Z fotela Maciejewskiego: Prawo do buntu

Ingmar Villqist, reżyser „Lotu nad kukułczym gniazdem” w Teatrze Bagatela, nie miał łatwego zadania.

Musiał zmierzyć się nie tylko z jednym z najważniejszych dzieł literackich dla pokolenia kontrkultury, jak i z kongenialną wobec pierwowzoru, Oscarową adaptacją filmową Miloša Formana.

„Głównym źródłem inspiracji i prawdziwej fascynacji jest i będzie dla mnie człowiek, jego zagubienie, marzenia, strach, potrzeba szczęścia, samotność, którą tak desperacko każdy z nas chce zrozumieć, potrzeba bliskości drugiego, równie samotnego człowieka” – mówił Villqist.

Scena Bagateli na ulicy Sarego przypomina szpital psychiatryczny, a scenografia – zaprojektowana również przez Villqista – zmienia się w zależności od charakteru mieszkańców. Inaczej wygląda wnętrze gabinetu siostry przełożonej, inaczej „Sala Ludzi Roślin”, czy dyżurka pielęgniarska.

Co ważniejsze, Villqist nie kopiuje plastycznych czy charakterologicznych patentów sprawdzonych w dotychczasowych adaptacjach tekstu, dla śląskiego reżysera ważniejszą od dominanty szaleństwa, jest odpowiedź na pytanie: czym jest bunt, czym sprzeniewierzenie zasadom i kto tak naprawdę ma w tym starciu rację?

Ken Kesey chciał swoją powieścią wykrzyczeć niezgodę wobec systemu państwa propagującego solenność, przeciętność czy hipokryzję, piętnującego niesubordynację wobec regulaminu, wykluczającego osobowości niedopasowane, outsiderów, kolorowych ptaków.

„Lot nad kukułczym gniazdem” Keseya, podobnie jak spektakl Ingmara Villqista, pozostaje niezmiennie aktualnym hymnem na cześć wolności i niezależności. Siła zarówno powieści, jak i spektaklu wynika z nonkonformistycznej konkluzji. Żadnych uspokajających morałów, czułego happy endu. Jeżeli chce się żyć naprawdę, łamać głupie nakazy i starać funkcjonować wedle własnych reguł, trzeba za parę chwil stuprocentowej wolności zapłacić nieporównywalną cenę. Kesey kocha swoich outsiderów, Villqist lubi ich także, ale w rzeczywistości ostatnie zdanie i tak należeć będzie przecież do biurokratów, hipokrytów i polityków. Siostra Ratched jest wieczna.

 

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz