Proste sprawy

Szymon Kazimierczak, laureat Nagrody Marszałka Województwa Pomorskiego II edycji Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego na recenzję teatralną dzieli się swymi uwagami o profesji krytyka:

Poproszony przez Kapitułę Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego o wypowiedź na temat mojego zawodu, czuję, że mam do powiedzenia niewiele nadto, co mądrzejsi ode mnie już kiedyś powiedzieli.

Z rzeczy aktualnych może tyle tylko, że denerwują i dotykają mnie coraz częstsze wieszczenia zmierzchu krytyki teatralnej, formułowane przez ludzi o najróżniejszych światopoglądach. Dotykają, bo ja i wielu moich rówieśników traktujemy pisanie o teatrze poważnie, często jako formę sporu o wartości. Są też powody obiektywne. Mamy kilka fachowych pism, w samym gronie autorów miesięcznika „Teatr”, gdzie pracuję, regularnie pojawiają się nowe, ciekawe nazwiska, od niedawna funkcjonuje portal, który jako pierwszy w Polsce daje szansę uprawiania tego zawodu w Internecie na profesjonalnych warunkach (czyt.: za wierszówkę), słyszę że zainteresowanie gdyńskim Konkursem jest duże, zaś artyści, z którymi rozmawiam, często formułują potrzebę krytycznej recepcji swoich dzieł i nie sądzę, by kierowała nimi wyłącznie próżność. Głowa do góry, chciałoby się powiedzieć malkontentom, nasza krytyka istnieje i jest zdolna do wytwarzania oryginalnych myśli, choć może jeszcze nie ma wśród nas nowego Konstantego Puzyny. Nic też nie wskazuje na to, by amatorska blogosfera i wypowiedzi na portalach społecznościowych (które też miewają swoją wartość) miały w jakiś sposób zagrozić fachowej krytyce. Wydaje mi się, że wciąż jesteśmy w stanie rozróżniać te dwa porządki, rozumiemy że opinia formułowana w poście na Facebooku i esej na łamach „Dialogu” to różne kategorie wagowe.

Niezależnie od powyższych wątpliwości, lubię, kiedy tekst krytyczny jest zapisem spotkania ludzi (krytyka i artysty), którzy mają stosunek do świata. Czyli – jak chciał Andrzej Wanat – stosunek do spraw politycznych, społecznych, historycznych, estetycznych, egzystencjalnych, duchowych, etycznych, psychologicznych etc. Wrażliwość na te sprawy przydaje się na co dzień, choć i w sztuce i w życiu są one dawkowane w różnych proporcjach, nieraz w hierarchii wartości jedne strącają drugie na dalszy plan. W odbiorze sztuki ta wrażliwość bywa podstawową kompetencją widzów (w tym krytyków), pozwalającą spotkać się z dziełem w taki sposób, by mogło ono coś w nich poruszyć. Właśnie – poruszyć. Lubię, kiedy krytyk jest nie tylko rzutki w pisaniu, rzetelny w sprawozdaniach i mądry w ocenach, ale kiedy zabiera głos, ponieważ coś go w danym zjawisku porusza. Poruszenie może mieć wieloraki wymiar – może oznaczać nie tylko zachwyt, ale też wątpliwość, czy na przykład kategoryczną niezgodę na jakąś wizję świata, czy wybory podejmowane przez artystę. Krytyk, inaczej niż szeregowy widz, musi jeszcze umieć skutecznie zanalizować własne poruszenie. Musi umieć się z niego wytłumaczyć.

Krytyka, jaką cenię najbardziej, choć czytam i lubię różne jej formy, jest autorską twórczością. Choć ma ona elementy sprawozdawcze (zresztą chyba każda twórczość jest formą sprawozdania), to służy nieraz także do podzielenia się myślą bezinteresownie, nie dla popisu erudycji, ale ponieważ autorowi na czymś zależy: bo chce mu się spierać o wartości, o postawy, o jakość. W krytykach cenię ponadto cechy, które na ogół cenię w ludziach: umiejętność słuchania, empatię, prawdomówność, bystrość, inteligencję, poczucie humoru, talent, wrażliwość, temperament, osobowość. Proste sprawy.

 

Szymon Kazimierczak

Dodaj komentarz