Kto dobije PIW?

Tomasz Miłkowski pisze w najnowszym wydaniu Dziennika TRYBUNA z 14 maja:

Pytanie nie brzmi, czy PIW się uratuje, ale kto dobije sławne nie tylko w Polsce wydawnictwo. Wygląda na to, że wyrok już zapadł w kręgach urzędniczo-politycznych, pani minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego nawet wyrwało się niezręcznie, że „PIW zbankrutował” (choć to nieprawda), sprawa wydaje się załatwiona: prawa autorskie do serii i dawnych, wartościowych tytułów oraz PIW-owski znak firmowy przejmie Instytut Książki, kamienicę przy ulicy Foksal w Warszawie też i po kłopocie.

Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki choć wprost nie potwierdza wszystkich tych zamiarów, sprawia wrażenie człowieka zdziwionego, że nagle wybuchł taki hałas o zachowanie egzystencji PIW-u. A przecież nie chodzi o galwanizowanie trupa, ale pomoc dla najbardziej zasłużonego wydawcy dzieł klasyki literatury polskiej i światowej. Gauden najwyraźniej nie rozumie, dlaczego? Takie dziwne słowa jak tradycja, ciągłość kulturowa, fachowcy, którzy budują markę (a nie na odwrót), nie sprawiają na nim wrażenia.

 

 

– Proszę przygotować biznesplan – powiedział podczas panelu o sytuacji PIW-u, który odbył się w ubiegłym tygodniu w Warszawie – a wtedy się zobaczy.

Propozycja zabrzmiała jak zaproszenie pod topór. Czym zasłużył sobie PIW na taki los? Edycjami dzieł Norwida, Manna, Szekspira, Fredry, Białoszewskiego? A może serią współczesnej prozy światowej? Długo można by tu ciągnąc listę wydawniczych zasług PIW, powołując się niekoniecznie na dawne osiągnięcia, ale także i te najnowsze, również w okresie ostatnim, nawet po ogłoszeniu decyzji ministra o postawienie PIW-u w stan likwidacji, by wspomnieć tylko o kolejnych tomach odcenzurowanej edycji dzieł Białoszewskiego, kolejnych tomach dzieł Witkacego pod redakcją prof. Janusza Deglera, wznowieniu książek ubiegłorocznego noblisty Patricka Mondiano.

Skąd więc taka zawziętość ministra Skarbu, który od lat usiłuje PIW wykurzyć z Foksal? Może jednak chodzi o budynek w atrakcyjnym punkcie stolicy, jak zasugerował jeden z uczestników wspomnianego panelu warszawskiego? Kiedy w roku 2011 minister Skarbu ogłosił zamiar likwidacji wydawnictwa, pod apelem przeciwko tej decyzji podpisał się wówczas… premier Donald Tusk, będący wszak zwierzchnikiem wspomnianego ministra, a także minister Kultury Bogdan Zdrojewski. Likwidację wówczas wstrzymano, obiecując PIW-owi złote góry, m.in. rozważenie przekształcenia wydawnictwa w narodową instytucję kultury (były też alternatywne propozycje, gwarantujące PIW-owi istnienie i rozwój). Minister obiecał nawet wydawcy półtoramilionowe wsparcie co roku na działalność podstawową, ale skończyło się na grantach o łącznej wartości 80 tysięcy złotych, a rok później minister Skarbu ponowił swoja akcję przeciw wydawnictwo i postawił PIW w stan likwidacji. Co ciekawe, jak oficjalnie oświadcza wydawca, „PIW osiąga corocznie od 2006 roku zysk, nie generuje strat, nie powiększa zadłużenia i wciąż wydaje książki”. Tym bardziej zdumiewa energia i uporczywość, jaka towarzyszy ministrowi Skarbu, aby dopiąć swego i PIW wreszcie zlikwidować.

Rafał Skąpski, dzisiaj likwidator PIW, a niedawno jeszcze dyrektor wydawnictwa, z kłopotami finansowymi boryka się od samego początku swego urzędowania, to jest od dziesięciu lat, kiedy wygrał konkurs na stanowisko dyrektora. Odebrawszy gratulacje zapoznał się z kondycją firmy i stanął wobec konieczności drastycznych cięć, odchudzenia załogi i różnego rodzaju działań naprawczych. Nie pomagano mu, raczej przeszkadzano, ale i tak nie tylko zobowiązań finansowych nie powiększył, ale od roku 2006 wyprowadził PIW na prostą – od tego czasu PIW nie generuje nowych długów, ale przynosi z bieżącej działalności niewielki, ale stabilny zysk – w roku 2014 było to ponad 100 tysięcy złotych. W tym większe zdumienie wprawia ochota zamknięcia wydawnictwa, które nawet z punktu widzenia skrajnie wąskoekonomicznej polityki wygląda solidnie. Im bardziej PIW pozbywa się kłopotów z zadłużeniem, tym większa ochota na jego likwidację. Przypadek?

Toteż to, co najbardziej zaskakuje orędowników likwidacji, to wsparcie udzielane wydawnictwu przez środowisko młodych liberałów, które reprezentuje Przemysław Pawlak, założyciel Społecznego Komitetu Ratowania PIW, który zawiązał się na początku kwietnia i rozwinął w internecie akcję „Ratuj PIW, ratuj książkę”. Pod apelem o ratowanie instytucji podpisało się grubo ponad cztery tysięcy luminarzy polskiej literatury i kultury na czele z Julią Hartwig, prof. Januszem Deglerem i Józefem Henem. Inicjator akcji pozostaje optymista, bo doprawdy niewiele trzeba, aby zażegnać katastrofę PIW-u zaplanowaną przez technokratów. Wystarczy uchylić wcześniej podjętą decyzję ministra Skarbu o postawienie wydawnictwa w stan likwidacji i czarne chmury się rozproszą. Ale do tego trzeba odrobinę dobrej woli. I wyobraźni. Dość przypatrzyć się losom Ossolineum, które w wyniku akcji „ratowania” ocaliło znak firmowy i dwie serie Biblioteki Narodowej, ale praktycznie jako Fundacja zaprzestało działalności – rocznie ukazuje się zaledwie kilka tytułów.

Formalnie PIW nie podlega ministrowi Kultury i ministra może się od sprawy dystansować wskazując ręką na kolegę. Tyle tylko, że niezależnie od formalnej podległości, jaka wynika z podjętych wcześniej postanowień, ministrowi Skarbu, los PIW-u nie powinien być dla Ministerstwa Kultury obojętny. Chyba że doktrynalne zwycięstwo idei sprywatyzowania wszystkiego, co państwowe, a jak się nie da, to obrócenia wniwecz, okaże się ważniejsze niż interes polskiej kultury. PIW jest ostatnim istniejącym wydawnictwem państwowym i pewnie dlatego solą w oku. Bo po co (sobie)państwu taki kłopot?

 

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz