Alla Finalle…

XIX Festiwal Szekspirowski zakończony. Czas podsumować to, co było mi dane….

Zamknąć dziesięć dni w kilku tysiącach znaków? Uwierzcie mi, łatwiej powiedzieć niż uczynić. Spróbuję jednak. Festiwal Szekspirowski (mimo że dopiero drugi) jest dla mnie swego rodzaju świętem, dziesięcioma dniami wyłączonymi z rzeczywistości, podległymi tylko Melpomenie i Tespisowi. Ktoś mi bliski i nader mądry powiedział kiedyś, iżby zajmować się w pełni profesjonalnie jakąkolwiek krytyką artystyczną, trzeba być swoistym Bożym wariatem z duszą i sercem otwartymi na oścież swej pasji. Wierzajcie mi, święte słowa! Wobec sceny, teatru, alternatywy, wykładów, warsztatów wszyscy i wszystko schodzą na dalszy plan, przynajmniej ja tak mam.

Przyjmijmy starą zasadę: najpierw złe wieści, potem zachwyty. Te złe były bardziej (i jak się okazało, nie tylko moimi) rozczarowaniami, spektaklami prze-czekanymi, nad-oczekiwanymi, przerostem marzeń nad rzeczywistością zastaną (dwa teatry na świecie mają świetnych fotografów i cudownych wprost speców od PR; konkretnie Tamási Áron Theatre oraz Baltic House Theatre).

Pierwszym był „Hamlet” w reżyserii László Bocsárdi (właśnie z Tamási Áron Theatre przywieziony); mówiąc szczerze: inscenizacja żeglarska. Wrzask, krzyk, kompletny brak jakichkolwiek chęci kontaktu z widzami, skandaliczne podawanie tekstu (zarzynanie idei duńskiego księcia, zabijanie całego Wiliam-owego kontekstu), no i słynna woda: wszędzie, w każdej postaci i kierunku. Powiem kolokwialnie: ja wysiadam, proszę zatrzymać świat.

Drugim geniuszem, który skatował w sensie dosłownym moje zmysły i zniesmaczył do siebie jest wielki, genialny i legendarny Luk Perceval. Zarówno od niedzielnego wieczoru 9 sierpnia, jak i od wczoraj moje zdanie o nowatorstwie w teatrze współczesnym się nie zmieniło, raczej nawet nie zamierza. Idę obejrzeć po raz n-ty genialnego „Mackbetha” w reżyserii Trevora Nunn, którego w roku 1976 zrobił dla RSC z Ianem McKellen oraz Judy Dench. Tym, którzy chcą mi wykazać, że znieważam geniusz Percevala, szczerze zalecam te dwie i pół godziny; ba, ostro ordynuję! Geniuszem w tym starciu jest Sir Trevor Nunn, Luk Perceval po prostu zmarnował szansę na.dobry i nośny spektakl; szkoda.

Co zachwyciło, co zabrałam ze sobą jako wspomnienie do domu? O, lista jest dużo dłuższa.

Jerzy Trela – jeden z Mistrzów scenicznych, zawsze cieszy, czegoś się dosłucham, coś nowego odkrywam, czegoś mnie to uczy, o coś wzbogaca.

Paweł Miśkiewicz zrobił spektakl, który najpierw mnie w sensie dosłownym wkurzył. Potem poirytował, by doprowadzić do zaintrygowania, ściągnięcia do Krakowa. Po co? By na macierzystej scenie Teatru Słowackiego sprawdzić, czy znowu mnie zaskoczy, zobaczyć i usłyszeć na nowo, jak cała ta historia Leara (starego, chorego, porzuconego, zbędnego nawet córkom) brzmi, hałasuje, kurzy, łomocze. Poza tym cudnie jest odkryć, że polski reżyser jest w stanie swoim kunsztem i trudem poruszyć mą duszę, serce, umysł; takie odkrycia są zawsze bezcenne.

Wreszcie wyczekane, długo i skutecznie mi zachwalane Tiger Lillies; warto było czekać. By potem śpiewać z Martynem i resztą, płakać, wzruszać się, ryczeć ze śmiechu, tak zwyczajnie po ludzku antycypować.

The Flute Theatre – za to, że tak pięknie pokazali depretyków, schizofreników, ludzi „chorych i za wrażliwych na świat”. Jedno z tych przeżyć, które wprost odtwarza się w meandrach pamięci, w pokręconych aortach serc i dusz.

Mafijnego, poruszającego, rozswingowanego, południowo barwnego i emocjonalnego „Juliusza Cezara”; tak bardzo aluzyjnego, pełnego zagadek , tropów pozostawianych przez Roberta Sturua dla widzów. Ach ci Gruzini, co to był za spektakl – na miarę ubiegłorocznego Javora Gardeva!

Prywatne odkrycie? Teatr Sztuk NAWA Św. Jerzego w Oleśnicy; o Justynie Ciszewskiej, Krzysztofie Roszko i przede wszystkim Robercie Balińskim jeszcze przeczytacie – serdecznie Wam to obiecuję.

Tylko tyle tego, a może aż tyle; sama nie wiem, choć wszystko to najznamienitsze teatralne smakołyki.

Anna Rzepa Wertmann

Dodaj komentarz