Sztuczne ognie ojczyzny

O ZARĘCZYNACH Tomczyka w Teatrze TV pisze Miłkowski w Dzienniku Trybuna:

Lekcję wychowania patriotycznego w wersji dla opóźnionych zafundował nam Teatr TV, dając premierę Zaręczyn Wojciecha Tomczyka (emisja 18 maja), słabiutkiej komedyjki z pretensjami do spełniania społecznej misji. Temat jest błahy, na dobrą sprawę w sam raz na skecz estradowy – rzecz traktuje bowiem o zaręczynach i obawach młodych, czy ich rodzice, mający odmienne poglądy na świat, zdołają się jako tako zaprzyjaźnić, czy też ich pierwsze spotkanie skończy się fiaskiem. Wygląda to na tzw. opowieść z życia (albo z telenoweli) wziętą, ale z chwilą kiedy rzecz się rozdyma za sprawą porad, bez mała przewodnika po tematach, jakie wolno podczas takiego spotkania poruszać, który przekazuje młodym ich partnerka biznesowa, wszystko się rozłazi. Pewnie rozlazłoby się do końca, gdyby nie aktorzy obsadzeni w rolach rodziców (Gniewkowska, Stenka, Frycz i Zamachowski), którzy swoim talentem nadrabiają płycizny tekstu, jak się okaże lekcji poglądowej o różnicach dzielących środowiska zwolenników PO i PiS. Kamieniem probierczym jest tu sprawa „żołnierzy wyklętych”, która pojawia się w tej komedyjce z trudem przyfastrygowana, abyśmy od tej chwili współczuli i jednoczyli się w uczuciach a to podziwu, a to okolicznościowej powagi. Tak czy owak żarty się kończą.

Autor żalił się w rozmowie z dziennikarzem, że sztuki nie przyjęła mu do druku redakcja „Dialogu”, a to z powodu – ma na to dowód na piśmie – owej obsesji na tle „żołnierzy wyklętych”. Ale Teatr TV stanął na wysokości zadania, stwierdza z zadowoleniem autor, i rzecz wystawił. Nie jestem pewien, czy stanął. W czasach, kiedy tak rzadko trafiają się premiery teatralne na małym ekranie, w Teatrze TV powinien obowiązywać wyjątkowo staranny dobór tytułów, aby nie odrzucać i tak już bardzo uszczuplonej widowni spektakli telewizyjnych. Skutecznie odgonił swego czasu od telewizorów Teatr IPN. Zaręczyny wprawdzie nie lokują się w tym poniechanym nurcie, ale wyraźnie nawiązują do propagandowych założeń tamtych spektakli. Mają bowiem ukazać głębokie korzenie podziałów i wskazać na sposoby ich przezwyciężenia.

Wszystko to tchnie płycizną. Począwszy od spreparowanego środowiska, w którym toczy się opowieść. Rodzice obojga młodych bowiem żyją w dostatku, w sterylnych przestrzeniach swoich domostw, jedni w dworku, drudzy w apartamencie, obficie zaopatrzeni we wszelkie dobra, jakie człowiekowi mogą się wyśnić. Nie dobiegają tu jakiekolwiek echa kłopotów młodych ludzi z pracą, bezrobociem, niskimi płacami, śmieciówkami i niepewnym jutrem – świat wydaje się ścielić u stóp młodych i ich rodziców. Jeden tylko mają kłopot, jak zakopać topór wojenny różnic światopoglądowych.

Różnic tych wszelako dopatrzeć się trudno, a jedno jest pewne – to beneficjenci przemian po roku 1989, którzy co najwyżej się pospierają, kto z nich jest bardziej moralny i prawidłowy. Z ekranu zieje więc jałowizna jak w sporach między PO i PiS. Toteż na wszelki wypadek reżyser (Wojciech Nowak) kończy spektakl pokazem ogni sztucznych, czyli – jak napisał pewien krakowski recenzent prapremiery Wesela Stanisława Wyspiańskiego: „całość się kończy pogodnie wesołym oberkiem”. Zresztą sztuczne ognie są tu całkiem na miejscu, sztukę bowiem od początku do końca przenika „sztuczny ogień”, który próbuje rozniecić w sercach swoich odbiorców autor Zaręczyn.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz