Z fotela Maciejewskiego: UFO NASZE CODZIENNE

 „PŁATONOW”, reż. Konstantin Bogomołow, Narodowy Stary Teatr:

Czechowowi nic nie grozi. Ustanowił wzorzec portretu psychologicznego w teatrze. Bohaterowie twórcy „Wiśniowego sadu” i „Płatonowa” bawią się w cierpienie, ponieważ cierpią naprawdę, nie potrafią jednak zdefiniować, dlaczego tak jest, skąd się to bierze, skąd cała ta nostalgia. Zagadują małe dramaty, zapijają je herbatą, leniuchują i dedukują. Nuda jest częścią egzystencji, dobrym wytłumaczeniem bezwładu.

W najnowszej adaptacji „Płatonowa” w reżyserii Konstantina Bogomołowa bezwład „czechowowskich ludzi” niewiele ma w sobie wdzięku, budzi jednak nie tyle sprzeciw, co zrozumienie. Oni to my. Bezkształtni, bezpłciowi, z wyjałowioną fantazją. „Płatonow” w reżyserii Bogomołowa także śmieszy, ale od dawna nie miałem w teatrze poczucia, że uśmiechnięty grymas części widowni brzmi brutalnie, autoironicznie. Samo-obnażenie.

 

Młodzieńczy dramat Czechowa, opowieść o rosyjskim donżuanie, prowincjonalnym nauczycielu Płatonowie, którego czarowi ulegają kolejne kobiety, w tym błyskotliwa i piękna generałowa Anna Wojnicew, traktuje się niekiedy jako pierwociny, właściwy wstęp przed późniejszymi arcydziełami z „Trzema siostrami”, „Mewą” i „Iwanowem” na czele. Czechow melancholijnie żegnał się z XIX-wieczną inteligencją, bez nadziei witał z ich następcami. Niby nie ma już powrotu do tamtego świata, wyprawa do Moskwy nie jest wyzwaniem ponad miarę, a widmo bankructwa majątków od dawna zastąpiło widmo idei, brak pryncypiów którym warto zawierzyć, a jednak cudowni utracjusze i piękne, smutne męczennice z Czechowa, wydają się bliżsi niż kiedykolwiek wcześniej, trochę im zazdrościmy. Oni wciąż uparcie szukają sensu, a chociaż niczego specjalnego nie znajdują, nie przestają działać. Nam już się nie chce. Pojęcie sens jest ikonką w „google”, na iphonie. Za chwilę sens zmieni się zresztą w seks. I tak w kółko.

Bogomołow przyzwyczaił widzów do odważnych reinterpretacji klasyki literackiej: od „Komety nad Doliną Muminków”, poprzez „Wiele hałasu o nic”, „Proces”, po „Szalony dzień, czyli wesele Figara”. W tym kontekście krakowski „Płatonow” wbrew zapowiedziom jest adaptacją zaskakująco wierną. Nowe tłumaczenie Agnieszki Lubomirskiej Piotrowskiej zdecydowanie wzmacnia ironię tekstu, ale nie uwspółcześnia Czechowa na siłę. Teatralny wieczór w „Starym” jest jednak wieczorem pełnym konfuzji. Scenografia i kostiumy autorstwa Larisy Łomakinej są z epoki: kredens, łóżko, krzesełka, wszystko jest jak trzeba, ale w mieszczańskim XIX-wiecznym saloniku, ni stąd, ni zowąd poleguje pralka typu „Frania”, a co jakiś czas na niebie (to tylko parę żarówek) pojawia się latający spodek. UFO, czyli spektakl z życia ludzi, z życia glist.

Ryzykowny wydał mi się początkowo pomysł, żeby kobiety grały role męskie, i na odwrót. Niesłusznie, zabieg nie tylko świetnie się sprawdził, ale nie miał też w sobie niczego z czczej prowokacji. Bogomołow, czytając uważnie Czechowa, zrobił bowiem wspaniały spektakl o UFO naszym codziennym, które niczego nie rozumie i dlatego nikogo nie ocenia. Po zamienieniu ról kobiecych na męskie, nie ma żadnych istotnych zmian w szyku tekstu. Płciowość jest nie tyle umowna, co uzależniona od kontekstu. Anna Radwan (Płatonow) w najważniejszej od lat teatralnej roli nie udaje mężczyzny, kobiecość aktorki staje się synonimem cech charakteru, psychofizyki. Wytłumaczeniem, dlaczego jedna osoba działa na inne (erotycznie, intelektualnie, publicznie), a pozostałe – pomimo najlepszego przygotowania i wspaniałych warunków – na zawsze zostaną szaraczkami bez wyrazu. Bardzo to błyskotliwe i odkrywcze. Rozpisuję się o Annie Radwan, ale w zasadzie tym razem trzeba by przepisać całą obsadę. Wiele mówi się o kryzysie w zespole „Starego”, o mało udanych przedstawieniach, a jednak – być może jeszcze poza teamem Teatru Polskiego we Wrocławiu – nie znajduję w Polsce żadnego teatru, w którym udałoby się przeprowadzić z sukcesem aż tak karkołomny pomysł. Bogomołow nie tylko kazał aktorom „Starego” przyjąć role żeńskie, a aktorkom – męskie, nie tylko konsekwentnie wzbogacił tło o abstrakcję rodem z nieco tandetnego science-fiction (posłańca zagrał elektroniczny kosz na śmieci, a Ewa Kaim jako Abraham ma ujmujące elfie uszyska), ale sprowokował zespół do podawania tekstu niemal na biało, poza emocjami. Chciał wykluczyć Czechowa z Czechowa, żeby – to pozorny sylogizm – uzyskać Czechowa do kwadratu. Aktorstwo do kwadratu.

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz