TAMTE DNI

Szukam w pamięci momentu, w którym poznałem Jubilata – mojego szanownego rówieśnika. Było to w przełomowym dla naszego pokolenia roku 1944, w czasie Powstania Warszawskiego. Mam przed oczyma obwieszony obrazami wielki salon przy ulicy Mazowieckiej 4, należący do restauracji prowadzonej tam w latach okupacji przez hrabiego Maurycego Potockiego, a w salonie fortepian i natchnionego pianistę, który nie tylko gra, ale i głośno śpiewa.

 

Za oknami kanonada, lecą serie z niemieckich karabinów maszynowych, bijących od Placu Małachowskiego w kierunku Placu Napoleona, a tu muzyka i pełne uniesienia słowa „Warszawianki”. Wokół fortepianu zaczynają się gromadzić koledzy – powstańcy, wśród których jestem i ja. Pianistą i aranżerem sytuacji jest 19-letni podchorąży „Henio” – Henryk Bieniewski z naszej kompanii „Grażyna”.

Działo się to 2 sierpnia, późnym popołudniem, po gościnnym obiedzie, na który właściciel restauracji zaprosił niemal całą kompanię. Śpiewaliśmy coraz głośniej. Bo tak właśnie było: przeżywaliśmy swoje dni „krwi i chwały”. Henryk z wprawą uderzał w klawiaturę, wszyscy nasilali głosy, a gdy doszliśmy do słów Hej, kto Polak, na bagnety, to już prawie krzyczeliśmy.

Pieśni wojskowe miały w tamtym czasie ogromną moc mobilizującą i jednoczącą. Pamiętam, że na wszystkie dni sierpnia opanowała nasze plutony „Szturmówka” – o kompanii, dla której nie ma przeszkód i nie ma złych dróg. Śpiewało się ją niemal codziennie podczas rutynowego marszu dookoła fontanny na dziedzińcu Mazowieckiej 4. Tylko czasem zmienialiśmy ją na „Rozkwitały pęki białych róż”, „Madelon” czy „Serce w plecaku”.

Talentem muzycznym Henia, jak i obiadami u hrabiego – przedwojennego rotmistrza kawalerii – nie cieszyliśmy się długo. W połowie sierpnia nasze luksusowe kwatery na Mazowieckiej (a w nich i fortepian) zostały zdruzgotane serią straszliwych pocisków rakietowych zapalająco – burzących nazywanych „krowami”. Jedenaście osób z kompanii zostało zabitych, drugie tyle poparzonych, odesłanych do szpitali. Zginął dowódca naszego plutonu – Bolek Koucki, „Kocio”. Opanowanie Komendy Policji przy Krakowskim Przedmieściu 1, sąsiedniego kościoła św. Krzyża i Pałacu Staszica pochłonęło następną dziesiątkę poległych i rannych. Przenieśliśmy się wtedy z Mazowieckiej do budynku Komendy, a częściowo do kościoła dolnego św. Krzyża, gdzie w spokojniejszych chwilach próbowaliśmy się przespać wśród nagrobnych tablic, na zrolowanych dywanach. W tym szczególnym miejscu musieliśmy zachowywać ciszę, gdyż była to pierwsza linia frontu. Od pozycji Niemców na Uniwersytecie dzieliło nas jakieś 50 metrów.

Kompania „Grażyna”, jak każda wojskowa komórka, przeżywała w Powstaniu swoje gorsze i lepsze chwile. Straty w ludziach były nie do uniknięcia, wciąż zmieniająca się sytuacja narzucała nowe zadania. Działaliśmy drużynami. Henryk – bardzo ruchliwy, choć rozważny – był w innej niż ja. Ale spotykaliśmy się. Zapamiętałem pewien moment szczególny.

27 sierpnia wracałem z ulicy Mazowieckiej, dokąd przyszedłem po jakieś zapomniane pudełko z tytoniem. Wybrałem drogę na skróty, przez ruiny NOT. Na ulicy Czackiego usłyszałem nagle dramatyczny ni to szloch, ni to śpiew kościelnych godzinek. Na wciąż dopełnianym powstańczym cmentarzyku na sąsiedniej ślepej uliczce o porażającej nas wówczas nazwie Dowcip klęczał i rozdzierająco zawodził jakiś starzec. W półmroku widziałem, jak chwilami unosił w rozpaczy ręce. Stanąłem poruszony, a potem przyspieszyłem kroku. Naprzeciw Komendy Policji natknąłem się na Henia i „Gandhiego” (Jerzego Włodarczyka). Szli dźwigając odważnie na plecach metalowe butle z benzyną do naszego kompanijnego miotacza płomieni. Powiedziałem im o cmentarnej zjawie. Zaczęli nasłuchiwać. Im chyba również te godzinki zabrzmiały wówczas jakoś złowieszczo.

Następnego dnia na ulicy Traugutta poległ drugi dowódca naszego plutonu -Jerzy Cichoński, „Jurek 2020”, zaś kilka dni po nim, przy Placu Napoleona – dowódca naszego batalionu, porucznik Marian Krawczyk, „Harnaś”.

Trwały zacięte walki o utrzymanie zdobytego kościoła św. Krzyża i Komendę Policji. Budynki zostały zdemolowane przez niemieckie bombowce. Od miesiąca nie pokazał się na niebie ani jeden sowiecki myśliwiec. Resztki „Grażyny” wycofano za Aleje Jerozolimskie i 9 września stanęliśmy na Czerniakowie, blisko nabrzeża Wisły. Byliśmy świadkami dwóch tragicznie nieudanych akcji.

W biały dzień nadleciało nad Warszawę 110 amerykańskich superfortec i zrzuciło 1300 pojemników z tak oczekiwaną przez powstańców bronią, której trzy czwarte trafiło na pozycje… niemieckie. Na nic też zdała się podjęta w połowie września za Wisłą przez piechotę Berlinga próba uchwycenia przyczółka na Czerniakowie. Współdziałaliśmy z tymi żołnierzami w granicach możliwości. Zginęło ich tam wówczas aż dwa tysiące.

Gdy klęska Powstania była już oczywista, drogą ratunku dla niedobitków naszej kompanii stała się Wisła. Każdy na własną rękę podejmował próbę przeprawienia się na praski brzeg. Trzeba było to robić pod osłoną nocy. O tej porze roku rzeka była lodowato zimna, cuchnęła trupami. Niemcy ostrzeliwali ją gęsto z Mostu Poniatowskiego i z głębi Czerniakowa. Wszedłem do wody w ubraniu, zostawiwszy na brzegu tylko broń. Przez najbardziej niebezpieczny nurt przepłynąłem trzymając się krawędzi barki z rannymi, potem już wpław o własnych siłach. Henryk – jak sam opowiadał – wyruszył parę dni później w większej grupie, która wzajemnie się asekurowała. Całkiem rozebrani, ukryli się na zacumowanym przy nabrzeżu spacerowym statku „Bajka” i stamtąd skakali do wody.

Było dramatycznie. Nie wszyscy dopływali, ale i mnie, i jemu los sprzyjał. Pamiętam uczucie szczęścia, gdy dotknęło się stopami piaszczystego gruntu Saskiej Kępy. Za plecami została spowita dymem, błyskająca w ciemnościach płomieniami Warszawa, której już nikt nie mógł pomóc.

Powojenne lata – jak wiadomo – nie były łatwe dla powstańców z Armii Krajowej. Niemal każdemu z nas deptały po piętach służby tzw. bezpieczeństwa. Niektórych skazano, odsiadywali wyroki. Rozproszyliśmy się. Każdy musiał sobie jakoś ułożyć życie. Gdy po długim okresie nieobecności wróciłem na stałe do Warszawy, Henryk znalazł się wśród tych, z którymi spotkałem się znowu z prawdziwą przyjemnością. Zawodowo od lat był bez reszty pochłonięty sprawami teatru. „Grażyna” odżyła w środowisku kombatanckim, które utworzyli dawni żołnierze batalionu „Harnaś” wspólnie z batalionem „Gustaw”. Głowy już łysawe albo białe, ale wciąż wspólnie maszerujemy na różnych patriotycznych uroczystościach, nosimy sztandary, czasem śpiewamy. I wspominamy tamte niezwykłe 63 dni…

Oto fotografia z 2004 roku, zrobiona pod naszym kościołem (teraz już bazyliką) św. Krzyża podczas niedawnych obchodów sześćdziesięciolecia Powstania. Stoimy obok siebie: od prawej – łączniczka Renia z Niemiec, gdzie osiadła po wojnie, „Bejot”, Kazik, który przyjechał z Krakowa, łączniczka Zula, Henryk – wszyscy z „Grażyny”. A dalej – Maciek z „Harcerskiej” z żoną Zosią z batalionu „Sokół”. Jeszcze żyjemy.

 

Jerzy Butwiłło

pchr. „Bejot”

Dodaj komentarz