Z fotela Łukasza Maciejewskiego: HOLZWEGE, CZYLI TYNDYK

Peryferyjny spektakl TR Warszawa, nieoczekiwanie stał się najciekawszą artystycznie propozycją „Rozmaitości” od lat.

Chociaż bohaterem „Holzwege” jest Tomasz Sikorski, a spektakl obficie czerpie z biografii kompozytora, nie warto się łudzić, że (poza wyjątkami) publiczność przychodząca do TR, w ogóle wie, o kogo chodzi. Trochę na słowo honoru wierzymy, że mowa o jednym z najciekawszych kompozytorów muzyki współczesnej, ale przedstawienie Katarzyny Kalwat na podstawie tekstu Marty Sokołowskiej raczej skłania do poznania tej twórczości, niż potwierdza kompozytorską renomę Sikorskiego. Bohater grany przez Tomasza Tyndyka sytuuje się zresztą poza konkretną biografią, jest papierkiem lakmusowym wszystkich outsiderów, kolorowych ptaków, świętych grzeszników.

 

Z „Samotności dźwięku” – świetnego, wielokrotnie nagradzanego biograficznego dokumentu Jacka Piotra Bławuta o Tomaszu Sikorskim, wyłania się postać neurotyka, który nie walczył z neurozą, przeciwnie używał jej jako budulca do twórczości. Emocjonalność Sikorskiego była stymulowana muzyką, ale można chyba zaryzykować tezę, że to właśnie muzyka zjadała go od wewnątrz, destruowała psychikę. Sikorski, czołowy muzyczny minimalista i modelowy outsider, zakończył życie przedwcześnie. Wódka, agresja i autoagresja. I jeszcze samotność. Samotność przejmująca, bo doprowadzona do ekstremum. Samotność dźwiękowego minimalisty i bezdźwięcznego człowieka.

Na środku sceny przypominającej rudymenty z cudzych mebli, przedstawień, stoi wieszak. Oponenci i przyjaciele Sikorskiego (ich role się zmieniają) wspaniale grani przez Sandrę Korzeniak i Jana Dravnela przebierają się i rozbierają, wkładają kiecki i przekładają kartki na biurku, odbijają od siebie sadystyczno-wyrozumiałe piłeczki zrozumienia niezrozumiałego faceta. „Różyczka” z „Obywatela Kane’a”, tajemnica biografii Sikorskiego, to dla nich babranina w ego i id, zestawianie listów, muzyki, słów i partytur. Wreszcie, co stanowi ważny autoironiczny kontrapunkt, szukanie Sikorskiego buntownika, penetracja tego zjawiska wewnątrz siebie, w sublimacji aktorstwa, czy szerzej – artysty. Stąd nawiązania do wcześniejszych prac aktorów, a wreszcie ważna obecność Zygmunta Krauzego, wybitnego kompozytora, przyjaciela Tomasza Sikorskiego, zeznającego przed osobliwym trybunałem kim był Sikorski, co robił, jakie pisał listy itd. Im więcej słów, wytłumaczeń, konkretów, tym mniej wiary, że tajemnica śmierci kompozytora, tajemnica jego życia w ogóle zostanie rozstrzygnięta. Bo Sikorski staje się obrazem niedopowiedzianego, fakty z to abstrakcja, a kawiarniane anegdoty z udziałem kompozytora przechodzą w sferę mitu.

Żeby udało się z sukcesem przeprowadzić tak ryzykowny pomysł na biografię, Katarzyna Kalwat musiała znaleźć wykonawcę idealnego: aktora który niejako naturalnie połączyłby witalność z depresją. Nie mogła wybrać lepiej. Tomek Tyndyk jako Sikorski tworzy najważniejszą rolę teatralną od lat, porównywalną z wybitnymi kreacjami aktora u Warlikowskiego: Priora Waltera w „Aniołach w Ameryce” czy Robina w „Oczyszczonych”. Sikorski Tyndyka jest w tym samym momencie rozkapryszonym dzieciakiem, furiatem i egotykiem, co obolałym mędrcem, którego talent niszczy od środka, twórczość która staje się destrukcją. Znamy takich bohaterów, widzieliśmy ich nie raz, w kinie czy w teatrze, ale patrząc na charyzmatycznego Tyndyka ma się wrażenie, że Sikorski znalazł lustro. Holzwege to on.

Łukasz Maciejewski

 

 

Dodaj komentarz