Chiny w powszechnym bigosie

Gdyby spektakl KRZYCZCIE, CHINY obejrzał Konstanty Puzyna:

Gdy 1 września 2014 roku Paweł Łysak przejmował dyrekcję Teatru Powszechnego im. Zygmunta Hűbnera w Warszawie z rąk Roberta Glińskiego, teatralne środowisko było zachwycone. Głośno mówiło się, że autor niekwestionowanego sukcesu Teatru Polskiego w Bydgoszczy ma jak największe szanse, aby podźwignąć warszawski Powszechny z zapaści. Nie protestowano, gdy nowy dyrektor odmładzał i odnawiał zespół aktorski, pokładano wielkie nadzieje we wprowadzanych zmianach. Czy słusznie?

Premiera sztuki Krzyczcie, Chiny Siergieja Trietjakowa w obecnej sytuacji polityczno-obyczajowej Europy mogło wydawać się twórcom spektaklu posunięciem niezwykle trafionym. Ostatecznie, cóż lepszego można zaproponować widzom, którzy na co dzień są bombardowani przez wszelkie media informacjami o wojnie w Syrii oraz powiązanym z nim problemie migracyjnym, niż sztuka rosyjskiego futurysty opowiadająca o wyzysku mieszkańców małej chińskiej wioski przez amerykańskich przedsiębiorców?

Otóż po wizycie w Teatrze Powszechnym okazuje się, że wszystko inne byłoby znacznie lepsze.

Spektakl Łysaka nie sprostał celowi, który niewątpliwie postawili mu twórcy. Mianowicie, w żaden sposób nie nawiązuje do gorących, wciąż podnoszonych problemów. Nie otwiera widzowi oczu na ciężką sytuację mieszkańców z krajów Trzeciego Świata, nie można się po obejrzeniu go poczuć choćby winnym brania udziału w procederze globalnego wyzysku. Dlaczego?

Problemem Krzyczcie, Chiny w reżyserii Pawła Łysaka niewątpliwie jest tekst. Sztuka, którą kiedyś z powodzeniem realizował Schiller, nie miała szans się obronić. Nie wytrzymała próby czasu, tekst się po prostu zestarzał. Wyzysk biednych mieszkańców małej chińskiej wioski przez bogatych, bezdusznych amerykańskich przedsiębiorców, co doprowadza do społecznych niepokojów, a kończy się śmiercią białego człowieka, za co kapitan amerykańskiego okrętu domaga się egzekucji dwóch Chińczyków, nikogo już dziś nie porusza w stopniu, jaki był celem twórców spektaklu. Problem wyzysku w krajach Trzeciego Świata poruszano dotychczas już tak wiele razy, choćby w głośnym dziesięć lat temu filmie dokumentalnym Chiny w kolorze blue w reżyserii Micha X. Peleda1, więc żaden widz nie opuści widowni wstrząśnięty. Dla nikogo już nie jest to nowe. Przez lata oswoiliśmy się z tą sytuacją. Wciąż słyszymy o bojkotach kolejnych koncernów odzieżowych, oskarżanych o wyzysk czy wykorzystywanie do pracy osób nieletnich.

Podstawowym źródłem problemu spektaklu jest nic innego jak nadmiar.
Twórcy wpadli we własne sidła, zastawili na siebie pułapkę urodzaju, co jest odczuwalne dla widza natychmiast po wejściu na widownię.

Biedną publiczność przez 95 minut bez przerwy, atakuje się coraz to nowymi teatralnymi „chwytami”, które nie są już ani nowe, ani spektakularne, ani choćby interesujące. Ich bezmyślne zagęszczenie, niczym dodatki do kapusty w tradycyjnym polskim bigosie, oddalają widza od jakichkolwiek treści, które sztuka mogłaby przekazać.
Jedyne, co przywodzą na myśl, to słynny tekst Konstantego Puzyny „Wiosna w konfekcji”2. Zbieżność między spektaklem Łysaka a tekstem Puzyny jest tak duża, że gdyby nie rozbieżność czasowa, to można by uznać, że „Wiosna w konfekcji” została napisana po wizycie właśnie w Teatrze Powszechnym. Niestety, na nieszczęście twórców Krzyczcie, Chiny ów niezapomniany pamflet, który napisał Puzyna o wyznacznikach, czyniących spektakl modnym i nowoczesnym, powstał w roku 1970, więc nawet tej zasługi nie mogą sobie przypisać.

I tak w Powszechnym niemal punkt po punkcie realizowany jest ów przepis na udany spektakl:

1. Na widownię widzów wprowadza się przez scenę, na której już siedzą niezainteresowani ruchem aktorzy.

Sytuacja ta, wraz z brakiem przerwy, powoduje niejako uwięzienie widza na widowni. Choćby nie wiem jak niezadowolony, raczej nie zdecyduje się na robienie aż takiego widowiska swoim opuszczaniem widowni. Nie miałby szans na niezauważone wymknięcie się i odetchnięcie w zaciszu foyer. Zostałby chcąc nie chcąc gwiazdą tego konkretnego spektaklu a tego na pewno by sobie nie życzył.

2. Publiczność kilkakrotnie jest przez aktorów „aktywizowana”. Prosi się siedzących najbliżej widzów, by pomogli wycieńczonym Chińczykom ciągnąć ciężki ładunek lub by wyciągnęli z basenu tonącą dziewczynę.

Takie „chwyty” najbardziej cieszyły zgromadzoną licznie na widowni młodzież w wieku szkolnym, która wręcz rwali się do pomocy. Pozostała część widowni zdawała się patrzeć na scenę nieufnie i z przestrachem, czy aby zaraz i ich ktoś do czegoś nie będzie namawiał. Jednak Teatr Powszechny ma pomysł jak pozbyć się tej niechęci. Otóż aktorzy częstują całą widownię szampanem. Gest od biedy dałoby się uznać za drobną osłodę wieczoru, gdyby nie pułapka, w którą wciąga się niczego niepodejrzewającą publikę. Toast na cześć białej rasy słusznie wzbudza opór.

3. Agresywność jest klamrą spinającą przedstawienie Łysaka w całość.
Od wejścia na widownię towarzyszy nam agresywna rockowa muzyka, biali wciąż kipią agresją wobec niewinnych Chińczyków.

4. Aktorzy nie opuszczali sceny ani na moment, gdy nie brali udziału w akcji, siadali albo między widzami, albo wracali na pozycje, które zajmowali gdy wprowadzano widownię.

7. Afabularności jako takiej trudno się dopatrzyć, ale paradoksalnie i z fabułą jest krucho. Na scenie panuje bowiem taki chaos, że wiele wysiłku należy włożyć w to, by zrozumieć co się właściwie dzieje. By wśród ryczącej muzyki, ciągłych wrzasków, trzaskania bata, nieustających zaczepek, skupić uwagę na linii fabularnej całego przedsięwzięcia należy mieć albo bardzo podzielną uwagę, albo chociaż być głuchym na jedno ucho.

8. Kukły pojawiły się w spektaklu w parze, symbolizowały wyciągnięte z rzeki zwłoki zabitych białych, sedna konfliktu. Nie są to jednak kukły człekokształtne. Ich fizjonomia jest na tyle symboliczna, że znacznie bardziej przypominają używany w szkole podstawowej na zajęciach gimnastyki korekcyjnej woreczek wypełniony groszkiem niż człowieka.

9. W tym punkcie Puzyna wspomina o big-beacie, jednak w Powszechnym mamy jego współczesny odpowiednik. Dwóch aktorów tworzy rockową kapelę, której akompaniament towarzyszy nam przez całe przedstawienie. Właśnie to jest teraz na topie wśród młodzieży. Ocenę warstwy muzycznej pozostawiłabym bardziej kompetentnym ode mnie, gdyby nie fakt, że ów nieustanny hałas zagłusza część dialogów, a także zniekształca śpiewane piosenki, ich teksty giną w nagromadzeniu dźwięków.

10. Seks pojawia się w dwóch wariantach, domniemanym i sceniczno-rzeczywistym.
W wariancie pierwszym są to ciągłe rozmowy o stręczycielstwie starej Chinki oraz o seksualnym wykorzystywaniu bardzo młodych kobiet z wioski przez białych przybyszów.
W wariancie drugim pokazano nam scenę gwałtu, ale zrealizowaną ni to naturalistycznie, ni metaforycznie. Z owej scenicznej hybrydy powstało coś, co ani nie porusza, ani nie przeraża, pozostawia natomiast widza kompletnie obojętnym na los krzywdzonej dziewczyny.

11. Ekspresyjność idzie w tym spektaklu pod rękę z agresywnością. Wrzask jest niemal nieustanny, co sugeruje już sam tytuł.

12. Thriller również był, i nie mam tu namyśli samego wątpliwej jakości doświadczenia obcowania z owym „dziełem”. Chodzi o scenę finałową, w której to biedna Chinka podwieszona pod sufitem, rozedrganym głosem krzyczy do publiczności, by zaskandowała słowo Chiny. Niestety, nie jest przekonująca, ponieważ publiczność nie daje się przekonać.

13. Pełzanie oraz miotanie się po podłodze jest chyba pomysłem reżysera na ukazanie wyzysku, zmęczenia i cierpienia, ponieważ nie rozstaje się z nim w żadnej z kluczowych dla tego wątku scen.

14. Przedmiotem obdarzonym nową funkcją w Krzyczcie, Chiny jest mikrofon wraz z zestawem perkusyjnym i aktorem jako wokalistą. Połączonym z pozostałymi przedmiotami dość drastycznie, przy użyciu bowiem znacznych ilości taśmy klejącej. Ciężko zatem stwierdzić, czy nową funkcję zyskał przedmiot, czy też człowiek.

15. PARODIA i była, i jej nie było. W zamierzeniu twórców nie było jej na pewno. Pojawiła się jednak samoistnie, biła ze sceny wprost na widownię. A była nią unosząca się aura aktualności i ważności przedstawienia – aktorzy emanowali dumą z brania udziału w czymś ważnym.

Szkoda jedynie, że tylko oni odnieśli takie wrażenie.

Niestety, udowodnionej powyżej zgodności z Puzyną nie można poczytać spektaklowi z Teatru Powszechnego za żadną wartość. Autor bowiem wyraźnie zaznaczył, że wszystkie wymienione przez niego „chwyty” są już zgrane i opatrzone. Czy więc reżyser sądził, że po ponad czterdziestu latach od powstania tego tekstu będzie inaczej? Raczej nie.

Jego celem było najpewniej dotknięcie widza, poruszenie go do głębi. Atakowanie go bodźcami tak długo i mocno, by psychicznie go zmęczyć, otworzyć mu oczy na dramatyczną sytuację ludzi, których warunki pogarsza każdy z nas, robiąc choćby najmniejsze zakupy.

Zamiast tego, zaserwował widzowi wyjątkowo ciężkostrawny, zupełnie niezrozumiały bigos, teatralnych środków wyrazu.

Źródłem całkowitej klęski spektaklu Krzyczcie, Chiny w reżyserii Pawła Łysaka jest zatem nadmiar dobrych chęci. Nie bez powodu mówi się, że dobrymi chęciami wybrukowano piekło.

W bezmyślnym nagromadzeniu fabuła znika, szybko przestaje kogokolwiek interesować.
Ustępuje miejsca teatralnej zabawie pod tytułem „Spójrz co można zrobić w moim teatrze”.

Kamila Raűber I rok mgr WoT

1Chiny w kolorze blue (China blue), reż. Micha X. Peled, USA 2005

2 Konstanty Puzyna, Wiosna w konfekcji, [w:] Burzliwa pogoda, PIW, Warszawa 1971, s. 130-135.

Dodaj komentarz