„I ciągle widzę ich twarze”

Teatr Żydowski zapowiadał zmiany. I słowa dotrzymał. „Dybuk” w reżyserii Mai Kleczewskiej – słynnej z prowokacyjnych, ostrych i skandalizujących spektakli –rozpoczynający obchody 65-lecia Teatru Żydowskiego (tuż przed 72. rocznicą powstania w warszawskim getcie – co nie jest bez znaczenia) jest wyjątkowo udaną próbą zmierzenia się z klasyką jidyszowego dramatu.

Dramat Szymona An-skiego miał swoją prapremierę w 1920 roku. Od tego czasu sztukę interpretowali Andrzej Wajda, Agnieszka Holland, Krzysztof Warlikowski czy także w Teatrze Żydowskim – Szymon Szurmiej. Jedną z najsłynniejszych adaptacji Dybuka jest film Michała Waszyńskiego z 1937 roku, uważany za największe osiągnięcie przedwojennego kina.

Maja Kleczewska do współpracy nad tekstem zaprosiła dramatopisarza i performera Łukasza Chotkowskiego. Trzeba przyznać, że współpraca ta wydała naprawdę zajmujący owoc. Twórcy postanowili odczytać klasykę przez pryzmat współczesności. Pozostała struktura dramatu – oto panna młoda, Lea, szykując się do małżeństwa z Menaszem (Marcin Błaszak), udaje się na cmentarz, by zaprosić wszystkich bliskich zmarłych. W trakcie uroczystości weselnych w jej ciało wstępuje dybuk – Chonen (Piotr Stramowski), duch ukochanego przez nią, a zmarłego młodzieńca. Opętanie jest konsekwencją dawnych krzywd wyrządzonych przez rodzinę młodej. Jednak na wesele przybywają nie tylko zaproszeni zmarli. Przez scenę przewija się korowód skrzywdzonych i cierpiących duchów. Stawiają się Żydzi z getta, dawni mieszkańcy pl. Grzybowskiego, więźniowie obozów Auschwitz, Majdanka, Treblinka, zmarli przedwcześnie, którzy domagają się kontynuacji życia. Opowiadają lub wyśpiewują swoje historie odwróceni twarzami do ścian, luster. Wstępujący w pannę dybuk ulega jakby zwielokrotnieniu, wszak w kontekście Zagłady mówimy o milionach przerwanych istnień. Pytają, co się dzieje z nieprzeżytym życiem, z dziećmi, które nie mogły się narodzić, z nieodmówionymi modlitwami. Pojawiają się nawet poprzednie wcielenia Lei – Gołda Tencer i Joanna Przybyłowska, grające tę rolę wiele lat, a teraz powierzające ją młodziutkiej Magdalenie Koleśnik.

 

Przewodnikiem jest Meszulach (hebr. posłaniec) – postać spoza czasu, nieco tajemnicza, pozbawiona tożsamości albo też przyjmująca jakąś zbiorową tożsamość, świadek historii. Obecny przez cały czas na scenie Meszulach z getta, Meszulach z Auschwitz, z sali prób i współczesnego Muranowa, wybudowanego na gruzach żydowskiego świata. Kleczewska i Chotkowski przypominają, że zaledwie kilkadziesiąt lat temu w Polsce żyły dwa narody, mówiło się w jidysz. Dziś niewielu chce o tym pamiętać. A „kości, dusze pomordowanych, na których zbudowano Muranów domagają się pamięci – mówi Chotkowski. – W Polsce dalej tematy żydowskie wywołują zbiorową histerię. My nie zajmujemy się winą–niewiną. Zajmujemy się złamanym przymierzem między dwoma narodami”. Nawołują do wspólnoty, spinając swoją opowieść klamrą kadiszu, modlitwy poddającej odmawiających w ręce Boga.

Scenografia odwzorowuje salę prób Teatru Żydowskiego. Drewniana podłoga, gołe ściany, z tyłu duże lustro, odbijające scenę, a także wyświetlane obrazy współczesnego pl. Grzybowskiego, ujęcia z lotu ptaka. Potęguje to uczucie przenikania się światów. Getta, które było w tym miejscu w czasie wojny i kultury żydowskiej wrośniętej w tkankę tego fragmentu Warszawy. Przywołany miniony świat wzbogaca teraźniejszość, wpływa na zdanie sobie sprawy, gdzie właściwie jesteśmy. Za lustrem widać czasem kantora, śpiewającego hebrajskie modlitwy. Ale osadzenie akcji w tej scenografii ma też trochę inne znaczenie. Odwołuje się do dyskusji o roli teatru, jednego z dwóch w Europie, noszącego nazwę „żydowski”, któremu zarzucano cepeliadę i skansen. Henryk Rajfer (rabin Azriel, cadyk z Miropola, jako jedyny posiadający moc, aby wypędzić dybuka), siedząc rozwalony na krześle w plastikowych klapkach i niechlujnym ubraniu przegania ze sceny aktorkę śpiewającą szlagier „Jidł mit’n fidł”, wykrzykując: „A idź, cepelia”. Przewrotnie daje też do zrozumienia, że to całe przepędzanie duchów dzisiaj już nikogo nie rajcuje, a on sam nie rozumie, co właściwie robi w tym towarzystwie.

Spektakl, choć momentami drażniąco patetyczny, równoważony zostaje dystansem i humorem, co nie pozwala wpaść w pułapkę martyrologii. Zresztą tempo i tonacja mieszają się tu nieustannie. Dybuk żongluje stylami i nastrojami. Transowe zaloty kochanki i kochanka, w rytm słów Pieśni nad pieśniami („Posilcie mnie plackami z rodzynek, wzmocnijcie mnie jabłkami, bo chora jestem z miłości”), przeplatają się z humorystycznym występem izraelskiej gwiazdy pop, elektryzującymi egzorcyzmami i finałowym powrotem bohaterów do grobów (aktorzy w finalnej scenie kładą się w szeregu), z których jakby powstali tylko na chwilę, wywołani, by przywołać w nas pamięć. Historie zataczają koło. Przeszłość jest odkopywana i na nowo przysypywana warstwą niepamięci. Symboliczna jest tu scena, gdy Rabi Sender (Marek Węglarski) przywołuje ducha matki Lei, by odesłać go za chwilę do zmarłych, przysypując ziemią z kubła. Jak żyć na co dzień z tym utraconym światem? Jak oswoić śmierć? Jak ją przywołać, mówić o niej bez lęku i bez przesadnego patosu? Kleczewska przefiltrowuje przez siebie romantyczną historię żydowskiego Romea i Julii wraz z tragiczną Holokaustu i podaje nam w bardzo zgrabnej formie. Odkryciem jest także absolwentka krakowskiej PWST – Magdalena Koleśnik. Jej Lea bywa przerysowana, momentami przywodząc na myśl bohaterkę marnego horroru, przemiennie obsceniczna, błazeńska i ironiczna. Jest energetyczna i wzruszająca. Kulminacyjnie świetna w scenie wypędzenia dybuka.

W Teatrze Żydowskim na dwie godziny zatrzymuje się czas. Kleczewska przywraca do życia byłych mieszkańców dzielnicy. Jako motto przedstawienia i pewną klamrę spinającą Dybuka z istniejącym na terenie getta Teatrem Żydowskim obrała sobie fragment utworu Stanisława Wyspiańskiego „I ciągle widzę ich twarze, ustawnie w oczy ich patrzę – ich nie ma – myślę i marzę, widzę ich w duszy teatrze”.

Katarzyna Michalik-Jaworska

DYBUK, Teatr Żydowski w Warszawie. Reżyseria: Maja Kleczewska, scenariusz sceniczny: Maja Kleczewska i Łukasz Chotkowski dramaturgia: Łukasz Chotkowski, muzyka: Stefan Węgłowski, scenografia, światła, video: Wojciech Puś, kostiumy: Konrad Parol, asystent reżysera: Jędrzej Piaskowski; obsada: Marcin Błaszak, Piotr Chomik, Genady Iskhakov, Magdalena Koleśnik (gościnnie), Joanna Przybyłowska, Henryk Rajfer, Rafał Rutowicz, Izabella Rzeszowska, Wanda Siemaszko, Piotr Sierecki, Piotr Stramowski (gościnnie), Barbara Szeliga, Dawid Szurmiej, Gołda Tencer, Ewa Tucholska, Jerzy Walczak, Marek Węglarski.

 

Dodaj komentarz