Spowiedź świadka

O monodramie Janusza Gajosa pisze Tomasz Miłkowski:

To sztuka dostępna tylko mistrzom: Janusz Gajos bez pomocy żadnego rekwizytu czy dźwięku, mając tylko do dyspozycji krzesło, na którym czasem przysiada, opowiada historię ksenofobicznej infekcji, która zawładnęła dobrym miastem Arras. Czyni to po raz wtóry, tyle tylko, że dwadzieścia lat temu (1994, Teatr Powszechny, reż. Krzysztof Zaleski) był ubrany w mnisie szaty, ucharakteryzowany „na starość” („strąki rzadkich, siwych włosów opadają mu na plecy, twarz pokrywa siatką zmarszczek, głos mamrotliwy, początkowo niewyraźny”, odnotowywała Ewa Zielińska w „Kurierze Polskim”), zasiadał w głębokim krześle – słowem w inscenizacji Krzysztofa Zaleskiego bohater monodramu został mocno podmalowany historycznie. Ale nie tym razem. Teraz przychodzi niemal prywatnie, tak jak ktoś umówiony ze znajomymi, ubrany starannie, ale bez szczególnego wykwintu, prawie roboczo. Nawet światło jest początkowo robocze. Wtedy, przed laty, aktor chronił się za charakteryzacją, peruką. Teraz i z tego rezygnuje. Jest jednym z nas, choć brzemię, które dźwiga, każe mu zrzucić ciężar ponad siły, zwierzyć się z doświadczeń, które przerastają każdego człowieka. Bo jak rozumem ogarnąć setki ofiar, morze krwi, przelanej niespodziewanie, z zaskoczenia. Wszystko przecież zaczęło się banalnie, niewinnie: „Jednemu z obywateli Arras padł koń”. Z tym nie sposób się uporać.

Narzucone sobie ograniczenie, całkowite odrzucenie środków inscenizacyjnych siłą rzeczy jeszcze bardziej niż sprzed laty skupia uwagę na tekście, na tym, co i jak mówi aktor. A mówi rzeczy ważne – o szaleństwie prześladowań, o spirali przemocy, o politycznej manipulacji, o sprawowaniu władzy za pośrednictwem strachu. Powieść Andrzeja Szczypiorskiego, nawiązuje do wydarzeń z głębokiego średniowiecza, kiedy po klęsce zarazy i głodu jesienią 1461 Arras stało się widownią histerii religijnej: wzniecono prześladowania Żydów, tropiono czarownice i urojone herezje, szerzył się rozbój. Ale pisana była pod impulsem antysemickiej fali marca 1968 roku, korzystając z historycznego kostiumu, lokowała ówczesne, marcowe piekło w perspektywie wielu podobnych wybuchów skrajnej nietolerancji. I dziś nic nie straciła ze swej siły przestrogi przed uwolnieniem zmory nienawiści, przed przyzwoleniem na zło, które ma jakoby doprowadzić do duchowego oczyszczenia.

Aktor już nie kryje się za kostiumem Jana, zaufanego księcia biskupa Utrechtu, ale jest jednym z nas, staje przed nami taki, jaki jest, i bezradnie szuka pomocy, wyjaśnienia, wsparcia. Patrzy nam głęboko w oczy, a siedzimy bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki, prawie nie gra (czyli gra, że nie gra), choć przecież różnicuje przywoływane wypowiedzi bohaterów niegdysiejszych dramatycznych wydarzeń, bardzo powściągając emocje – raz tylko wybuchnie mocniej. Toteż w ciszy i skupieniu podążamy za nim, przeżywając chwile grozy, zwątpienia i popłochu. I choć artysta nie wymusza takich reakcji, daleki od emocjonalnego szantażu, to jednak aż do końca trzyma oniemiałych widzów w napięciu i gniewie. Nie wiedzieć kiedy sprawia, że stajemy się jednym ciałem i duszą. Oto aktor.

Janusz Gajos tym ascetycznym monodramem nawiązuje do samych początków ruchu teatru jednego aktora, który narodził się z potrzeby bezpośredniej rozmowy z widzem: Przychodzi aktor i opowiada. To dość, aby stał się teatr.

Tomasz Miłkowski

MSZA ZA MIASTO ARRAS Andrzeja Szczypiorskiego

wykonanie Janusz Gajos, adaptacja sceniczna Igor Sawin, współpraca Piotr Cieplak, Paweł Czepułkowski, aranżacja przestrzeni, kostium Dorota Roqueplo, Teatr Narodowy, Scena Studio, premiera 21 maja 2014

Rozszerzona wersja recenzji zamieszczonej w tygodniku PRZEGLĄD

Dodaj komentarz