Inni obok nas

Niby tacy sami, a jednak inni. Kto wie, czy nie zagrażają? Te upiorne pytania wróciły na porządek dnia za sprawą „pasożytów”, „limitów’, innych lęków wywoływanych niby złe duchy przed wyborami. W zbiorowej wyobraźni pojawiły się hordy uchodźców, ludzi podejrzanych, siejących niepokój.

To w kulturze, opartej o plemienne związki, nic nowego. Motyw Obcego, to jeden z najważniejszych tropów literackich, przeniesionych potem do teatru i kina. W bajkach aż rojno od rozmaitych straszliwych stworów, przybywających z daleka albo tylko nocą. Tworzenie jednak takich klimatów bywa niebezpieczne, prowadzi do stanów lękowych, rodzi fobie, budzi resentymenty.

 

Dobrze więc, że teatr nie porzuca obcych, próbuje ich oswoić na rozmaite sposoby, co ciekawe, wychodząc z rozmaitych punktów widzenia, a nawet z odległych brzegów światopoglądowych. Artyści szukają odpowiedzi na pytanie: jak możliwe jest współistnienie, tolerancja. Ale też próbują dać świadectwo, ożywiają pamięć doświadczeń, które powinny przestrzegać, wręcz odstręczać od recydywy podejrzliwości, niechęci, a nawet nienawiści. Pewnie, że teatr czy literatura tego nie załatwią, ale jako „żywy organ społeczny”, jak sztukę nazywał Norwid, mogą uczulać, uwrażliwiać, pytać. I to robią na różne sposoby. Mam na myśli skromne przedstawienia warszawskie, grywane w niewielkich salach, a nawet salkach teatralnych.

Te salki to swoisty znak czasów. Trwa więc ucieczka z wielkich sal widowiskowych do niewielkich przestrzeni, gdzie można intymnie spotkać się widzem. I gdzie mniej to kosztuje, ale też trudniej się wzbogacić, bo przedstawienia w maleńkich salach nie mogą być dochodowe.

Ekstremalne pomysły dotyczące wielkości widowni – tylko dla jednego widza – realizował parę lat temu Teatr la M.ort (2013), taka moda przetoczyła się po całej Europie, grywano spektakle w taksówkach, na przystankach, ale i tak wcześniej uprawiał teatr codzienny dla jednego, dwóch widzów Wojciech Siemion – sam byłem wyróżnionym świadkiem, kiedy odegrał w Petrykozach, w kamiennym kręgu przed dworkiem, sam jeden całą „Kartotekę” Tadeusza Różewicza tylko dla dwóch osób.

Dzisiaj najmniejszą (chyba?) salką teatralną w Warszawie dysponuje teatr Druga Strefa, rezydujący przy ulicy Samochodowej, przy której wspinają się teraz wokół okazale biurowce w budowie, osaczając coraz bardziej osamotniony i wyzywający szczątek dawnego przedmieścia, gdzie teatr trwa. Ściślej rzecz biorąc Druga Strefa ma dwie salki, jedna, „duża”, może pomieścić 70 osób, ale ta malutka tylko 16. Komfortowa sytuacja dla widzów, bardzo trudne wyzwanie dla aktorów grających tuż obok, o krok od publiczności. To właśnie tam widziałem spektakl „Czkawka” (reżyseria Sylwester Biraga) rosyjskiego autora ze szkoły Nikołaja Kolady – Władimira Zujewa . Rzecz nietypowa, prawie ludowa baśń, ale bardzo prawdziwa, bo opowiadająca o wewnętrznym rozdwojeniu bohaterów, skrywających w swoich wnętrzu kogoś innego, o innej tożsamości, czasem nawet innej płci, i próbującej zapanować nad tym pierwszym. Piekielnie trudny do zagrania tekst. Wiesław Kowalski, który gra Siergieja, pracownika muzeum, w którego ciele budzi się ten ktoś inny, zmienia się na naszych oczach, błąka między mężczyzną i kobietą, Warwarą, między sobą i nie sobą. Katusze niepewności co do własnego ja, rozdwojony między Fiodora i Andriejkę, przeżywa też emerytowany wojskowy (Piotr Duda), zgorzkniały i samotny, który w alkoholu szuka zapomnienia. A toczy się to w kraju, gdzie jeszcze trudniej niż w Polsce mówić o tych sprawach, choć i u nas gender wydaje się wielu ludziom bestią albo złym duchem żywiącym się niemowlętami. Spektakl w Drugiej Strefie nienatrętnie uczy pokory i tolerancji wobec innego.

Tymczasem na innej, też niewielkiej, choć już o długoletniej tradycji scenie, w Malarni Teatru Studio, premiera opowieści o samowykluczeniu, o świadomej rezygnacji z kariery i wygody. To koprodukcja z krakowskim Teatrem Łaźnia Nowa. Studio lubi miniaturyzację, ma jeszcze scenę Modelatornia i msalutką scenę montowaną w westybulu, gdzie grywane są spektakle poetyckie – sęk w tym, że piekielna akustyka Pałacu Kultury sprawia, że teatr nie może grać równolegle na tych wszystkich scenach, bo wykonawcy sobie nawzajem przeszkadzają. To jednak kłopoty z innej bajki o koniecznej modernizacji sal widowiskowych w Polsce, które w wielu wypadkach przestały już nadawać się do eksploatacji. Wracam na małą scenę, do Malarni, utworzonej jeszcze jako scena przez Józefa Szajnę, gdzie niedawno odbyła się wspomniana premiera spektaklu aktorskiego Joanny Szczepkowskiej „Pelcia, czyli jak żyć, żeby nie odnieść sukcesu”. Tytuł jest właściwie mylący, bo nie o Pelcię tu chodzi ale o Martę Morską. cudowne dziecko PRL-u, brylant pianistyczny, ongiś sławną w Polsce i w Europie, obwożoną i chwaloną, a potem coraz mniej, a wreszcie zapomnianą na własne życzenie pianistki, która postanowiła usunąć się z życia muzycznego. Praktycznie w ogóle abdykowała z życia, nie znajdując dla siebie miejsca w nowej rzeczywistości po transformacji (choć nie o politykę w tym spektaklu idzie), zamykając się w czterech ścianach. Wybrała agorafobię, a może agorafobia wybrała ją. Wegetuje więc w zamknięciu, a może już nie żyje, może to tylko spotkanie z upiorem przeszłości, który straszy, scenariusz Szczepkowskiej trochę przypomina teatr absurdu.

Do końca nie możemy być pewni, czy główna bohaterka, którą brawurowo gra Szczepkowska, w ogóle istnieje. Tym bardziej nie wiemy, czy istnieje tytułowa Pelcia, jej wieloletnia gosposia i opiekunka, która podobno tkwi za zamkniętymi drzwiami w osobnym pokoju i nie odzywa się, jak w stanie katatonii, nie po raz pierwszy milczy jak zaklęta, może jej też nie ma, może to wszystko urojenia. Tego nie możemy być pewni. Jest jednak młody człowiek, Piotr (błyskotliwy debiut Jana Jurkowskiego), który pojawia się nagle w poszukiwaniu możliwości doładowania komórki, bo wciąż załatwia jakieś domniemane interesy, a jest prawdopodobnie naturalnym synem spadkobiercy kamienicy, w której nasza bohaterka z Pelcią rezydują, ale sam jeszcze o tym nie wie. Mówi strasznie szybko, w popłochu, jak uciekinier, dzwoni bez przerwy, ma tysiąc pomysłów na godzinę, wszystkie zbudowane na fantastycznych podstawach, na dobrą sprawę nie wiadomo, kto z nich dwojga tkwi głębiej w świecie iluzji – ona czy ów młodzian, który chce zawojować świat. Jest też pianistą, ale wszystko gra na opak, żeby się wyróżnić, szuka sposobu, by zaistnieć, ima się wszystkiego, co przynosi jakiś grosz. Słowem wyciera się – tak jak i jego przyjaciele na śmieciówkach albo w ogóle nie pracuje, krążąc niczym ćma wokół tych, którzy mogą coś załatwić, albo przynajmniej jemu się tak wydaje, że mogą.

Oto dwa brzegi wyrzuconych, zepchniętych na margines: ona, która życie, karierę ma za sobą, i on, który próbuje znaleźć coś przed sobą, ale na razie bez rezultatu. Jak to się kończy, nie powiem, bo widz straciłby smak zaskoczenia. A już i tak dość zaskakuje, że Joanna Szczepkowska, która jak wiadomo ogłosiła koniec komunizmu, teraz ze sceny głosi kryzys kapitalizmu. Trochę kpiąco, trochę drwiąco, ale przecież najwyraźniej bierze w obronę tych, którzy się nie mieszczą w przegródkach, którzy nie pasują do profilu, którzy się w nowej rzeczywistości nie odnajdują albo nie mogą przebić.

Dziwna ta przypowieść Szczepkowskiej, ale i kształcąca, bo autorka daje do zrozumienia, że nie każdy musi pragnąć wspinać się po szczeblach kariery, rozpychać, póki tchu starcza, i na końcu budzić podziw. Przekonuje, że na świecie jest także miejsce dla wycofanych, którzy stoją z boku i nie chcą uczestniczyć. Ich, jak wszystkich innych odstających od obowiązującego modelu, też warto wysłuchać. Nie jest przecież obowiązkiem artysty wciąż pozostawać w blasku reflektorów, każdy ma prawo do życia na uboczu.

Tomasz Miłkowski

[Tekst opublikowany w „Dzienniku Trybuna”, 23 października]

 

Dodaj komentarz