Z chaosu wyłoniło się Słowo, Posłowie zresztą też…

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień ósmy. Koncert urodzinowy, czyli zasadniczo komedia muzyczna z elementami etno w relacji rozbawionej do łez krytyczki.

Powiedzmy sobie jasno: na początku może i był Chaos, ale najpierw był Jerzy. Dorastał, pił piwo, łowił ryby i pilnie się uczył. Gdy miał 12 lat, sam przepłynął ocean (zdaje się, że na pokładzie MS „Stefan Batory”), uczył się angielskiego i miał różne młodzieżowe marzenia. Jeszcze później poznał niejakiego Williama Shakespeare’a (rzecz jasno poprzez dzieła i dramaty wszelakie); wymarzyło mu się więc wystawianie rzeczonego po polsku. Ale do tego potrzebna była scena; to zaś z kolei oznaczało teatr. Tak to Jerzy wyśnił swoje największe marzenie: teatr Williamowi wybudować, by wystawiać tam sztuki jego.

Zaczęło się banalnie: studenciaki, niezwykle się przyłożywszy, wystawili dla dzieciaków „Króla Lwa”. Była ich piątka: Uczony (zwany Profesorem), Leo (zapatrzony w Profesora i jego wizję), Super Ha (wcielenie zdroworozsądkowego realizmu i logicznego myślenia), EDU – ward (misją stało się wychowanie dzieci i młodzieży poprzez teatr) oraz Szklarz (marzył mu się teatr maleńki, taki osobny, niewielki, w Oknie; bo on z rodu szklarzy). Korciło ich zarażanie maluchów wirusem teatru, edukacja poprzez bajki, chwalebne wychowywanie przyszłych widzów. Jakież musiało być ich zdziwienie, kiedy w prasie wyczytali, że wedle krytyki całkiem nieźle i z głębią psychologiczną wyszedł im ten… „Hamlet”… Na ich miejscu też bym się wielce mocno zdziwiła; człowiek walczy, pracuje, tworzy tego „Króla Lwa” – dla dzieciaczków, coby teatralnego bakcyla złapały. I co za to? Specem od Hamleta niejakiego go czynią, aktorem szekspirowskim nazywają.

 

Pomyśleli, pomedytowali i wykoncypowali: chcieli Szekspira, to go będą mieli! William wielkim wieszczem był? No to Mu teatr zbudujemy, stworzymy, gdzie sztuki jego wszelkie na chwałę i ku uciesze widzów wszystkich po wsze czasy wystawiać będziemy. Tu się dopiero zaczęły schody. Bowiem jak się artyści laicy biorą za budowanie czegoś takiego jak teatr, to najcenniejszymi towarami stają się rozsądek, opanowanie i profesjonalizm podrasowany perfekcją; co oni by poczęli, gdyby nie Super Ha?!

Tak to właśnie wyglądały początki realizacji zamysłu, marzenia, planu. Dzisiaj przy Bogusławskiego 1 stoi olbrzymi antracytowy gmach z cegły, piaskowca i brzozy, ale 25 lat temu była tylko chęć, plan nadzieja. Ponoć wtedy, tuż po premierze „Troilusa i Kressydy” w tłumaczeniu Władysława Zawistowskiego i Jerzego Limona, ten drugi publicznie przyznał się, iż na miejscu szesnastowiecznej Szkoły Fechtunku chciałby wybudować replikę teatru elżbietańskiego, by móc wystawiać tam sztuki najukochańszego Williama (po drodze pokazywać najważniejsze i najbardziej prestiżowe polskie i zagraniczne inscenizacje). Teatr rodził się długo (całe 24 lata), ze wsparciem duchowym Andrzeja Wajdy oraz inszych wielkich umysłów i wrażliwości. Ale od roku w końcu antracytowa bryła z otwieranym dachem (chwilowo niestety nie…) góruje nad krańcem gdańskiego Starego Miasta; czy się to komuś podoba, czy też nie. Dlaczego powstał ten tekst, skąd zamysł późno nocnego spektaklu – koncertu w niesamowitej przestrzeni wewnętrznego dziedzińca? Otóż Krzysztof Grabowski (w normalnym życiu koordynator nurtu Off Festiwalu Szekspirowskiego, czyli innymi słowy facet od małych alternatywnych olśnień w przestrzeni Teatru w Oknie i jeszcze gdzieś indziej) zabawił się w archeologa teatralno-szekspirologicznego i doszukał się rocznicy. Potem powstał tekst autorstwa Marty Nowickiej: żywy, zabawny, „wchodzący w ucho i wpadający w pamięć”; pozostało tylko wcielić zamiar w czyn.

Zabawa była przednia. Najpierw łapie się w oczy (mimo ciemności i ślizgających się leniwie świateł) scenografię nietypową, kostiumy jak do strettu, podwójną scenę, potem bębniarzy stojących rzędem na krawędzi tarasu widokowego (jest już po 22, więc wyglądają trochę jak duchy, fantomy, kolorowe cienie). Trzech mimów w maskach chartów i mastiffa, dziwnie przebrany skład perkusyjny, beat-boxera… Nagle w tę przestrzeń dosłownie wdziera się wysoka kobieca postać w iście afrykańsko-szamańskim entourage; bez dwóch zdań piękna, szalona, żywiołowa! Owa niesamowita mahoniowa Wiedźma Miranda rozpoczyna koncert, zachwycając z minuty na minutę: wyglądem, głosem, motoryką, dynamizmem; istny tajfun nie kobieta! Potem wrażeń też nie brakowało, ale to właśnie Wiktorię Kulawszewską pamiętam najbardziej i najmocniej. Paradę czarnych mimów w maskach. Urokliwy song Szklarza (Marka Richtera) i Myszki Miki (alter ego Wiktorii Kulaszewskiej) o maleńkim tycim Teatrze w Oknie… O, przepraszam, i jeszcze jeden drobiazg: najkomiczniejszą minutę świata, czyli improwizację Szanownego Reżysera na temat profesora Jerzego Limona (jakby nie było jego Pryncypała). My widzowie, cośmy bawili się przednio i nader radośnie, apelujemy: Częściej i Więcej!

Nie będę sobą, jeśli nie wtrącę swoich trzech groszy – tym razem w obronie głównego bohatera, czyli budynku GTS. Sama szczerze przyznam, iż rok temu sama byłam zdegustowana: „jakiś ty brzydki!”. Dopóki najpierw nie stwierdziłam, iż to wnętrze ma genialną wprost akustykę; moim zdaniem kwestia idealnego zgrania proporcji cegły klinkierowej, piaskowca, marmuru i drewna (zwłaszcza najlepszych naturalnych rezonatorów, czyli jesionu i brzozy!) oraz innowacyjnego doskonałego projektu, niedawno zresztą prestiżowo nagrodzonego. Od tego roku twierdzę uparcie i nie odstąpię w swym sądzie ani na jotę: GTS to genialna gigantyczna kolumna odsłuchowa ze sceną jako membraną. Akustyka i wrażenia dźwiękowe tej sceny warte są dziesięciu godzin podróży w dusznym pociągu; w sensie dosłownym dźwięk potrafi wibrować dosłownie pod stopami widza. W czasie tego Festiwalu parę razy przeżyłam tak niezwykły stan. Podczas nie za bardzo udanego (ale wartego wędrówki na blanki dla światła i nocnego widoku) performance Teatru Amareya, „Juliusza Cezara” w reżyserii Roberta Sturua czy (niezbyt fortunie zresztą) w wypadku „Makbeta III” Luka Percevala.

Zresztą co ja Wam to klarować będę – sami sprawdźcie.

Anna Rzepa Wertmann

„Kopara opada czyli 25 lat budowy GTS” Sebastiana Góry, reż. Krzysztof Grabowski, scen. Marta Nowicka, scenografia Dominika Zięba, make up i body painting Marian Folga, konsultacja choreograficzna Ewelina Ciszewska, reżyseria świateł Robert Baliński, wizualizacje Michał Jankowski; obsada: Wojciech Rydzio (Uczony vel Profesor), Violetta Seremak-Jankowska (Super Ha), Marek Richter (Szklarz), Małgorzata Rydzyńska (Edward vel EDU-Ward), Krzysztof Grabowski (Książę Ha1 vel Ha-rol, Karol), Krzysztof Bartoszewicz (Andrzej Wajda), Witold Burakowski (Leo), Wiktoria Kulaszewska (Myszka Miki), Tomasz Tywoniuk, Hubert Waljewski Kornel Sadowski (Charty); beat box and live sounds: Łukasz Siwy Staniewski; GTS, premiera 8 sierpnia 2015

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz