Dozorcy kultury

Przed wyborami komitety wyborcze, poza lewicą, rzadko o kulturze debatują albo w ogóle o kulturze milczą. A jeśli mówią, to nie wiadomo, czy sią cieszyć, czy bać – pisze Tomasz Miłkowski w Dzienniku Trybuna.

PiS o kulturze zazwyczaj się nie wypowiada, ale jeśli już o tę dziedzinę zatrąca, to obiecuje, że kulturze da pieniądze, bo ważna jest, ale takiej kulturze, która jest naprawdę ważna. Tej innej, która Polsce nie służy, zdaniem PiS, po wygranych wyborach i przejęciu steru rządu, nie zamierza zakazywać, ale nie będzie popierać. Niech tamta, niedobra kultura sama się o siebie martwi, ale to nie jest ból głowy władzy, która ma dbać o wartości.

Dokładniej, o co tu chodzi, można się było dowiedzieć półtora roku temu podczas forum kulturalnego PiS, gdzie wyłożono zasady, jakimi ta partia się kieruje i będzie się kierować w przyszłości. „Nie będziemy zakazywać sztuki destrukcyjnej, ale powinna ona pozostać w sferze prywatnej” – deklarował podczas wspomnianego forum prezes Jarosław Kaczyński. Czyli powrotu cenzury nie będzie, ale publiczne pieniądze nie będą szły na „sztukę destrukcyjną”.

Co to jest sztuka destrukcyjna, wiadomo: dość powołać się na najbardziej spektakularny spór, jaki wybuchł wokół przygotowywanego spektaklu Rodriga Garcii „Golgota Picnic” podczas poznańskiego festiwalu Malta. Pod wpływem nacisków, protestów, przy aktywnym wsparciu episkopatu do premiery nie doszło. Ale też spektakl w formie zapisu wideo został udostępniony kilku tysiącom widzów w wielu ośrodkach w Polsce, a także wspólnie był odczytywany na głos jego scenariusz. To najlepszy dowód na to, że nie będzie łatwo wykurzyć artystów z obranej przez nich drogi.

Ale i PiS nie daje za wygraną – prawie nikt nie czyta ich programu, w którym nietrudno znaleźć taki niepokojący passus: „Z pieniędzy podatników są finansowane różnego rodzaju pseudoartystyczne ekscesy, często obsceniczne albo też mające charakter profanacji. Przedsięwzięcia te w przeważającej większości przypadków nie mogą być traktowane jako sztuka, natomiast godzą w różnego rodzaju obyczajowe tabu, a także sferę traktowaną przez religię jako święta. Prowadzona jest też polityka zmierzająca do relatywizacji winy Niemców za największe zbrodnie II wojny światowej i obciążanie nimi Polaków. Najbardziej bulwersujące jest wsparcie z państwowej kasy filmu „Pokłosie”, inspirowanego przeinaczeniami tragicznej historii XX wieku. Przypadek ten jest ewenementem w skali światowej. Za pieniądze polskich podatników propaguje się kłamliwą wizję historii Polski”.

Jak widać, nieustępliwi dozorcy sumień próbują nadal narzucić swoje władztwo. Piszę „dozorcy”, bo stale mam w pamięci błyskotliwy wiersz Eugeniusza Jewtuszenki „Pieśń dozorców zatrudnionych przy budowie piramidy egipskiej” z jego poematu „Bracka elektrownia wodna”. Wiersz ten towarzyszy mi od czasów studenckich, kiedy nieopatrznie podczas jakiegoś wieczoru poświęconego uczczeniu rewolucji październikowej ten wiersz powiedziałem, za co zostałem potem skarcony. Dozorcy z wiersza Jewtuszenki bowiem głosili, że „Jedyną dźwignią postępu” jest „dozór” i że „Grunt – dozorować ducha,/ na ciała mamy sposoby”. A wolność? Proszę bardzo: „I macie wolność do woli/ Milczeć o czym się zechce” (tłum. Andrzej Mandalian).

Doprawdy zdumiewająca jest przenikliwość poety, skoro jego wiersz zdaje się pasować do wszystkich okoliczności dziejowych, rozmaitych norm ustrojowych i zmieniających się reżimów. Władza, jak z tego wynika, zawsze miała chętkę dyrygowania i nadzorowania ludzi, niezależnie od barw ideologicznych, które reprezentowała.

Taką zapowiedzią dozoru jest poniekąd deklaracja wycofania się z finansowania projektów „sztuki destrukcyjnej”. Oczywiście, powiadają zwolennicy takiej polityki, niczego nie będziemy zakazywać, tylko pieniędzy nie damy, nigdy więcej „Pokłosia”, wskazują ku przestrodze, za państwowe pieniądze. Niech da ten, komu to potrzebne. W praktyce jednak oznacza to nałożenie na wiele instytucji artystycznych pozostających w głębokiej zależności od mecenatu państwowego czy samorządowego wędzideł cenzorskich. Prywatny mecenat jest w Polsce nadal zbyt wątły, aby wybroniła się sztuka nie poddająca się wytycznym, niepokorna, idąca własnymi ścieżkami.

Jaka to sztuka? Ta nie do obrony? Najnowszą odpowiedź możemy znaleźć w Krakowie, gdzie podczas niedawnej Nocy Poezji (3 października) Teatr KTO przedstawił widowisko „Neomonachomachia”, jak sama nazwa wskazuje, nawiązujące do poematu heroikomicznego Ignacego Krasickiego „Monachomachia” oraz wykorzystujące teksty Bronisława Maja, cenionego poety, który scenariusz widowiska przygotował. W rzeczonym widowisku w reżyserii Jerzego Zonia, kierującego od 38 lat znanym w całej Europie offowym teatrem KTO (od 2006 o statusie teatru miejskiego), twórcy wystawili na widok publiczny trzy zwalczające się ze sobą stronnictwa (Biali, Czerwoni, Czarni), które niby to wyzywają się na dysputę, ale tak naprawdę wiodą zajadły bój o władzę i forsę. Zaczyna się od filozofii, a kończy walką na kufle, jak u Krasickiego. Widowisko się odbyło, obejrzało go ok. 1600 widzów, aktorzy cztery razy wychodzili do ukłonów, wszelako radni Prawa i Sprawiedliwości, oburzeni i obrażeni, głoszą, że twórcy spektaklu wykpili wszystko, co dla Polaków drogie, a osobliwie pieśni religijne i patriotyczne. Ubodła ich do żywego

parodia pieśni „Boże coś Polskę” i „Legiony”. Za niedopuszczalne uznali parafrazę „świętego” hasła: „Bóg, Honor, Ojczyzna”, które w spektaklu zastąpiło zawołanie: „Bóg, Handel, Ojczyzna”. Radni PiS zapowiedzieli zawiadomienie prokuratury w związku z obrazą uczuć religijnych.

Szef teatru jest zdumiony, na antenie Radia Kraków odpowiadał na zarzuty radnego PiS (który zresztą spektaklu nie widział, ale tego nawet nie trzeba pisać, bo to już reguła: protesty w sprawach, o których ma się pojęcie mgliste): „Jestem głęboko zdziwiony tą reakcją. Teksty o prokuraturze – mówił Jerzy Zoń – mnie rozśmieszają, bo jest mnóstwo rzeczy, którymi sądy powinny się zająć, a nie spektaklem w Rynku. Chcę powiedzieć mojemu oponentowi, że przywiązuje się uwagę do symboli a nie do znaczeń, które są pod symbolami. Nie pamiętacie, panowie, co dla was te symbole znaczą. To jest już tylko pieśń, szturmówka, flaga. Zewnętrzny znak głębszej wartości”.

Nie wiem, co z tego wyniknie, może tym razem rozejdzie się po kościach. Pikanterii temu sporowi dodaje fakt, że autorem scenariusza był właśnie Bronisław Maj, uchodzący za jednego z czołowych reprezentantów krakowskiej opozycji demokratycznej w końcowych latach PRL, jeden z poetów walczących o ustrojową przemianę. Co więcej, przez krytyków uznawany jest za ważnego dla polskiej poezji współczesnej przedstawiciela nurtu metafizycznego. Wszystko to bliskie jest parodii, jeśli o naruszanie wartości posądza się czy oskarża poetę o tak silnych związkach z tradycją chrześcijańską, o czym być może radni PiS-u nie wiedzą, i biskupa Krasickiego na dokładkę, o czym bez wątpienia (że był biskupem) radni krakowscy wiedzą. Tak więc każdy może się znaleźć w kręgu podejrzeń (o naruszanie).

Byłoby to tylko zabawne, gdyby nie było w istocie niebezpieczną grą, grożącą zepchnięciem Polski do zaścianka. PiS na terytorium kultury zachowuje się jak niesforny Niemowlak ze „Szczęśliwego wydarzenia” Sławomira Mrożka.

Na pociechę można dodać, że konflikty między władzą i artystami to powszedni chleb w dzisiejszej Europie. Pamiętam, jak przed kilku laty francuscy artyści podczas międzynarodowej konferencji zwołanej przez Unię Teatrów w Nicei, w której brałem udział, wyrzekali na władze, że ograniczają dotacje (albo w ogóle ich nie przyznają) na projekty, które uznają za nieprzydatne dla władzy albo jej nieżyczliwe. Apelowali do władz, aby we własnym dobrze pojętym interesie nie szczędzili środków dla artystów, bo ich wrażliwość może okazać się zbawienna dla rozwoju duchowego społeczeństw. Trochę w tym patosu, może na wyrost, ale i przekonania, że byłoby lepiej, żeby każdy pilnował swojego kopyta.

„Dozorcy kultury”
Tomasz Miłkowski
Dziennik Trybuna nr 206/16/18-10-15
16-10-2015

Dodaj komentarz