Tadeusz Fijewski: Notes

W pierwszych latach po II wojnie światowej, gdy wspominano krytycznie międzywojenne dwudziestolecie, pojawiło się słynne zdjęcie przedstawiające przyzwoicie ubranego mężczyznę, kroczącego po warszawskiej ulicy z wielkimi tablicami niesionymi niczym ornat z przodu i na plecach, na których widniał wielki napis: „Przyjmę każdą pracę”. Był to rozpaczliwy gest inteligenta nie mającego środków do życia.
Nie ulega wątpliwości, że bezrobocie, szczególnie dotkliwe w latach kryzysu, świadczyło o słabości młodego państwa obok Berezy Kartuskiej (w której haniebnie więziono polityczną opozycję), będącej drugą ciemną kartą ówczesnych stosunków społeczno-politycznych. I o tym właśnie jest ten spektakl Jerzego Antczaka według scenariusza Zdzisława Skowrońskiego pt. Notes (1969). Przy czym nie jest to tylko studium wspomnianych problemów społeczno-politycznych, ale przede wszystkim studium psychiki ludzkiej, która musi się uporać z materialną degrengoladą człowieka.
Już w pierwszej scenie widowiska pojawia się postać złachanego mężczyzny, rozklejającego nekrologi na cmentarnym murze – to bezrobotny, jak się później okaże – zdeklasowany inteligent o nazwisku Poraj. I to nazwisko szlacheckie, wywodzące się od znanego herbu, jest sygnałem wysłanym przez autora, że mamy do czynienia z przyzwoitym człowiekiem, którego stosunki społeczne zepchnęły na dno nędzy. Tego człowieka gra Tadeusz Fijewski. Gra go tak, że rola ta przyniosła mu wielki laur sławy i zapisała się trwale w historii teatru telewizji.

Tadeusz Fijewski, polski Chaplin – jak o nim mówiono! Cóż to za wspaniały aktor i uroczy człowiek! „Był aktorem, którego kochała publiczność, koledzy, krytycy. Jego dobroć, szlachetność i wielkie serce były ogólnie znane. Był aktorem rozchwytywanym i jak na tamte czasy znakomicie opłacanym. Potrafił zarobić, ale także potrafił dzielić się z innymi tym, co miał. Nie mając własnych dzieci, opiekował się chłopcami z domu dziecka. Dbał o nich i był dla nich jak najlepszy ojciec” – napisał Witold Sadowy, serdeczny kronikarz funeralny aktorów (Gazeta Wyborcza, XI 2003).
Już jako chłopiec w latach 20. „grał” w filmach i spektaklach teatralnych. Ba, „grał” nawet u boku samego Stefana Jaracza! Wciągnięty w atmosferę teatralną, skończył szkołę średnią a następnie Wydział Aktorski Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. W ten sposób to drobne, szczupłe „dziecko ulicy” z dołów społecznych wydrapało się i zajęło miejsce wśród braci aktorskiej.
Erwin Axer, w owym czasie student reżyserii w PITS, tak opisuje młodego Fijewskiego: „Miał już ze dwadzieścia cztery albo i pięć lat. Raczej chłopak niż mężczyzna. A w ogóle trochę bez wieku. Suchy, niewysoki, kościsty… Kaszkiet w ręku, na głowie leżały blond włoski. Pod pachą teczka. Pumpy. Nie student, nie aktor. Mógłby pomagać w sklepie, albo roznosić gazety. Oglądałem go z szacunkiem należnym komuś, kto grał już na scenie i samochodem jeździ na zdjęcia” (Paradoks Fijewskiego, Dialog 2000, nr 7).
A później wybuchła wojna, a po jej zakończeniu zawsze młody, zawsze chłopięcy Tadzio poprzez teatry w Sosnowcu, Toruniu i Łodzi dotarł do Warszawy. Tu najciekawsze dla niego i widzów dziesięciolecie (1957-1967) spędził w Teatrze Współczesnym Erwina Axera. Nie do zapomnienia jest jego rola Twardosza w Dożywociu Fredry, gdzie w scenach z Tadeuszem Łomnickim stworzył duet, w którym dwaj mistrzowie charakterystyczności dali prawdziwy koncert gry.
Powtórzyli ten duet harmonijnej współpracy i zarazem swoistego współzawodnictwa w telewizyjnym spektaklu Martwych dusz wg Gogola (1966), gdzie Łomnicki zagrał Cziczikowa, a Fijewski skąpca i pijaka Pluszkina.
Któż z miłośników teatru nie pamięta Wuja Eugeniusza z Tanga Mrożka, gdzie Fijewski zagrał tragikomiczną postać, zawieszoną między dwiema skrajnościami: brutalną siłą i „rozmemłaną” tradycją. A Gogo z Czekając na Godota Becketta? Tragiczny Gogo, przerażony pustką świata, o którym Axer napisał, że „był po prostu dziełem natchnienia… Postać Gogo miała naturalność i wdzięki, naiwną niewinność, nigdy nie odstępującą prawdziwie wielkich aktorów, a w potrzebie i szorstkość, bezwzględność nawet, właściwą dzieciom przedmieścia, nieobcą naturze Fijewskiego” (E. Axer, tamże).

Takich wielkich ról, takich aktorskich kreacji można by wymienić wiele. W filmie upamiętnił się Fijewski jako Kuba w Chłopach Rybkowskiego, biedny chłop, żyjący z kłusownictwa, samotnie umierający w zadanych sobie męczarniach, oraz wspaniały, mądry Rzecki w Lalce Wojciecha Hasa.
W telewizji grywał przeważnie role drugoplanowe, ale recenzenci dostrzegali go zawsze. Był ulubionym aktorem Antczaka, toteż zagrał u niego w trzech głośnych widowiskach: Notesie, Pierwszym interesancie Granina i Duecie wg Makuszyńskiego. Ale upamiętnił się także w widowisku autorstwa Jerzego Janickiego Virtuti (reżyseria Andrzej Konic) w roli Mroszczaka oraz w znakomicie zagranej niemej roli Dulskiego w reżyserowanej przez Józefa Słotwińskiego Moralności pani Dulskiej.
Henryk Szletyński po śmierci Fijewskiego (1978), charakteryzując aktorstwo tego artysty, pisał, że jego „serdeczny i żywiołowy humor ofiarowywany widowni… jakże często śmieszył i bawił”. A dalej… „stają przed nami i owe żałosne, wzruszające postacie, lęki i melancholie w tonacjach dramatu i akordach tragizmu, pośród których zjawiał się na scenie i człowiek twardy, bezwzględny, oschły, a kiedy indziej zagubiony w rozpaczliwym świecie”.

W pierwszej scenie Notesu, jak wspomniałem, widzimy obszarpanego mężczyznę, któremu bacznie przygląda się policjant: ów mężczyzna rozlepia ręcznie przez siebie pisane nekrologi (robi to zarobkowo dla ludzi biednych, nie mających pieniędzy na druk). A że na jednym z nekrologów jest dopisek „umarł z głodu”, policjant uznaje to za polityczną nieprawomyślność i bezrobotny Poraj ląduje w komisariacie. Wraz z napotkanym pod cmentarnym murem młodym, równie jak on bezdomnym człowiekiem. W czasie nagrywania dla telewizji tego widowiska zdarzył się komiczny przypadek, tak go wspomina sam Fijewski:
Pewne sceny do Notesu kręciliśmy na bródnowskim cmentarzu. Grałem w tej sztuce człowieka bezdomnego, obdartego, który zbiera ogarki papierosów. W pewnym momencie podchodzi do mnie jakiś mężczyzna, podaje mi paczkę papierosów i mówi: Proszę pana, tak mi nieprzyjemnie… Panie Fijewski, co się z panem stało, że musi pan palić pety? Wyjaśniłem więc, że to rola. A on z prawdziwą ulgą woła: Ach, że to ja się nie zorientowałem, a już myślałem, że pan tak nisko upadł, że to chyba alkohol, bo jeszcze nie tak dawno widziałem pana w telewizji… Jakie to szczęście, że wszystko z panem w porządku” (Trybuna Robotnicza, 1978, XI)
A Jan Englert po śmierci aktora tak wspominał tę artystyczną współpracę: „Mam wielki sentyment do Tadeusza Fijewskiego. Pod jego opieką odniosłem pierwszy duży sukces w sztuce Zdzisława Skowrońskiego i Jerzego Antczaka Notes. Tadeusz Fijewski kierował mną na równi z Antczakiem, udzielając trafnych wskazówek, doradzając, jak zagrać, aby postać „chwyciła”. Podczas kręcenia zdjęć starałem się po prostu nie przeszkadzać w grze Fijewskiemu (Ekran, 1978, XII).
Od momentu zatrzymania obu w komisariacie kroczą razem przez padół nędzy, nie stroniąc nawet od grzebania w śmietnikach, z tym że każdy z nich ma inną filozofię życiową. Poraj, zdeklasowany od dawna, były kandydat na duchownego, pogodził się już ze swoją obecną kondycją, natomiast Stefan, były wojskowy, grany przez młodego Englerta, dopiero niedawno stracił grunt pod nogami i stąd kipi w nimi żywy bunt przeciwko niesprawiedliwościom społecznym.
Główną rolę w tym duecie gra Tadeusz Fijewski. Już w scenie w komisariacie ujawnia nie tylko swoją filozofię życiową, ale również swój temperament i spryt, który wypracował sobie w walce o jaką taką egzystencję. Bo na każdy zarzut przodownika policji ma gotową odpowiedź, przy czym nie jest to tylko krótka replika, lecz długa, zawiła w argumentacji tyrada. Jest ona złożona z szeregu uwag i argumentów, które zmierzają do udowodnienia, iż oponent się myli, źle ocenia jego, Poraja, osobę, po czym na końcu znajduje się puenta, często dość zaskakująca, która mało bystremu rozmówcy czyni całkowity mętlik w głowie. I w ten sposób wychodzi Poraj obronną ręką z wielu opresji. Niestety, nie ze wszystkich.
Fijewski podkreśla ironiczny, równocześnie głęboko refleksyjny stosunek swego bohatera do życia. Już nie walczy o wydobycie się na powierzchnię, ma ustalony tryb postępowania: trzyma się z daleka od policjantów, wyczuwa na odległość tajniaków i prowokatorów, odżegnuje się od polityki, wie, gdzie można od czasu do czasu dostać ciepłą strawę. I tę swoją nędzną kondycję traktuje z dużym dystansem: pokpiwa z biedy i głodu, szydzi z głupoty posterunkowych, wie, jak przemówić do ludzi, którzy mogą go wesprzeć materialnie.
Fijewski w specyficzny sposób operuje językiem warszawskiej ulicy. Jest to trochę jakby język Wiecha, ale akcent nie pada tu na dowcip, lecz na „filozoficzną” puentę. Kiedy rozmawia z policjantem, udaje nieco głupka, natomiast kiedy wdaje się w poważniejszą rozmowę ze Stefanem, gubi pseudoknajacki akcent, przechodzi na normalny język, jakim operują inteligenci: szczególnie, gdy rzecz dotyczy literatury. Tak więc cytuje Mickiewicza, z tekstu rozpoznaje Horacego, mówi o filozofii społecznej Hegla czy Marksa (którego, jak ironicznie podkreśla, nie doczytał do końca), zmieniając całkowicie tonację. Jest tu i znajomość rzeczy, i pewna nuta żalu za czasami, w których o tych problemach mógł rozmawiać z sobie równymi. Jest też nostalgia za latami dostatniego życia: jakże rozjaśnia się twarz Fijewskiego, jak błogo przymyka oczy, gdy wspomina smak wytwornych potraw czy wspaniałego wina chablis!
Ale od czasu do czasu wybucha autentyczną pasją: to wtedy, gdy wyrzeka na władze, które nie potrafią zapewnić ludziom minimum życiowego lub mówi o prześladowaniu „nieprawomyślnych”. Kiedy zaś dywaguje o polityce, o doktrynach społecznych, które niczego ludziom nie dają, wygłasza ironiczne zdanie, że „zawsze trzeba eksperymentować na drugich, nie na sobie”. Mając świadomość, jak tępiona jest opozycja, gdy tylko podejrzewa obecność tajniaków, wygłasza przewrotnie państwowotwórcze tyrady, które to zdumiewają, to rozśmieszają słuchaczy, kończąc je ironiczną fermatą, czytelną dla najbliższych. I to pozwala wyjść mu z niejednej opresji, jak np. z tej, gdy dywaguje o pluskwach, głodzie i poniżeniu w schronisku dla bezdomnych, w wyniku czego próbuje zatrzymać go policja.
Aktor tworzy postać bardzo różnorodną, choć w zasadzie ulepioną z jednej materii: jest to zdegradowany społecznie człowiek. O swojej pracy nad rolą tak mówił w wywiadzie dla Życia Warszawy: „Staram się podpatrywać ludzi na ulicy, w tramwaju, wszędzie, gdzie się da. Zaobserwować ich odruchy, ich zwykłe, niczym nie kontrolowane gesty, spojrzenia, reakcje… Wszystko, co robię, co staram się pokazać na scenie, jest tylko w sześćdziesięciu procentach świadome, reszta to instynkt”.

Henryk Bieniewski
Fragment książki o Teatrze TV, Teatr Telewizji i jego artyści, PIW, Warszawa 2009.

 

Dodaj komentarz