Egzekutor

O kolejnym etapie dewastowania PIW-u przez właściciela (Skarb Państwa) pisze na lamach Dziennika Trybuna TOMASZ MIŁKOWSKI:

Pisałem kilka tygodni temu o ostatnim akcie walki o uratowanie Państwowego Instytutu Wydawniczego. Zawziętość Ministerstwa Skarbu w dziele wyrwania PIW z korzeniami ze zdrowej gleby polskiej gospodarki, przy cichej aprobacie Ministerstwa Kultury, nie wydawała mi się czymś niezwykłym. Dla liberalnych doktrynerów samo istnienie wydawnictwa państwowego, a tym bardziej wydawnictwa, które zaczyna sobie radzić (mimo że postawiono je w stan likwidacji), stanowiło wyzwanie nie do wytrzymania. Tak więc nie wytrzymali i przysłali nowego likwidatora.

Żeby było bardziej widowiskowo (?) przejęcie majątku PIW miało miejsce pod nieobecność dotychczasowego likwidatora, a poprzednio wieloletniego dyrektora PIW, Rafała Skąpskiego, który (podobno) nie poinformował zwierzchności, że jest na urlopie. Takie dziecinne tłumaczenie byłoby do przyjęcia w kraju, w którym nie ma telefonów ani innych metod komunikacji – nic nie tłumaczy Ministerstwa Skarbu przed zarzutem wywołania gorszących scen (stemplowanie gabinetu, atmosfera wrogiego przejęcia jak z filmu gangsterskiego).

 

I chociaż już sama metoda wymiany likwidatora budzi zrozumiałe podejrzenia, że coś w tym jest „lewego”, to jednak istotniejsza okazuje się wypowiedź nowego likwidatora, który dziennikarzom tak wyjaśniał swoją misję: „Przedsiębiorstwo od kilku lat znajduje się w stanie likwidacji. Rolą likwidatora nie jest zmienianie takiego statusu. O celowość likwidacji trzeba pytać ministra skarbu”.

Tak oto przypadkiem wyszło na jaw, o co tu tak naprawdę chodzi. Bo nie o to, czy PIW ma do spłacenia 2 miliony, czy 5 milionów długów, bo liczby padają dowolne, ani o to, co zrobić z archiwum PIW, jego biblioteką, jak nie dopuścić do rozproszenia jego praw autorskich, jak podtrzymać program wydawniczy. Tak naprawdę chodzi o likwidację, o egzekucję zbawiennej – wedle władzy – myśli pozbycia się PIW-u z krajobrazu społecznego raz na zawsze i w sposób ostateczny. Samo jego istnienie przypomina bowiem złote czasy polskiego ruchu wydawniczego, jego potęgę i niedający się podważyć dorobek z lat PRL. A przecież w tamtych czasach była jeno ruina i wiatr hulający po stepach.

Nowy likwidator, a właściwie egzekutor, ujawnił zatem, o co w tej zabawie chodzi. A tym samym obwieścił, że wszystkie wcześniejsze deklaracje i obietnice byłego ministra Kultury Bogdana Zdrojewskiego to tylko gadanina, która nie miała na widoku żadnych działań naprawczych, ale przygotowanie gruntu do widowiskowej likwidacji.

Rafał Skąpski, jak twierdzi i wykazuje, wyprowadził PIW z kryzysu, doprowadził do jego wypłacalności, odbudował program wydawniczy i nadpsutą przez władze markę, odzyskał budynek przy ul. Foksal 17 i teraz zbiera żniwo swoich poczynań. Zapomniał likwidator Skąpski, że pozostawiony został na posterunku do likwidowania, a nie ratowania, że pomylił zadania, a więc działał wbrew nadziejom mocodawców, którzy czym prędzej chcieli się pozbyć kłopotu. A ponieważ stał na zawadzie jedynie słusznych rozwiązań, trzeba było najpierw usunąć likwidatora, co właśnie się dokonało.

Już podczas majowego spotkania, które zwołali obrońcy PIW-u, dyrektor Instytutu Książki Gauden podważał wyliczenia Skąpskiego i sugerował, że sytuacja majątkowa i finansowa PIW-u jest inna niż jego likwidator mówi. Nie opierał jednak swego wywodu na jakimś oficjalnym audycie, ale mniemaniu. Teraz też latają w powietrzu różne liczby, ale nikt nie powołuje się na wiarygodne źródło, które potwierdziłoby niegospodarność Skąpskiego. Podstawowym „zarzutem”, który stawia Gauden i urzędnicy jest sposób pozyskiwania przychodów i łatania dziur w dochodach, który Skąpski osiąga z wynajmu części powierzchni w domu przy Foksal różnym firmom. Chociaż nie jest to żadne przestępstwo ani nawet uchybienie, szklą oczy podstępną sugestią, że gdyby nie ten lokal, to PIW upadłby szybciej. No, właśnie, Skąpski nie tylko opóźniał upadek wydawnictwa, ale wprowadził na ścieżkę, która wydawała się niebezpieczna – ono mogło przetrwać!

Od dłuższego czasu dochodziły sygnały, pomruki z kręgów władzy, że PIW może i dałoby się uratować, ale nie ze Skąpskim, że gdyby on zniknął, to może, kto wie… No więc, zniknął. I co? Plany są jasne. Zacieramy rączki i likwidujemy. Przejmujemy kamienicę, dwa piętra sprzedajemy (tak jak to planował Skąpski, ale teraz to już nic złego), bibliotekę upychamy jakiejś uczelni, prawa autorskie przejmuje Instytut Książki, acha, i pozostaje logo oraz tytuł „serii”, a właściwie programu ministerialnego: „PIW – klasyka polska”. Tyle ma zostać z kwitnącej ongiś oficyny, jednego filarów polskiej humanistyki. A my? My mamy uwierzyć, że to wszystko dla dobra wspólnego i ku ogólnemu pożytkowi, dzięki któremu półki księgarskie zalewa coraz więcej wydawniczego śmiecia.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz