Jak ten czas boli

W przypadku autora Mary Stuart łatwiej byłoby wskazać rejony sztuki, których nie uprawiał niż definiować Jego własną przestrzeń artystyczną.

Wolfgang Hildesheimer. Niemiec z urodzenia. Palestyński emigrant z rodzinno – politycznych uwarunkowań. Obywatel Europy z wyboru. Szwajcarski rezydent z potrzeby serca. Niezwykłą osobowość. Człowiek wielu pasji i talentów. Projektant wnętrz, malarz, grafik, scenograf, tłumacz, dramatopisarz, prozaik, eseista. A jakby tego było mało, podczas drugiej wojny światowej oficer brytyjskiego wywiadu.

Tekst Mary Stuart powstał w 1962 roku. Niemiecką – uściślając, niemiecko-polską – inscenizację zrealizował w Düseldorfie Konrad Swinarski (reżyseria) oraz Kazimierz Wiśniak (scenografia). Trzynaście lat później Hildesheimer ogłosił koniec działań teatralnych. I choć plotkowano, że w zaciszu gabinetu wciąż obmyślał małe formy epickie, lecz oficjalnie szedł tropem publicysty.

Trzeba powiedzieć, że Hildesheimerowski wizerunek Mary Stuart niesie mocny sygnał wiecznego niepokoju twórcy. Niepokoju, czy wręcz niezgody, która odbija się na planie rozmaitych ujęć jego bohaterki. Sam tryb zbliżeń określa nie biografia, ale biografizm. Stąd bowiem autor czerpie organiczną współzależność faktów uchwyconych w historycznym zamknięciu i w kadrach subiektywnej projekcji. Taki dualizm określa miary czasu. Moment przed egzekucją pęcznieje nafaszerowany cytatami z życiorysu Marii Stuart, z rejonów metafizyki oraz psychologii władzy. Dopiero cały ten łańcuch powinowactw i różnic osadza się wśród inscenizatorskich tworzyw. A wtedy otwiera się przestrzeń teatralnej gry. Łatwo w niej zabłądzić, ulegając pokusom efekciarstwa. Ale można też uruchomić emocjonalną pamięć, dotknąć jądra sensu, odkryć stylizatorskie horyzonty. Notabene przekład Doroty Sajewskiej ograniczył narracyjne przerosty tłumaczenia Barbary Witek – Swinarskiej.

Właśnie tędy, zespoliwszy myśli, uczucia, rozbudowaną strukturę przekazu, prowadzi aktorów reżyseria i scenografia Agaty Dudy – Gracz. Dzięki temu mocny, wsparty organiczną różnorodnością środków ekspresji spektakl, uzasadnia intencje tekstu. Tutaj pierwszy głos ma Mary Stuart Agaty Kuleszy. Akt odkształcania spotyka się bezpośrednio z aktem syntezy. Kulesza sięga ostrej, często wręcz żywiołowej deformacji, ale nigdy się za nią nie chowa. Zniekształcona, chwilami infantylna, daje bohaterce rys jej wielkości. W tym wtórują jej inni. Ilość dramatis personae została ograniczona i skumulowana. Wszyscy ustawiają się w kadrach szaleństwa, strachu, atrofii ludzkich odruchów. To jednak nie zmienia perspektywy, że świat przedstawiony krąży wokół majestatu władzy.

Status uczestnika dotyczy wszystkich komentatorów zachowań Królowej i odbija się w brzmieniach słowa, miarach gestu, rzeźbie mimiki. Chóralna wspólnota scalając, jednocześnie legitymizuje obecność solistów. Stąd wyrasta diaboliczny trójpodział głosów. Bełkot Głąba (Tomasz Schuchard) jako signum człowieczeństwa wykluczonego. Gmatwanina werbalnych i pozawerbalnych kwestii Raoula (Grzegorz Damięcki) jako element człowieczeństwa formatowanego przez zawiść. Przedmiotowe reakcje Kata (Przemysław Bluszcz) jako atrybut człowieczeństwa o parametrach maszynki do zabijania.

Gorzka diagnoza, w której aktywny udział biorą też inni wykonawcy (Paulina Gałązka, Maja Kleszcz, Wojciech Brzeziński, Wojciech Krzak, Bartłomiej Nowosielski). Natomiast sama idea współtworzenia służy również metaforyce obrazu, kiedy wizję reżysera dopełniają plany muzyki (Maja Kleszcz Wojciech Krzak), światła (Katarzyna Łuszczyk), ruchu (Tomasz Wesołowski).

Po premierze (Ateneum – maj’ 2015) spektakl został kilkakrotnie wypunktowany za rzekomy manieryzm. Ba zdarzały się krytykanckie lamenty, że cyrkowa akrobatyka formy, że kiepski występ(!) Agaty Kuleszy, że w ogóle i w szczególe banał (!!!). No cóż pisać każdy może, tylko dlaczego dyskredytować precyzyjną artystyczną robotę?. Tego nie wiem, ale wiem, że w przedstawieniu Dudy Gracz harmonia rodzi się z dysharmonii, sens z gry nonsensów, światło z głębi ciemności. Ślady prowadzą do sedna czasu, który autentycznie boli. Jest to kluczowy moment historii Mary Stuart. Moment na miarę teatru odważnego i własnego. Pani Reżyser, proszę o bis.

Jagoda Opalińska

O przedstawieniu „Mary Stuart” w Teatrze Ateneum pisała już w „Yoricku” nr 43 Grażyna Korzeniowska („Strojenie się do śmierci”).

Dodaj komentarz