Afera Schillera

Wokół książki „Faktomontaże Leona Schillera” pod redakcją Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej i po premierze „Krzyczcie Chiny” w Teatrze Powszechny” refleksje snuje Tomasz Miłkowski:

Pani Aleksandra Piłsudska była niezadowolona. Minister Pracy Aleksander Prystor jeszcze bardziej. Nazajutrz teatrzyk wystawiający w podziemiach Pałacu Rządowego w Poznaniu spektakl wg scenariusza Aleksandra Wata „Polityka społeczna R.P.” w reżyserii Leona Schillera minister nakazał zamknąć.

Na próżno Andrzej Strug, autor „Dziejów jednego pocisku”, szukał miejsca, gdzie spektakl jest pokazywany. Dowiedział się tylko, że już nie grają. Teatrzyk zwinięto po cichu.

 

Spektakl został przygotowany z okazji 10-lecia odzyskania niepodległości, poniekąd dla uczczenia sukcesów (skąd inąd rzeczywistych) polityki społecznej odrodzonego państwa polskiego na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu (1929). Pomysłodawcą przedstawienia był dr Alfred Krygier, zasłużony działacz PPS i szef Kas Chorych. Z propozycją przygotowania okolicznościowego scenariusza zwrócił się do Aleksandra Wata, poety i eseisty, związanego z futurystami o dość radykalnie lewicowych zapatrywaniach. Wat zdziwił się, że to właśnie on został poproszony o napisanie takiego tekstu, ale zlecenie przyjął. Wierny swoim przekonaniom, pragnąc zaświadczyć wobec jakich problemów staje świat pracy, nie napisał laurki. Przeciwnie, powstał raczej materiał oskarżycielski. Świadczący o poniżeniu robotników, ulegających zbyt często wypadkom w pracy, niechronionych odpowiednimi przepisami i ubezpieczeniami, narażonych na choroby zawodowe i wegetację.

Krygier dzielnie zniósł ten mocno niejubileuszowy tekst, zwłaszcza że reżyserii spektaklu podjął się sam Leon Schiller, a oprawy scenicznej Władysław Daszewski. Ich współpraca sprawiła, że powstał skromny, ale zaskakujący formalnie spektakl, nawiązujący do najnowszych poszukiwań Erwina Piscatora, a niebanalna obsada, w której znalazły się też prawdziwe gwiazdy (wśród nich sławny amanttyp aktorskiego emploi (= rodzaj ról, w których najlepiej ... Aleksander Żabczyński) ściągała publiczność, mimo braku jakiejkolwiek reklamy. Prawdopodobnie Krygier, przewidując ewentualne kłopoty, wolał się nie chwalić nieprawomyślnym spektaklem.

Pech jednak chciał, że na spektakl trafili przemysłowcy z Górnego Śląska i rozsierdzeni jego nieprzyjemnym przesłaniem sprowadzili na odsiecz panią Piłsudską i ministra Prystora. Tak zakończyła się ta pierwsza wycieczka wybitnego inscenizatora w stronę faktomontażu, jak byśmy dzisiaj powiedzieli: teatru faktu. Na osłodę gwałtownego przerwania eksploatacji „Polityki społecznej” Wat i Daszewski mogli nacieszyć się wcale pokaźnym honorarium, dzięki którym wraz z żonami spędzili parę tygodni na Zachodzie Europy.

Mimo zdecydowanie negatywnej reakcji władz państwowych, nie zrezygnował Schiller z następnych prób na terenie teatru politycznego, zafascynowany awangardą na Wschodzie i Zachodzie Europy. Doprowadziło to wkrótce do starcia z prawicową krytyką i świeżo okopaną na swoich stanowiskach sanacją.

Najpierw wystawił „Cjankali” (1930), faktomontaż Friedricha Wolfa, który obszedł triumfalnie sceny niemieckie, ale także we Włoszech, Francji, na nawet w dalekiej Japonii. Ta bezkompromisowa opowieść o kobietach zmuszanych do macierzyństwa, bez względu na warunki życiowe, skazanych często na fizyczną degradację, głód i cierpienia, wywoływała ogromne wrażenie w wielu krajach Europy. Osławiony paragraf 218 niemieckiego kodeksu karnego stanowił o bezwzględnym zakazie aborcji niezależnie od okoliczności życiowych. Z tym nieludzkim stanowiskiem polemizował swoją sztuką Wolf. Nieco później walkę tę podjął jako nieprzejednany publicysta „Wiadomości Literackich” Tadeusz Boy-Żeleński, zbierając owoc swoich bojów w książce „Nasi okupanci” (1932). Rzecz zdumiewająca, że tezy Boya i argumenty Wolfa, ponad 80. lat potem brzmią zastanawiająco aktualnie. Wolf, wydając już po wojnie „Cjankali” (1946) pisał z nadzieją, że jego sztuka niebawem stanie się sztuką wyłącznie historyczną, którą pokrywać będzie kurz w bibliotecznych archiwach. Ale tak się nie stało.

Jednak koroną faktomontaży Schillera okazała się sztuka Trietjakowa „Krzyczcie, Chiny!”. Najpierw zobaczył ją w Moskwie podczas wizyty w roku 1928, wystawioną przez Meyerholda (premiera 1926). Meyerhold nie szczędził inscenizatorskiego konceptu, aby walkę kulisów chińskch w mieście Wiań-siań z wyzyskiem i przemocą zachodnich właścicieli i ich zbrojnych reprezentantów przedstawić przekonująco. Publiczność ulegała magii takiego teatru agitacyjnego, który wzywał do solidarności i poparcia pokrzywdzonych. Publiczność moskiewska czynnie dołączała się do ich poparcia, odnotowano nawet przykłady bezpośredniej interwencji widzów w świat teatralny, odczytywany dosłownie – kiedyś widz próbował zaatakować nożem jedną z artystek reprezentujących zepsuty świat burżuazji, obsługa ledwo sobie z nim dała radę. Ale aktorka była zachwycona.

Tak pozytywnie zmotywowany przygotował Schiller swoje inscenizacje sztuki, ze znacznym nakładem środków. Pisano, że uczestniczyło w nich nawet stu wykonawców. Tak czy owak, udało się inscenizatorowi stworzyć wrażenie tłumu na scenie, starcia zrewoltowanych na koniec kulisów ze strzegącymi majątków zachodnich właścicieli żołnierzami z kanonierki.

Premiera we Lwowie (15 maja 1932) wywołała całą falę nie tylko recenzji, ale i donosów na komunistyczną jaczejkę, która zalęgła się we lwowskim Teatrze Wielkim, przedstawienie po siedmiu spektaklach zdjęto, a w gabinecie i mieszkaniu Schillera urządzono nawet rewizję. „Rewizje – donosił „Express Ilustrowany” – ujawniły obfity materiał kompromitujący. W mieszkaniu Leona Schillera znaleziono m.in. szereg książek, traktujących o współczesnym teatrze sowieckim”.

Schiller jednak nie ustępował i wkrótce wystawił sztukę Trietjakowa w Łodzi (15 grudnia 1932, zagrano 49 razy) i w warszawskim Ateneum (1 kwietnia 1933, grano 34 razy). Też nie obyło się bez szykan, pod Ateneum przy ul. Jaracza – przed, podczas i po spektaklach „Krzyczcie, Chiny!” – rezydował ambulans policyjny, czasem kogoś zatrzymywano i podawano przesłuchaniu, spektakl jednak szedł aż do wyczerpania się zainteresowania.

Wszystko to od dawna było owiane legendą i mgłą niewiadomego, scenariusze bowiem tych widowisk, teksty na podstawie których powstały spektakle, zaginęły w zawierusze wojennej i tylko po części udało się je odnaleźć. Można było więc tylko na podstawie recenzji i garści zdjęć wyobrażać sobie, jak to wyglądało. Teraz jednak nigdy wcześniej w Polsce niedrukowany dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... Siergieja Trietjakowa Krzyczcie, Chiny! pojawił się na afiszu Teatru Powszechnego w Warszawie (w reżyserii Pawła Łysaka), w nowym tłumaczeniu Henryka Chłystowskiego, bo przekład Andrzeja Stawara zaginął.

Spektakl w Powszechnym ujawnia, na czym polegała siła tego faktomontażu, choć nie próbuje, i słusznie, rekonstruować, wcześniejszych inscenizacji. Minęło wszak więcej niż 80 lat, zmieniły się oczekiwania estetyczne, język teatru i konteksty. W nowych szatach zachował jednak ten tekst siłę protestu, nieco złagodzonego elementami kabaretu, improwizacji, gry z widzami.

Przedstawienie rezonuje z nabrzmiałym problemem uchodźców, terroryzmem, neonazizmem – toast wznoszony podczas spektaklu na cześć białej rasy brzmi szyderczo. Nie każdemu się to spodoba, ale przedstawienie Łysaka daje do myślenia, a dla teatromanów stanowi nie lada gratkę: mogą porównać spektakl w Powszechnym z dawnymi widowiskami Meyerholda i Schillera dzięki książce pod redakcją Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej, wydanej przez Instytut Teatralny, „Faktomontaże Leona Schillera”. Znajdą w niej m.in. tekst Trietjakowa i wnikliwe opisy przedstawień „reportażowych” Schillera, przez niektórych wyżej albo tak samo cenionych, jak sławne „Dziady”. Trudno doprawdy przechwalić tę rzetelną, dopracowaną edytorsko książkę, dzięki której dowiadujemy się, że tekst Trietjakowa został bardzo dobrze napisany, zgodnie z regułami sceny. Dowiemy się też, że jej autor był doświadczonym człowiekiem kina i teatru, współpracownikiem Eisensteina i Meyerholda. Że ten autentyczny rzecznik nowej lewicowej sztuki padł na koniec ofiarą stalinowskich czystek. Doprawdy, jego życie mogłoby być źródłem fascynującej opowieści filmowej.

A sam tekst sztuki? Zawiera ogromny materiał tzw. didaskaliów, w których autor daje upust swojej ironii i o dziwo, poczuciu humoru. To wszystko jest nader zaskakujące, a zarazem potwierdza starą regułę, że najpierw rzecz trzeba poznać, a potem oceniać. Trochę się pospieszyli więc ci wszyscy, którzy pisali lekceważąco o utworze Trietjakowa, że to kiepska agitka.

Zresztą, kto wie, czy nie będziemy mieli wkrótce do czynienia z nowymi aferami o podobnym charakterze, jak ta, którą przeżył Schiller. Nad ich wywołaniem skrzętnie pracują mrówki robotnice jak Polska szeroka i długa (a to w Krakowie, a to we Wrocławiu) w obronie czystości polskiego teatru i kultury, dla ocalenia patriotycznej słuszności.

Tomasz Miłkowski

Tekst opublikowany w Dzienniku Trybuna 19 listopada 2015

Dodaj komentarz