Z fotela Maciejewskiego: EWELINA MARCINAK O SZCZELINACH

Spektakle Eweliny Marciniak tym również wyróżniają się na tle pozostałych nowych nazwisk w polskim teatrze, że nie wstydzą się być atrakcyjne. „Portret damy” w Teatrze Wybrzeże według Henry’ego Jamesa uwodzi i zwodzi na manowce. Spektakl ogląda się wspaniale jako widowisko samo w sobie, ale Marciniak, razem z dramaturżką, Magdą Kupryjanowicz, pokazują, że przesłanie Jamesa jest wciąż niebezpiecznie aktualne. Isabel Archer (wspaniała rola Katarzyny Dałek) to nasza matka, siostra, przyjaciółka. Ojciec, brat, przyjaciel. Wolność, również wolność w uczuciach, dyskredytowana sprytem lub konwenansem przynależy do podstawowych cnót człowieka. Zbyt rzadko z nich korzystamy – ze strachu, hipokryzji, bardzo często także z zakłamania.

Spektaklom Marciniak przyglądam się uważnie w zasadzie od samego początku. Nie musiała czekać na sukces, przyszedł od razu. Już jej pierwsza profesjonalna praca, inteligentnie strawestowana „Zbrodnia z premedytacją” w Teatrze w Bielsku-Białej była wydarzeniem. Na jednym ze spotkań po „Zbrodni…”, Marciniak opowiadała mi: „Celuję w teatr pytań, nie odpowiedzi, szukam punktów wspólnych pomiędzy literaturą a kinem, muzyką, światem plastyki”.

Czasami efekty tych poszukiwań były niezmiernie ciekawe – jak w przypadku „Amatorek” według Jelinek w Teatrze Wybrzeże, niekiedy żenujące, to przypadek poronionej „Śmierci i zmartwychwstania świata” Nis-Momme Stockmann w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Trening uczy jednak mistrza. Marciniak staje się coraz ciekawsza. Początkowo zżymałem się że jest zbyt utalentowana, by – bardzo długo w twórczym w duecie z Michałem Buszewiczem – pracować aż tak często i robić tyle spektakli. W tym szaleństwie najwidoczniej była metoda. Marciniak uczyła się swojego teatru pracując. Jej siłą stało się kontrapunktowaniu zewnętrzności bohaterów – wnętrzem. Ciało aktora w teatrze Eweliny Marciniak wydaje się bliższe współczesnemu teatrowi tańca niż kostiumowi dramaturgicznemu. Jest naczyniem w którym dojrzewają zmysły. Naczynie jest pojemne, grupuje zarówno słodycz jak i toksyny.

Jej ostatnie, najlepsze w całej karierze spektakle – „Morfina” według powieści Szczepana Twardocha w Teatrze Śląskim i właśnie „Portret damy” w Teatrze Wybrzeże, wzmacniają jeszcze tę swoistą reżyserską predylekcję. W „Portrecie damy” Marciniak nie przepisuje Henry’ego Jamesa na język słodkiego szczebiotu kawiarnianego, nie szpanuje znawstwem lewicowych (albo prawicowych) teoretyków od siedmiu boleści. Nie wyśmiewa Jamesa-introwertyka, fascynują ją raczej mniej lub bardziej obecne w każdym jego utworze stygmaty homoseksualnego wyparcia, budowanie piętrowych masek bohaterów z których nigdy nie wyłoni się autentyczna twarz postaci czyli także autora. Ciekawi ją człowiek, postać, nie iluzoryczny, erudycyjny fantom. Ten sam problem odnalazła i przetworzyła twórczo w katowickiej „Morfinie”.

Nowe spektakle Eweliny Marciniak to unikatowa w naszym teatrze próba atrakcyjnej, ale co ważne także komunikatywnej rozmowy z widzem, dialogu na temat płynnej tożsamości: płciowej, intelektualnej, ale także artystycznej. „Zakochana dziewczyna nie ma wolnego wyboru, ale źródło błędu jest w niej samej” – pisał w „Portrecie damy” Henry James. Dla Eweliny Marciniak błąd w strukturze stanowi o sile całości. Pochwała szczelin.

 

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz