Łatwo i przyjemnie?

Po powrocie z festiwalu TEATR W REMIZIE w Helu pisze Tomasz Miłkowski:

Czy zawsze musi być łatwo i przyjemnie? Literaturę i sztukę mam na myśli. Dziennikarstwo też. Od ćwierć wieku mam na chlebie, że czytelnik tego nie zrozumie, widz nie pojmie, słuchacz odrzuci. Trzeba więc prościej, łatwiej, żeby trafić do odbiorcy.

Na pierwszy rzut okaz myśl przednia. Kto by nie chciał porozumiewać się z odbiorcą, zasłużyć na posłuch i poklask? A jednak to, wydawałoby się, niewinne hasło mości drogę zwycięskiemu marszowi prawa Kopernika: zły pieniądz wypycha dobry, kiepski towar – lepszy, mierna sztuka – sztukę wysoką. Toteż półki księgarskie zalewa wszelkiej maści tandeta, a literatura wyższa kryje się po kątach, zepchnięta do rezerwatu dla wykształciuchów.

A miało być tak pięknie. Literatura i sztuka nareszcie uwolniona od obowiązków wychowawczych, zajęta tylko sama sobą, miała rozkoszować się niczym nieskrępowaną wolnością, a poczciwy rynek miał regulować ruch: to, co dobre, miało się ostać, to, co niedobre, zasłużenie paść. Ta utopia samoregulacji wprawdzie już dawno padła pod ciosami rzeczywistości, ale majaczenia o rynku wracają, a kult łatwizny szerzy się niczym barszcz Sosnowskiego. Zapewne z lenistwa – po co się wysilać, skoro „ludzie to kupią”.

Ciągle jednak tli się we mnie nadzieja, że nie kupią, a bywa, że ze zdumieniem obserwuję, jak ludzie kupują wcale nie to, co głupie, ale trudniejsze, głębsze, wymagające odrobiny myślenia. I to niekoniecznie w wielkich ośrodkach.

Tak właśnie zdarzyło się, i to nie po raz pierwszy, w Helu, gdzie organizowany jest porą letnią teatralny Festiwal w Remizie. Na pomysł powołania do życia takiego festiwalu wpadli przed dziewięciu laty Grażyna Marzec i Olgierd Łukaszewicz. Pomysł iście prowokacyjny, jeśli pamiętać, że zabawa w remizie stała się znakiem rozpoznawczym kultury gorszego gatunku, co zresztą dawno już temu wykorzystał po mistrzowsku Sławomir Mrożek w swojej jednoaktówce Zabawa”. Pomysłodawcy festiwalu wbrew temu negatywnemu naznaczeniu remizy w potocznym obiegu sprawili, że remiza stała się miejscem spotkania spektakli jednoosobowych w najlepszym gatunku.

Od kilku lat artystyczny ster helskiego festiwalu przejął Wiesław Geras, niestrudzony organizator dziesiątków spotkań i festiwalu (dość powiedzieć, że Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora prowadzi bez mała od pół wieku!). Nie poniechał idei, przeciwnie kontynuuje, czego świadectwem tegoroczna oferta festiwalu, gdzie na afisz trafiły m.in. spektakle Doroty Stalińskiej, która przyjechała ze swoją sławną „Żmiją”, pokazywaną w Polsce już około cztery tysiące razy, nadal w zadziwiająco świetnej formie, Krzysztofa Gordona i Wiesława Komasy – ci dwaj artyści prezentują w Helu premierowe wykonania nowych monodramów wg tekstów Tadeusza Różewicza. Prawdziwą jednak niespodziankę sprawił Mateusz Nowak, młody artysta, którego spektakl „Od przodu i od tyłu” w reżyserii Stanisława Miedziewskiego przebojem zdobywa Polskę. Oparty na niełatwej, ale błyskotliwej książce Karola Zbyszewskiego Niemcewicz od przodu i od tyłu?, wydanej tuż przed wojną (1939). Pamflet Zbyszewskiego na schyłek Rzeczypospolitej, rodaków koszmarne wady i zapóźnienie cywilizacyjne, brak wyobraźni, zastępowany demonstrowaną tężyzną i (pozorną) gotowością do poświęcenia dla ojczyzny, to doskonały punkt wyjścia do refleksji o współczesnej kondycji Polaków. Treść opowieści, w której przewijają się dziesiątki postaci, a główna rola narratora przypada Julianowi Ursynowi Niemcewiczowi, posłowi inflanckiemu, dotyka bolesnego okresu schyłku rzeczypospolitej szlacheckiej, w tym czasów Sejmu Wielkiego i Konstytucji Trzeciego Maja. Ale rzecz o polskich omamieniach, prywacie, korupcji, bigoterii i krótkowzroczności ma nie tylko walor pouczającej lekcji historii. Nad spektaklem unosi się duch Gombrowicza z jego krytycznym, groteskowym ujęciem polskości.

Spektakl zaczyna się w chwili, kiedy „stara k… nareszcie umarła”, czyli po śmierci carycy Katarzyny, a przez Niemcewiczem, osadzonym wraz z Tadeuszem Kościuszką w Twierdzy Pietropawłowskiej w Petersburgu, otwiera się wolność. Całość kończy się przybyciem Niemcewicza u boku Kościuszki do Ameryki. Pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami rozwija się opowieść o dorastaniu, posłowaniu, miłosnych i politycznych podbojach Juliana aż po koniec marzeń wraz ze zwycięstwem Targowicy.

Szyderczym dopełnieniem pamfletu Zbyszewskiego jest wykorzystany trafnie fragment powieści Jerzego Żurka Casanova, w którym legendarny kochanek ze zgrozą wspomina, jak nie sprostał seksualnie carycy. Naturalistyczny opis nieudanego coitus aktor melorecytuje, skandując poszczególne frazy opowieści o kompromitującym spotkaniu, wzmacniając i osłabiając siłę głosu, wznosząc go na wyższe rejestry jakby wykonywał arię i wczytywał się w rozłożoną wcześniej na pulpicie partyturę.

W spektaklu widać rękę reżyserską Stanisława Miedziewskiego, który stosuje czytelne znaki, często zakodowane w kostiumie. Tak jest i tym razem – Mateusz Nowak pojawia się na scenie w paradnej sukni carycy. Wystarczy jedna drobna modyfikacja, kiedy aktor przednią część sukni zarzuca na prawe ramię, aby stała się oczywistą aluzją do stroju koronacyjnego Stanisława Augusta. Inne drobne zmiany pozwalają wydobyć detal spodni, a odpowiednio dobrany ruch czy też znaczący spoczynek na krześle z zadziwiającą łatwością mnoży postacie przywoływane na scenę.

Niech mi ktoś powie, że to spektakl „łatwy i przyjemny”. Nic z tych rzeczy. Gorzki, ironiczny, dający do myślenia. W Helu przyjęty został wspaniale, oklaskiwany na równi gorąco przez letników jak i miejscową publiczność, wśród której nie zabrakło burmistrza Klemensa Kohnke (urząd miejski funduje festiwal), księdza proboszcza i pani Krysi z kawiarni Słoneczna (najlepsze rurki ze śmietaną w środkowej Europie). Owacje na stojąco potwierdzają, że odbiorca nie zawsze czeka na łatwiznę, że docenia rzetelną robotę. Nawet jeśli widzowie to ci, którzy takie potrzeby o podwyższonym standardzie mają (o czym świadczy choćby to, że wybrali tego wieczoru teatr). Może więc nie wszystko stracone i nie warto dawać się zastraszyć apologetom łatwizny, dla których opera mydlana albo kolejne romansidło pani Daniel Steel to Himalaje kultury.

Niektórzy bywalcy helskiego festiwalu, ci przyjezdni, zwierzali się, że specjalnie przyjeżdżają do Helu, kiedy trwa festiwal. Często pochodzą z niedużych miast, które teatry omijają, i tutaj właśnie zaspakajają swój głód obcowania ze sceną. A że festiwal zadomowił się w tutejszym pejzażu, świadczą wypełnione do ostatniego miejsca rzędy krzeseł i grupy zawiedzionych, dla których miejsca nie starczyło.

Tak też było i podczas tego festiwalu, nie wszystkim chętnym udało się dostać na salę. Na zewnątrz pozostała też Dorota Stalińska, ubrana w wojskowy płaszcz, buty z demobilu, postać jakiejś dziwnej żołnierki. Taki był zamysł: Olga Wiaczesławowna Zotowa, bohaterka jej Żmii miała wkroczyć do remizy z łomotem, właśnie z zewnątrz. Niewiele brakowało, a aktorka nie zostałaby wpuszczona. – Co się pani pcha – zrugała ją jedna z zawiedzionych kobiet, której nie udało się wejść do środka – Mnie nie wpuścili, to i pani nie wpuszczą. Oto siła aktorskiej kreacji.

Tomasz Miłkowski

Tekst poublikjowany w Dzienniku Trybuna, 31 lipca 2015

Dodaj komentarz