Strojenie do śmierci

Wciśnięta w kąt celi – wyje, zawodzi, złorzeczy swoim katom, siebie nazywa męczennicą i przyszłą świętą. Jej głowa, niemal łysa z kępkami siwych kosmyków, kołysze się na chudej szyi.

– Włosy nie utrzymają ciężaru głowy – rzeczowo stwierdza mężczyzna z obnażonym torsem, opasany długim, skórzanym fartuchem.

Bo ściętą głowę trzeba pokazać zgromadzonej gawiedzi. Ten mężczyzna w rzeźnickim fartuchu to kat. Czeka. To jego topór uderzy w wątły kark kobiety wijącej się w spazmie przerażenia w brudnej celi. Jej strach jest tak silny, że niemal czujemy jego odór…
Ta kobieta, to Mary Stuart, królowa Szkocji. Katoliczka. Umrze za kilka godzin, skaza na śmierć wyrokiem Elżbiety, królowej Anglii. Protestantki. Tę śmierć przyjdą obejrzeć tłumy…
O kilku ostatnich godzinach życia królowej opowiada dramat Wolfganga Hildesheimera „Mary Stuart”, który na scenie warszawskiego Teatru Ateneum wyreżyserowała Agata Duda-Gracz.

 

W celi Marii zjawiają się słudzy – lekarz aptekarz, sekretarz, dwórka. Muszą przygotować ją do odejścia.

I oto przed oczami widzów rozpoczyna się taniec śmierci, misterium śmierci, strojenie do śmierci. Tragiczne i groteskowe zarazem, w którym troska, by królowa nie przeziębiła(!) się w zimnej celi, miesza się z mściwym przypominaniem jej, czyją krwią splamiła swoje królewskie ręce…

Ci, którzy przygotowują królową Szkotów do stanięcia na szafocie, chcą uszczknąć coś dla siebie na przyszłość z jej świetności, ale ta okazuje się pozorem. Klejnoty rozkradziono, na posady u konkurencji nie ma co liczyć. Czują, że odejście Marii będzie końcem ich kariery.

Oni też tańczą tu swój taniec śmierci. Tracąc panią, tracą utrzymanie, tracą bezpieczeństwo. Jeszcze łudzą się, że może tak się nie stanie. Jeszcze u jej boku, ale już bez cienia zażenowania, walczą ze sobą o swoje miejsce w tym stadzie, ustanawiają jego hierarchię. Są drapieżni i bezradni zarazem.

Tymczasem w miarę zakładania kolejnej części garderoby, Maria uspokaja się. Królewska szata, klejnoty, makijaż, peruka przywracają jej spokój i godność. W niczym nie przypomina oszalałej ze strachu kobiety z pierwszej sceny.

Stoi wyprostowana w purpurowej sukni, gotowa. Taką na szafocie – dumną, niewzruszoną – chcą zobaczyć tłumy…

Hildesheimer odziera śmierć Mary z nimbu męczeństwa. Skazanie Marii – zdaje się mówić – jest konsekwencją walki o władzę w myśl powiedzenia: „Cuius regio, eius religio”. Pokonany musi zginąć, w przeciwnym razie zagrażałby zwycięzcy. To logika wszystkich wojen, rewolucji, przewrotów. Ale autor pokazuje też, jak tworzy się legenda, o którą zadbała sama królowa, wiedząc, jak powinni zapamiętać jej śmierć świadkowie. Hildesheimer buduje swój dramat na słynnym zdaniu Marii: „W moim końcu jest mój początek”.
Tytułową rolę reżyserka powierzyła Agacie Kuleszy. Aktorka zagrała Mary Stuart bez cienia fałszu, konsekwentnie prowadząc ją, bez psychologicznych potknięć, przez różnorodność stanów emocjonalnych.

Banałem jest stwierdzanie, że Agata Kulesza jest aktorką z potencjałem twórczym, utalentowaną, świadomą, – ale po jej kreacji w „Mary Stuart” nie sposób tego nie podkreślić.
Reżyserka Agata Duda-Gracz rozpisała grę partnerujących Kuleszy aktorów – Paulina Gałązka, Grzegorz Damięcki, Bartłomiej Nowosielski, Wojciech Brzeziński, Przemysław Bluszcz, Tomasz Schuchardt – jak partyturę. Każdy ma w niej swoje nuty do zagrania, zostaje wyróżniony swoją arią, która składa się na zgodnie brzmiącą całość. Żadne z nich nie występuje przed szereg, ale zachowuje charakter i odrębność swojej postaci.
Tę harmonię aktorską wspiera strona plastyczna spektaklu. Wyrazista w kostiumie i scenografii. Agata Duda-Gracz (ich autorka) namalowała ten taniec śmierci mrocznymi barwami, gdzieniegdzie rozjaśniając żywszym kolorem stroju, snopem światła. Postaciom dramatu przydała pewną brzydotę, pokraczność, wynaturzenie, przywodzące na myśl figury ludzkie z malarstwa Boscha, bądź z obrazów ojca reżyserki, jakby ta zewnętrza brzydota miała być komentarzem do ich duchowości.

Dopełnieniem scenicznego dzieła jest wyrazista muzyka autorstwa i wykonania (na żywo) Mai Kleszcz i Wojciecha Krzaka.

Już dawno nie słyszeliśmy takiej ciszy w teatrze, niemal wstrzymywania oddechów, jak podczas przedstawienia „Mary Stuart” w reżyserii Agaty Duda-Gracz. To także miara doskonałości pracy wszystkich artystów spektaklu.

Sztuka Wolfganga Hildesheimera jest – jak każdy dobry dramat – nie tylko opowieścią o królowej Szkotów. Jest opowieścią o nieuchronności śmierci. O mierzeniu się z nią, które nie ominie nikogo z nas. Jaki będzie bilans naszego życia, gdy staniemy przed jej szafotem?

Grażyna Korzeniowska

___________________

Wolfgang Hildesheimer Mary Stuart (przekł. Dorota Sajewska)
reżyseria i scenografia Agata Duda-Gracz

ruch sceniczny Tomasz Wesołowski
muzyka Maja Kleszcz, Wojciech Krzak
reż. światła Katarzyna Łuszczyk
Grają: Agata Kulesza, Paulina Gałązka, Maja Kleszcz, Grzegorz Damięcki, Bartłomiej Nowosielski, Wojciech Brzeziński, Przemysław Bluszcz, Tomasz Schuchardt, Wojciech Krzak.
Premiera 16 maja 2015 r., Teatr Ateneum w Warszawie.

 

Dodaj komentarz