Komu to dzisiaj potrzebne?

Któregoś dnia oślepniesz. Jak ja. Będziesz siedział gdzieś, punkcik zagubiony w pustce, w ciemności, na zawsze. Jak ja. Któregoś dnia powiesz sobie „Zmęczony jestem, usiądę”, i siądziesz. A potem powiesz sobie „Głodny jestem, wstanę i zrobię sobie coś do zjedzenia”. Ale nie wstaniesz. Powiesz sobie „Nie powinienem był siadać, ale skoro już siadłem, posiedzę jeszcze trochę, później wstanę i zrobię sobie coś do zjedzenia”. Popatrzysz chwilę na ścianę, a potem powiesz sobie „Zamknę oczy, może prześpię się trochę, będę się po tym czuł lepiej” i zamkniesz je. A kiedy je otworzysz, ściany już nie będzie. Znajdziesz się w nieskończonej pustce, której nie wypełniliby wszyscy wskrzeszeni zmarli wszelkich czasów, i będziesz w niej jak ziarnko piasku pośród stepu.

S. Beckett, „Końcówka”

Komu to dzisiaj potrzebne?

 

Kiedy przemierza się ten świat, nie sposób uciec od refleksji. Czasami te refleksje łowią autorzy i próbują na nie odpowiedzieć. Czasami sam czytelnik musi się z nimi zmierzyć, czyli – musi zacząć myśleć. Bez myślenia, refleksji, zadumy, otwarcia się na to, co nie zawsze proste i oczywiste, książka pozostanie jedynie niezrozumiałym, filozoficzno-literackim bełkotem. Jeśli jednak czytelnik odważy się wejść w ten świat, zabrać głos w rozmowie, okaże się, że to oczyszczająca i wzruszająca lektura, która pozostawia po sobie ślad piękna i prawdziwej sztuki, nie twórczości przez wielkie tfu.

 

 

 

 

Tak bardzo przyzwyczajamy się do bylejakości i tego, co dyktuje współczesny świat. Żadnych granic, żadnych zahamowani, jakakolwiek ingerencja to „ograniczenie wolności i nowa forma cenzury”. Autorytety nie istnieją, liczy się tylko szybka, natychmiastowa przyjemność. Z teatru zrobiliśmy cyrk. A właściwie coś między cyrkiem, domem publicznym i nierzadko formą zamkniętego oddziału psychiatrycznego. Sztuka – to już chyba tylko nazwa dobra dla nowego wybielacza. I akceptujemy to, bez słowa. Chcemy przecież, żeby było przyjemnie. Tu i teraz. Zaraz. Bez refleksji. W końcu do teatru idzie się po to, żeby się „odchamić”. A wartości? A klasyczne katharsis? Nie, to już przeszłość. Żadnego myślenia – bo myślenie szkodzi. Żadnej refleksji, zadumy. Ma być miło i tylko tyle.

Bardzo często nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Idziemy do teatru na jedną, drugą i kolejną sztukę. Przeprany serialowo – telewizyjną papką mózg chłonie wszystko bez zastanowienia. Ma być miło, albo ma szokować. Jeśli przynajmniej jeden z warunków jest spełniony – sztukę można ocenić na „pięć gwiazdek”, bo po co silić się na budowanie słów.

A jednak są jeszcze tacy, którzy potrafią pięknie i mądrze mówić, za pomocą sztuki przekazywać wartości, zmuszają do refleksji i myślenia, czy to za pomocą teatralnego obrazu, czy słowa. I wcale nie chodzi o to, żeby było poprawnie politycznie i zgodnie z doktryną. Sztuka może szokować, może wykorzystywać rożne formy, ale to musi być po coś. i to „po co” powinno być oczywiste, a przynajmniej intuicyjnie wyczuwalne.

Zastanawiałam się, po co dzisiaj pisze się książkę o Becketcie? W końcu teatr Becketta jest mało popularny, zbyt refleksyjny i mało opłacalny. Jeden, dwóch aktorów na scenie, gra za pomocą słowa, ściśle określone kryteria wystawienia sztuki, niewiele artystycznej swobody. Kto dzisiaj na to pójdzie? Tym bardziej kiedy okazało się, że autorami książki jest filozof, dominikanin i tłumacz dramatów Becketta. Filozofia w sztuce i o sztuce? A komu to dzisiaj potrzebne? Nie można tak po prostu, bez rozmyślania?

Dialogi o teatrze Samuela Becketta ukazały się już jakiś czas temu. To zapis rozmów filozofa, dominikanina, Janusza Pydy z tłumaczem i znawcą dzieł Becketta – Antonim Liberą. Szczerze mówiąc trochę obawiałam się, że to kolejny „wywiad-rzeka” i „wariacje na temat” otoczone wielką poprawnością polityczną.

Nic z tego. To rozmowa, której chciałoby się słuchać w nieskończoność, bo daje przyjemność czerpania z inteligencji, wiedzy i doświadczenia. Coś, czego w dzisiejszym bełkocie i chaosie tak bardzo brakuje.

Autorzy, stosując beckettowską zasadę in medias res, od pierwszych zdań wprowadzają czytelnika w sam środek rzeczy, bez zbędnych wstępów i przygotowań.

Chodzi o to, że Beckett odsłania nam dany świat w zaawansowanym stadium jego historii. […] Musi tak układać dialogi, żeby wyposażyć je w niezbędną wiedzę o przeszłości, która doprowadziła do określonej sytuacji.

Tak właśnie Pyda i Libera wprowadzają czytelnika książki „Jesteście na Ziemi, na to rady nie ma”, w świat Becketta, jego sztuk i wizji teatru. Ci, którzy szukają wstępów pt. urodził się, żył, napisał, umarł – rozczarują się. Od pierwszych zdań czytelnik wpada w sam środek świata Becketta, jego refleksji i poznaje wręcz namacalnie ideę, formę, wartości i poglądy dramaturga. Kiedy zaczyna się czytać książkę, ma się wrażenie, jakby uczestniczyło się w rozmowie, która trwa już od dawna, a jednak wszystko jest jasne i czytelne. Beckett, z odległego i mglistego pojęcia staje się nagle kimś namacalnym, wręcz bliskim.

Idea przez konkret; obraz abstrakcyjnego procesu przez realistyczną historię danej jednostki. Pospolite, naturalne zjawiska i sprawy – nieciągłość tożsamości, mechanizm autoprzemiany, koncept, aby samemu się stwarzać w myśl przyjętych założeń – jako nośniki nieuchwytnej zmysłowo metamorfozy w skali gatunku.

Książka podzielona jest na 12 dialogów, każdy z nich dotyczy innej sztuki. Znajdziemy tu między innymi rozważania o Godocie i jego naturze, o teatrze duszy w „Końcówce”, ukrzyżowaniu ludzkiego bytu w „Krokach”, czy rozważanie kwestii wieloznaczności rzeczywistości w „Impromptu Ohio”. I bynajmniej, nie jest to rozmowa o tym, „co poeta miał na myśli”.

To rozmowy o świecie w każdej ze sztuk, o budowaniu rzeczywistości, bohaterach. To nade wszystko ukazanie, że innowacyjny twórca, reformator teatru, to nie tylko artysta, który realizuje swoją wizję, nie zadając sobie kluczowych pytań. Każda ze sztuk Becketta to mikroświat, stworzony od zera, stworzony po coś i dla kogoś. Każdy dramat ma swoje przesłanie i cel. Każdy jest napisany tak, aby niczego nie przesądzić.

Beckett, zgodnie ze swoją postawą poznawczą i etyczną, czyli racjonalistyczną, agnostyczną i artystyczną, w taki sposób konstruuje swój model, aby zachowywał on wieloznaczność rzeczywistości.

W teatrze Becketta nie ma miejsca na marne pseudo sztuki i popkulturę, na serialowych aktorów i nędzne intrygi. Tutaj gra się słowem. W sztuce „Nie ja” ukazane są jedynie usta aktorki, tylko one grają. Nie ma możliwości, żeby ją rozebrać i szokować publiczność, odwracając uwagę widza od braku umiejętności aktorskich. Tutaj nie ma na to miejsca.

Podobnie jak w książce „Jesteście na Ziemi, na to rady nie ma”, brak jest miejsca na pseudo inteligenckie rozmówki, nadrabianie miną czy puszenie się autorytetem. To rzeczowe rozmowy, które wprowadzają czytelnika w sam środek beckettowskiego świata. Świata może jak na współczesne warunki bardzo wymagającego, pełnego zawiłości i często bez happy endu. Kiedy przemierza się ten świat, nie sposób uciec od refleksji. Czasami te refleksje łowią autorzy i próbują na nie odpowiedzieć. Czasami sam czytelnik musi się z nimi zmierzyć, czyli – musi zacząć myśleć. Bez myślenia, refleksji, zadumy, otwarcia się na to, co nie zawsze proste i oczywiste, książka pozostanie jedynie niezrozumiałym, filozoficzno-literackim bełkotem. Jeśli jednak czytelnik odważy się wejść w ten świat, zabrać głos w rozmowie, okaże się, że to oczyszczająca i wzruszająca lektura, która pozostawia po sobie ślad piękna i prawdziwej sztuki, nie twórczości przez wielkie tfu.

Ta książka to trafne spostrzeżenia, dokładna analiza nie tylko filozoficzna, ale też literacka omawianych sztuk, a nade wszystko krzywe zwierciadło współczesnej popkultury, bo trudno niejednokrotnie mówić o sztuce.

Podczas rozmowy o „Katastrofie” wyłania się sedno problemów współczesnego teatru, który w większości zupełnie przestał spełniać swoją rolę. Dla Becketta współczesny teatr to teatr pozbawiony tekstu, a chyba i scenariusza […]. Można więc przyjąć, że jest to teatr pozbawiony autora – dramatopisarza, poety, scenarzysty. Jego funkcję pełni Reżyser, który, bez literackiej bazy – tworzy przedstawienie wprost na scenie. Druga podstawowa cecha tego teatru to radykalnie ograniczona rola aktora. Jest on prawie całkowicie pozbawiony inicjatywy – pełni funkcję bezwolnego manekina, którego można ustawić w dowolnej pozycji i lepić z niego jak z gliny. […] Autor dramatyczny i aktor zostali sprowadzeni do rangi dostarczycieli półproduktów w postaci tekstu lub ciała i głosu, a w skrajnych wypadkach w ogóle zostali wyeliminowani lub zdegradowani do statusu bezwolnych kukieł.

Nie da się z tym nie zgodzić. Choćbyśmy nie wiem jak tupali nogami, na to pozwoliliśmy, żeby teatr przez wieki uważany za sztukę, dzieło niosące przesłanie, refleksję, oczyszczenie, pocieszenie lub prawdę swoich czasów – został sprowadzony do funkcji cyrku, w którym wszystkie chwyty są dozwolone, w którym nie ma formy, a współczesność sztuki rozumie się jedynie w perspektywie bezsensownej brutalności, nagości i szokowania. Jednak wszystko ma swój kres.

Wyniesienie człowieka oznacza jednocześnie jego upadek. Wyróżnienie bytu ludzkiego w otaczającym go świecie – świecie przyrody i cywilizacji – wtrąca osobę ludzką w potworną, metafizyczną samotność. Bezgraniczna autokreacja człowieka ściąga na niego przerażające fatum. Krótko mówiąc, triumf człowieka to zarazem jego klęska.

I zanim zgodzimy się na tę klęskę, oślepniemy i obudzimy się w świecie, który jest nieskończoną, bezsensowną pustką, może warto zwrócić się ku temu, co wartościowe, słuchać ludzi, którzy mają coś do powiedzenia. zamiast nastawiać uszu na bełkot i nowomowę o niczym.

 

Ewelina Drela

 

Janusz Pyda OP, Antoni Libera „Jesteście na Ziemi, na to rady nie ma! Dialogi o teatrze Samuela Becketta”, wyd. Fundacja Dominikańskie Studium Filozofii i Teologii, Kraków 2015

Dodaj komentarz