenia należałoby przejść przez scenę, a tym samym znaleźć się w samym centrum spektaklu. Przerwy w „Krzyczcie, Chiny!” też nie ma. No cóż, pozostaje widzom współtworzyć obraz Łysaka przez kolejne 95 minut.

Największym problemem realizacji jest nieustająca próba zaskoczenia widza. Zaskoczenie mają wywołać liczne imponujące (niestety tylko w założeniu) zabiegi inscenizacyjne zastosowane w spektaklu. Mini basen, w którym rozgrywa się dramatyczna scena topienia Chińczyka. Kamera, która wyświetla na telebimie zbliżenia ciał aktorów. Muzyka na żywo, nadająca przedstawieniu nieco rockowego charakteru. Rozdawanie publiczności szampana. I wreszcie – podwieszanie aktorki nad sufitem. Fajnie, ale to wszystko już było. Nagromadzenie środków nie pozwala dobrze wybrzmieć głównemu przekazowi sztuki Trietjakowa. Sztuki, która, choć nie jest wybitnym tekstem, rzeczywiście dobrze wpisuje się we współczesne problemy. Sztuki, która, ze względu na swoją Schillerowską historię, aż się prosi, żeby ją wystawić. Ale nie w takiej wersji. Nie w wersji, która zamiast poruszać istotne kwestie, sprowadza temat do tandetnego kabaretu. Co więcej, w realizacji Łysaka okropnie razi prześmiewcze i stereotypowe przedstawienie narodu chińskiego. Aktorzy, którzy wcielają się w przewoźników, mówią karykaturalnie, podkreślając zabawne brzmienie ojczystego języka mieszkańców Chin. W pewnym momencie na scenie pojawia się również żółta, plastikowa maska, która zamiast śmieszyć (bo chyba taki miał być jej cel), budzi niesmak publiki. Odnoszę wrażenie, że spektakl Łysaka, zamiast wyrażać empatię w stosunku do poniżanego narodu, raczej propaguje pogardę w stosunku do „żółtej rasy”.

Przedstawienie stara się również aktywizować widza, wejść z nim w polemikę. Tylko po co? Chwyt świetnie wpisujący się w konwencję teatru postdramatycznego, ale na Boga, stosownie do tematu! Aktor prosi, aby widzowie pomogli mu trzymać linę, która stanowi narzędzie tortur przewoźników, podtapiana Chinka błaga o ratunek czy też częstowanie publiczności szampanem i wznoszenie toastu za „białą rasę”. W obliczu poważnego przekazu sztuki, takie zachowania wydają się co najmniej niestosowne. Niestety, kreacje aktorskie również nie ratują przedstawienia: „Krzyczcie, Chiny!” to słabo zagrany spektakl.

Ostatnia scena. W końcu ma zawisnąć Chinka. Czy ją powieszono, czy popełniła samobójstwo? Nie wiemy. Kobieta zawiązuje sobie pętelkę na szyi, staje na krzesełku, krzesełko odpycha. Światła gasną. Kiedy zapalają się, Chinka wisi nad widownią i śpiewa piosenkę. Co chwilę przerywa swoje wystąpienie, aby skierować pytanie w stronę publiczności. Piłeś toast? – pyta kobieta. Scena jest dość psychodeliczna i w kontekście wcześniejszego toastu, który wznosi cała sala, bardzo niepokojąca. Właśnie ten moment najlepiej ukazuje przesłanie, które Łysak stara się zawrzeć w swojej realizacji: jaka jest nasza postawa wobec łamania praw człowieka. Czytamy i słyszymy o takich sytuacjach niemalże codziennie. Przeraża nas to, dotyka, może nawet próbujemy utożsamić się z ofiarami prześladowań, ale co z tego? Co z tego, kiedy pięć minut później zapominamy o problemie? Współczujemy innym, a jednak nie wychodzimy z wygodnej pozycji biernego obserwatora.

Czy jest to teatr społecznie zaangażowany? Raczej pretendujący do bycia zaangażowanym. Należy pochwalić odwagę Łysaka za próbę zmierzenia się z zapomnianym tekstem Trietjakowa, jednak wersja, jaką reżyser nam proponuje jest nie do przyjęcia. Co poszło nie tak? Konwencja kabaretowa, która przy powadze tematu budzi dyskomfort widza. Jedno jednak spektakl „Krzyczcie, Chiny!” obrazuje dobrze: w dzisiejszych czasach dużo krzyczymy, mało działamy.

GABRIELA STANKIEWICZ

Autorka jest studentka I roku studiów magisterskich WoT Akademii Teatr4alnej.

Dodaj komentarz