Performatolog, czyli młot na „Kordiana”

W osobliwy sposób uczcił 250. rocznicę urodzin Teatru Narodowego w Warszawie Dariusz Kosiński, performatolog (dawniej: teatrolog) z Uniwersytetu Jagiellońskiego, pełniący również obowiązki zastępcy dyrektora Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego. Otóż na portalu tegoż Instytutu (e-teatr) pomieścił felieton Jubileusz. Kulminacja, w którym dał wyraz swej niechęci wobec jubileuszowej premiery Kordiana w reżyserii Jana Englerta.

 

Nie wdając się w zbędne (?) szczegóły performatolog poczyna sobie tak: „19 listopada 2015. Wieczorem premiera „Kordiana” w reżyserii Jana Englerta, przygotowana specjalnie na jubileusz Teatru Narodowego. Widziałem to wyjątkowo – moim zdaniem – puste, chaotyczne i niemądre przedstawienie dopiero następnego dnia, więc mogę sobie tylko wyobrazić, jak elita polskiej władzy reagowała na Kordiana, który dojrzał i stał się Prezesem, na polskiego aniołka i diabełka sprowadzających dylematy niegdysiejszego bohatera do poziomu kreskówek Disney’a, na machanie flagami i bieganinę tam i sam jako na alegorię polskich losów. Pewnie klaskali, tak samo jak widzowie drugiej premiery. Może nawet – jak na tej drugiej premierze – spora ich część wstała? Może nawet wstał prezydent? Może pani premier wstała? A może nawet – kuszący pomysł – wstał sam Prezes?”.

Dawno nie czytałem opinii – moim zdaniem – tak wyjątkowo pustej, chaotycznej i niemądrej. Kosiński swoje oceny rzuca jak perły na wiarę, ale bez dowodu (poza inwektywami), dając w ten sposób wzorzec antyrecenzji swoim studentom. Chyba że za koronny dowód trafności jego zarzutów przyjmiemy aprobatę publiczności, a osobliwie VIP-ów. Skoro widzom się podoba, nawet Prezydentowi, przedstawienie nie może być dobre, argumentuje. Szczególna logika, wedle której należałoby przyjąć jako pewnik regułę negacji afirmatywnej: im gorzej spektakl przyjmuje publiczność, w tym samym stopniu rośnie jego ranga artystyczna. W ten sposób największe knoty mogłyby uchodzić za arcydzieła. I na odwrót.

Czego jednak można się spodziewać po autorze, który już 13 lat temu głosił na łamach „Dialogu” proroctwo upadku teatru dramatycznego? W artykule Teatr, którego nie będzie Kosiński wieszczył podówczas: „coraz wyraźniej widoczna jest anachroniczność instytucjonalnych teatrów dramatycznych (…). Funkcjonują one dziś na zasadach schizofrenicznych i wewnętrznie sprzecznych (…) Trwając przy martwych tradycjach, teatry te coraz wyraźniej zmierzają w stronę swoistego muzeum – martwego przybytku”. Diagnosta, który widzi dzisiaj Kordiana musi temu przedstawieniu zaprzeczyć całym swym jestestwem, przeczy bowiem ono w całości tezom i proroctwom sprzed lat. Nic się tak szybko nie starzeje, jak awangarda i nowoczesne diagnozy. Dzisiaj diagnoza Kosińskiego sprzed kilkunastu lat w całości nadaje się wyłącznie do archiwum. Trudno się do tego przyznać, zamiast więc rozprawić się ze sobą po męsku, performatolog łaje świetne przedstawienie, które nie pasuje do jego katastroficznej wizji.

Ale może te oceny wcale nie wynikają z tak głębinowych zasobów psychologii twórczości? Może, o zgrozo, nie chce mi się w to wierzyć, są następstwem prostego faktu, iż autor, tak przecież ceniony i nagradzany, zasłużony juror, przewodniczący rad, redaktor, badacz i dyrektor został zaproszony dopiero na… drugą premierę Kordiana, czyli nie zaliczono go do grona VIP-ów? To jednak tylko myśl przelotna, z którą się nie zgadzam i uroczyście odrzucam.

N.A. Czatach

Dodaj komentarz