O Ninie ANDRYCZ w Remizie

Dyrektor Festiwalu TEATR W REMIZIE w Helu, Wiesław Geras, zaprasza 14 lipca na pierwszą z cyklu Rozmów o Polskich Aktorów, które od kilku lat prowadzi podczas helskich festiwali Tomasz Miłkowski.

Zaczynamy do Królowej Sceny Polskiej, czyli NINY ANDRYCZ (na zdj.), artystki, która jako ostania pielęgnowała mit gwiazdy w stylu dziewiętnastowiecznym. Podczas spotkania 14 lipca będzie okazja posłuchać Jej głosu w jednym z ostatnich wywiadów dla Polskiego Radia.

– Całą niemal scenę warszawskiego Teatru na Woli zajmowały kwiaty, kosze i wiązanki, wciąż wnoszone i podawane. Powstawał z nich na scenie pstrokaty stos. Nina Andrycz – wspomina Tomasz Miłkowski – z władczo uniesionymi rękami i obandażowaną głową (to nie była kontuzja, ale podkład pod perukę królewską) odbierała należne hołdy.

 

Trwała owacja na stojąco po premierze „Królowej i Szekspira” Esther Vilar w reżyserii Marcela Kochańczyka, a artystka chodząc od kosza do kosza, odbierając piękne wiązanki, czytała wizytówki i oceniała, czy kwiatowe oznaki czci są dostatecznie okazałe. Akceptowała je bądź też odrzucała, mamrocząc z teatralnym szeptem: „nie wykosztował się, no, mógłby sobie pozwolić na lepsze”. Widzów to nie zniechęcało, wytrwale wiwatowali, niektórzy nie kryli łez wzruszenia, przeczuwając, że to już ostatni taki hołd w stylu epoki wielkich gwiazd. Wszystko to działo się 17 maja 2001. Aktorka dobiegała wówczas niemal 90. roku życia, ale przyznawała się, że ma 85.

Dziesięć lat później w rozmowie z Anną Retmaniak mówiła o tej roli przed mikrofonem Polskiego Radia:

– Sztuki nie zdradzam, nawet wiek mi nie przeszkadza. Swoją najlepszą rolę zagrałam mając 85 lat. Objechałam z nią całą Polskę. Byłam z nią od Świnoujścia po Krynicę, wożąc zespół, dekoracje i kostiumy. Wszędzie mieliśmy nadkomplety. A jeszcze po drodze zahaczyłam o Londyn, bo tam też nas zaproszono.

Na Rozmowę w Remizie zapraszamy 14 lipca o godzinie 19.00

Dodaj komentarz