Opowieści Zygmunta

Przez wiele lat przed świętami Zygmunt Broniarek pisał opowieść wigilijną i rozsyłał ją do licznych znajomych i przyjaciół.

Jego opowieści, w wersji polskiej i angielskiej wędrowały nawet za Ocean – zawsze otrzymywali je państwo Bush, a autor szczycił się potem serdecznymi podziękowaniami i życzeniami od byłej First Lady. Opowieści zresztą drukował na papierze firmowym stałego korespondenta akredytowanego przy Białym Domu, które to stanowisko cenił sobie najwyżej w swojej dziennikarskiej karierze, a sprawował je dwukrotnie w latach 1960–1967 i 1985–1990. Opowieści Zygmunta były utrzymane w duchu Dickensowskim, zawsze lekko stylizowane na staroświeckie i zawsze pełne życzliwości dla innych. Należeliśmy z moją rodziną do odbiorców tych świątecznych przesyłek. Kiedy przychodziły, budziły mój podziw wytrwałością postanowień, przywiązaniem do tradycji, ale i pewne zakłopotanie, bo nie wiedziałem, w jaki sposób mogę się wywdzięczyć za tak wyrafinowane dowody pamięci. W roku 2012 opowieść Zygmunta już nie przyszła. Wtedy dopiero zrozumiałem, że naprawdę odszedł.

Poznaliśmy się dopiero w III RP, mimo że w czasach PRL-u przez pewien czas pracowaliśmy w jednej redakcji. On był wówczas korespondentem w Waszyngtonie, a ja skromnym wyrobnikiem w dziale kultury. Oczywiście, znałem go z lektur i lapidarnych felietonów telewizyjnych. Ale była to znajomość jednostronna.

Pierwszy raz zobaczyłem go z bliska w redakcji „Collection”, miesięczniku, który tworzyła Teresa Gałczyńska. Miesięcznik przetrwał pół roku jak wiele innych rodzących się wówczas w pośpiechu i równie szybko gasnących tytułów. Jednym z nich był zapomniany dzisiaj miesięcznik „Zygmunt Broniarek uczy języków obcych”, w którym pełniłem godność zastępcy redaktora naczelnego. Prawdę mówiąc, oprócz redaktora technicznego było nas tam dwóch, Zygmunt przygotowywał lwią część magazynu, zawierającą lekcje i porady praktyczne, jak się nauczyć błyskawicznie języka obcego, a w szczególności angielskiego, ja przygotowywałem tzw. michałki ku ozdobie całości. Jeden z takich michałków przetrwał w moim komputerze, a brzmi zaskakująco (tak to z Szekspirem bywa) aktualnie:

„Something is rotten in the state of Denmark

Kwestia Marcelussa w „Hamlecie” Williama Szekspira (akt I, scena 4).

Tłumaczenie całości:

według Józefa Paszkowskiego (1862): „Widno jest coś chorobliwego w państwie duńskim”;

według Macieja Słomczyńskiego (1978): „Coś przegniłego jest gdzieś w państwie duńskim”;

według Stanisława Barańczaka (1990): „Coś w samej rzeczy gnije w państwie duńskim”;

potocznie zaś przyjęło się porzekadło: „Źle się dzieje w państwie duńskim”.

Takie to były gry i zabawy na początku lat 90. ubiegłego wieku. Wkrótce jednak się urwały, bo pismo przestało wychodzić, ale zadzierzgnięta więź pozostała. Stąd opowieści wigilijne Zygmunta Broniarka zaczęły do nas przychodzić.

Niebawem nadarzyła się okazja, aby okazać wdzięczność za te przesyłki. Otóż z okazji 50-lecia twórczości dziennikarskiej Zygmunta Broniarka, jubilat wraz z żoną Elżbietą wydali w samo południe 19 października 1994 w „Bazyliszku” na warszawskim Starym Mieście koktajl jubileuszowy. Gości było co niemiara, a niespodziewanym okazał się ówczesny prezydent Portugalii Mario Soares, który przybył do tego samego lokalu na obiad i nie obyło się bez wzajemnych pozdrowień. Wszystko to Zygmunt opisał w szczegółach w swojej książce „Okiem światowca” (2000), w której aneksie znalazł się także mój… poemat, jak to wykwitnie nazwał. Ten wierszowany utwór powstał na kształt i podobieństwo mickiewiczowskiego „Konrada Wallenroda”, który jak wiadomo zaczyna się bardzo epicko i średniowiecznie:

„Sto lat mijało jak Zakon krzyżowy

We krwi pogaństwa pogaństwa północnego brodził”.

Moja podróbka rozpoczynała się także podniośle:

„Pół wieku przeszło jak dzielny Broniarek

W odmętach czarnych atramentu brodził”.

I dalej, jak kto ciekaw, to przeczytać może we wspomnianej książce. Nie przepisuję tego utworu w całości, bo jestem prześladowany w rodzinie za rymowanie okolicznościowe na zawołanie i wolę się narażać. Ale jednak muszę przywołać jedną apostrofę z trzeciego (za przeproszeniem) ustępu poematu, która bardzo Zygmunta usatysfakcjonowała: „Lecz on porzuca inkaustu zdroje!”. Potem następował opis techniczno-duchowej przemiany bohatera, a po ujawnieniu, że Broniarek z pióra przeszedł na komputer jako środek zapisu swych myśli, całość zamykała zwrotka ucieszna a skoczna:

„Z tego wynika,

Co może technika.

Nie tylko podwiki

Zmieniają techniki”.

Mistrz musiał być wielce ukontentowany, skoro ostatnie słowa w swej książce poświecił „interpretacji” mojego wierszyka (tu zacytuję):

„No i proszę, czyż nie jest to poezja wręcz mickiewiczowska? „Lecz on porzuca inkaustu zdroje” — „Czy chce odmienić całe życie swoje?” Dlaczego nikt nie pisze dziś takich wierszy? Ze wspaniałymi rymami? Dlaczego wszyscy uciekają w wiersz biały?”.

Te dramatyczne pytania to wynik naszego przypadkowego spotkania w Teatrze na Woli, gdzie wspólnie z wielką radością słuchaliśmy jak Zbigniew Zapasiewicz mówi wraz z żoną Olgą Sawicką z akompaniamentem Włodzimierza Nahornego – „Kwiaty polskie” Juliana Tuwima. Nie wszystkie kawałki w tym cudownym poemacie są rymowane. Bardzo zdziwiło to Zygmunta i po spektaklu zaniepokojony zapytał: To wiersz może być bez rymu? Próbowałem polonistycznie i zawile wyłożyć, na czym polegały przemiany wiersza od rymowania do rytmizacji i wiersza różewiczowskiego. Ale Zygmunt tylko kręcił głową i powtarzał: No, wiersz bez rymu, dziwne, dziwne. Jak widać, wolał jednak z rymem i taki na jubileusz wysmażyłem.

Miało być o Zygmuncie, ale wyszło na to, że to jeszcze jedna jego wigilijna opowieść.

Tomasz Miłkowski

Tekst opublikowany w „Dzienniku Trybuna”, 23 grudnia 2015

Dodaj komentarz