Pierwszy sezon w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim

Wesołe Kumoszki z Windsoru triumfowały

Już opadły emocje po 19. Festiwalu Szekspirowskim i zakończyła się blisko dwumiesięczna eksploatacja spektaklu, który robił prawdziwą furorę wśród publiczności Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. O bilety trzeba było się starać z wyprzedzeniem. Wspólna produkcja Teatru Wybrzeże i GTS to Wesołe Kumoszki z Windsoru Williama Szekspira w reżyserii Pawła Aignera.

Początkowo nic nie zapowiadało sukcesu, bo nie brakuje w Trójmieście osób, które z założenia powątpiewają w przydatność i konieczną obecność Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego w panoramie kulturalnej Gdańska. A co najważniejsze ogromna bryła teatru na skraju Głównego Miasta w Gdańsku nadal budzi emocje. Niestety, nie jest piękna. Nagroda za rok 2014 przyznana przez Stowarzyszenia Architektów Polskich za najlepszy budynek w Polsce ze środków publicznych jeszcze wzmogła napięcie. Mam wrażenie, że stowarzyszeni architekci zajęci są głównie sobą i słuchaniem siebie. Sarkofag – to częste wśród gdańszczan określenie tego budynku o ciemnej, prawie brunatnej elewacji, której również nie jestem miłośniczką. Przed tegorocznym sezonem letnim nawet dyskutowano o tym budynku, ale też funkcjach i znaczeniu GTS. Z tej dyskusji „po fakcie” (po wybudowaniu) niewiele już wynikało. Spierający się o kształt budynku zostali przy swoim zdaniu.

Profesor Jerzy Limon, twórca idei tego teatru i obecnie dyrektor instytucji kultury broni wytrwale zafundowanej Gdańskowi przestrzeni architektonicznej i chwali „zalety” wnętrza Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. I tak zachęca widzów, by oglądali spektakle na stojąco, jeśli siedziska uważają za niewygodne. Bo w angielskim teatrze szekspirowskim Glob też widzowie chadzali w trakcie spektakli. A jeśli aktorzy są słabo widoczni przez słupy i balustrady, to trzeba się wychylić, bo balustrady to wymóg bezpieczeństwa zafundowany przez nadzór straży pożarnej – wyjaśniał profesor Limon. A jeśli źle słychać, to należy się jeszcze zastanowić, co z tym zrobić. Wszystkie zgłaszane wątpliwości mają „realne korzenie”. Ale cóż, widz teatralny się przyzwyczaja…

19. Festiwal Szekspirowski zgromadził w tym roku wielu widzów, choć nie wszystkie spektakle godne były udziału w tym zdarzenie. Kompletnie nie rozumiem zaproszenia do Gdańska spektaklu Hamlet z Teatru Tamási Áron w Sfântu Gheorghe z Rumunii. Nudne, amatorskie i przekombinowane przedstawienie, w którym Hamlet moczył się w wannie, a reżyser tak niemiłosiernie pociął tekst Szekspira, że Gertruda nie miała już nic do powiedzenia. To festiwalowe nieporozumienie. Na szczęście jedyne.

Polskie spektakle do nagrody Yoricka jakoś się obroniły, choć nie uważam, iż konieczne było traktowanie„ na kolonach” Króla Leara Jana Klaty przez jurorów. To spektakl bardzo efektowny plastycznie, z kilkoma znakomitymi pomysłami np. scena umywania rąk przed zbrodnią oślepienia jest przejmująca, efektowna scena wspinania się Edgara i Gloucester robi wrażenie dzięki kamerze, która nadaje jakby inny wymiar zdarzeniu. Ale również jest to przedstawienie, w którym bez trudu można odnaleźć zamierzoną prowokację reżysera i swoiste efekciarstwo. Udało się oczywiście poruszyć publiczność. Król Lear na dworze papieskim. To było to! Rola tytułowa Jerzego Grałka była przejmująca, ale nie można tego powiedzieć w tym spektaklu o innych aktorskich przedsięwzięciach Narodowego Starego Teatru z Krakowa.

Na marginesie 19, festiwalu jedna ważna dla mnie konstatacja, która nie dotyczy bogatego i różnorodnego programu. Uważam, że szekspirowski festiwal w Gdańsku jest ważny i jego kształt wypracowany został przez kilka znamienitych osób. Profesor Jerzy Limon na pogrzebie profesora Andrzeja Żurowskiego, szekspirologa, krytyka teatralnego, prawdziwego znawcy teatru obiecał, że w dniu otwarcia Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego będzie czekał na Andrzeja Żurowskiego… pusty fotel, bo był on wielkim admiratorem i współtwórcą kilku edycji festiwalu szekspirowskiego. O fotelu w dniu otwarcia zapomniano. W trakcie tegorocznego festiwalu nie przypominano też nazwisk osób, które tworzyły rangę tego festiwalu. A jest ich kilka…Teraz widać taki zwyczaj, z którym trudno się pogodzić.

A Wesołe Kumoszki z Windsoru są dość prostą i fabularnie łatwą komedią. W przekładzie Stanisława Barańczaka brzmią bardzo dobrze. Największa atrakcją tego spektaklu miało być – jak głosiło zaproszenie- wystawienie w „jedynym na świecie teatrze z otwieranym dachem”. Byłam dwa razy na Wesołych Kumoszkach… – raz z dachem otwartym, a raz z zamkniętym (i to nie z powodu deszczu), i nie zauważyłam, żeby był to największy sukces tego spektaklu.

Co najbardziej fascynowało w tej realizacji? Dobra gra aktorów, ciekawe pomysły interpretacyjne reżysera Pawła Aignera, dobrze zagospodarowana przestrzeń sceniczna, piękne, stylowe kostiumy Zofii de Ines, atrakcyjny ruch sceniczny- zarówno taneczny, jak i w walkach szermierczych, stylowa muzyka Piotra Klimka. Najmniej podobała mi się scenografia Magdaleny Gajewskiej – zbyt dosłowna. Nad sceną zawisły słusznych rozmiarów rogi…wszak to rzecz o ewentualnej zazdrości małżeńskiej i często rubasznych relacjach damsko-męskich. Spektakl jest dowcipny, aktorzy dobrze mówią tekst. Zabawny egocentryk Falstaff (w tej roli naprawdę koncertowy Grzegorz Gzyl) uwodzi dwie stateczne mieszczki, bo chce coś uszczknąć z fortuny ich mężów. One jednak wiedzą, jak z wdziękiem wywinąć się z tej sytuacji i równocześnie ośmieszyć sir Johna Falstaffa. Aktorki grające Małgorzatę Page –Anna Kociarz i w drugiej obsadzie – Magdalena Boć nieźle bawią publiczność. Swoistą kreację komediową stworzył w tym spektaklu Marcin Miodek jako Piotr Tuman- niezbyt rozgarnięty i szczerbaty, i także jako sługa Jan. Można naprawdę serdecznie się śmiać obserwując aktorskie ewolucje.

Talent komediowy u Szekspira, to umiejętne wykorzystanie całej galerii postaci, sytuacji. O to zadbał reżyser Paweł Aigner, który równocześnie pozwolił aktorom grać. Cezary Rybiński i Michał Jaros to były świetne wcielenia plebana Hugo Evensa, tego purysty językowego, który sam niemiłosiernie kaleczy język. A scena pojedynku po prostu była pyszna. Rapiery poszły w ruch…chciałoby się rzec. Widoczna w tym spektaklu jest również Katarzyna Figura jak ochmistrzyni, a także zaznaczają swą obecność aktorzy gający rolę doktora Caiusa – Piotr Witkowski i Piotr Biedroń. Paweł Aigner zadbał, by każda z postaci miała swój styl. Jarmarczne przepychanki , rubaszność wspierane były świetnymi popisami brawurowej sprawności fizycznej aktorów . Naprawdę to był także akrobatyczny spektakl.

Wesołe Kumoszki z Windsoru zagrano tego lata w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim trzydzieści trzy razy. I nic nie wskazuje, by było to już wyeksploatowane przedstawienie. Z pewnością wróci ono w przyszłym letnim sezonie do repertuaru. Widz chce się bawić nie tylko latem – w teatrze dobrze „skrojonym”. I to się udało, bawiono się Szekspirem,

 

Alina Kietrys

Dodaj komentarz