‘branoc Mamo – godzina zero

‚night Mother Marshy Norman. Dialog sterowany epilogiem. Ostateczna rozmowa Matki z Córką. Słowa na przekór, na czułość, na gorycz, na twardą prawdę. Obok kluczowych wypowiedzi fruwają byle jakie uwagi. Wzajemną troskę okrąża cień planowanego samobójstwa. Pulsujący tragizm tu i teraz zaciera wszystkie inne miary czasu.

Ciekawie skomponowany, wypełniony autentycznymi emocjami dramat przyniósł autorce Pulitzera – 1983. Dwa lata później odbyła się polska prapremiera (Teatr Dramatyczny). Mój Boże, wiem, że spektakl mnie poruszył, ale dziś odnajduję w pamięci tylko drobne fragmenty. Szczęśliwie ujawnia się magia (!) teatralnych przemijań, dzięki której jeden szczegół potrafi odsłonić rzeczywiste barwy. I tak trop czarnych kotar wprowadza ściśniętą przestrzeń małej-kuluarowej sceny Dramatycznego. Szczególna ciasnota służyła fundamentom, na których reżyser Roma Próchnicka zbudowała pęczniejący od bezradnych niedopowiedzeń dialog. Zagęszczone kwestie i presja czasu warunkowały wszystkie relacje Matka (Ryszarda Hanin) – Córka (Ewa Decówna).

Hanin precyzyjnie wiązała każdą sylabę, ćwierć gest, pół grymas. Widz otrzymywał porażający, naturalistyczny aż do trzewi własnej egzystencji wizerunek. Decówna odpowiadając, sięgnęła portretu zranionego dziecka – kwiat. Analityczny rozrachunek ustąpił plastycznej syntezie.

A rezultat? Długa, kręta rozmowa – spowiedź, rozmowa – żal. Rozmowa jednocześnie ostateczna i przerwana. Rozmowa z samobójczym strzałem w akustycznej klamrze finału. Mocne, szlachetne aktorstwo. Ostra teatralna wypowiedź.

Tyle historycznych przypisów. Pora na głos współczesny. (Warszawa, Teatr Akademia, premiera kwiecień 2015). Nowy przekład (Rubi Birden) trafnie akcentuje zmianę pokoleniową, co zresztą już wprowadza tytuł ‚branoc Mamo. Bliższy oryginału, niż tłumaczenie Miry Michałowskiej, ale także idący w stronę uproszczeń nowomowy. Skrót charakteryzuje również scenograficzny ascetyzm (Marta Dąbrowska-Okrasko). Natomiast przede wszystkim trzeba podkreślić umiar i takt reżysera (Olga Chajdas) wyrażany wobec melodramatycznych struktur dramatu. Nie ma strzału. Jest surowa sekwencja odejścia Córki puentowana repliką codziennych czynności Matki. Główny plan inscenizacji kształtuje specyficzny melanż ballady, opowieści oraz monologu wewnętrznego. Wśród takich rejonów spotykają się obie aktorki. Katarzyna Skarżanka (matka Thelma) i Anna Maria Buczek (córka Jessie). Bardzo inne i bardzo dalekie, a jednocześnie podobne i bliskie.

Balladowy trop znakomicie wyczuwa Thelma Katarzyny Skarżanki. Zwolnione tempo, opóźnione reakcje, czy wręcz mechaniczne powtórki układają się w starannie dawkowany ruchowo-gestyczny ceremoniał. Łańcuch wyrazistych zasmuceń, zadziwień, zamyśleń spina upiorna, faszerowana automatyzmem zgoda na życiową niszę („mam to w rozkładzie zajęć”). Trudne artystyczne wyzwanie. Mądre, pozbawione stylistycznej minoderii, choć śmiało penetrujące teren stylizacji, aktorstwo.

Szlak ballady po swojemu okrąża Jessie Anny Marii Buczek. Niesie ją zwarty, nerwowo tłumiony monolog, dopełnia refleksyjna opowieść. Żadnych ozdobników. Ściągnięte, ustawione w szeregu emocje, za którymi kryje się ostatni raz wypowiadana kwestia: ‚branoc Mamo. Wszystkie działania odbywają się pod kontrolą tragicznego finału. Konsekwentna, rzeczowa do granic samobójczej decyzji, starannie uszyta rola.

Ważny projekt aktorski. Usytuowana między psychologią, socjologią i poezją inscenizacja. Brawo!

Jagoda Opalińska

Dodaj komentarz