Szef, jakich zdarza się niewielu

 

 

Pana redaktora Henryka Bieniewskiego poznałam w połowie lat sześćdziesiątych, kiedy jako kierownik Redakcji Teatralnej Państwowego Instytutu Wydawniczego powierzył mi zrecenzowanie Almanachu Heleny Modrzejewskiej opracowanego przez Jerzego Gota i Józefa Szczublewskiego. Po latach dwukrotnie dane mi było pracować pod Jego kierunkiem, najpierw jako dyrektora i redaktora naczelnego Naczelnej Redakcji Programów Teatralnych w Komitecie do Spraw Radia i Telewizji „Polskie Radio i Telewizja”, później w redakcji dwutygodnika „Teatr”.

Zostałam wyrzucona z redakcji „Teatru” przez red. Witolda Fillera. Wtedy Henryk Bieniewski zaangażował mnie na stanowisko sekretarza programowego Naczelnej Redakcji. Układałam programy emisyjne, uczestniczyłam w nagraniach przedstawień, oglądałam gotowe widowiska Teatru TV, reprezentowałam redakcję na ważnych cotygodniowych naradach programowych. Nie wiem, czy miał wielką pociechę z pracownika, który uczył się telewizji od abc. Ale, choć szefem był wymagającym, potrafił zadbać o początkującego pracownika – wprowadzić go w najważniejsze tajniki warsztatu i pozostawić mu swobodę działania. Od pracowników wymagał wiedzy i umiejętności, zainteresowania wykonywaną pracą, inicjatywy, punktualności, dyscypliny. A nade wszystko lojalności – wobec wspólnej pracy i redakcyjnej społeczności – wobec kolegów i wobec siebie. Dzięki temu praca w naczelnej redakcji telewizyjnej, zwariowanej niejako z natury i dodatkowo skomplikowana pod władzą Macieja Szczepańskiego, Janusza Wilhelmiego, Włodzimierza Grzelaka układała się względnie spokojnie, a Naczelna Redakcja Teatru TV, bardzo rozbudowana (Teatr Poniedziałkowy, Teatr Sensacji „Kobra”, Studio Współczesne, Scena Prozy, Scena Monodramu, Scena Poetycka red. Małgorzaty Pałłaszowej, Teatr Faktu), kierowana przez red. Bieniewskiego była miejscem, w którym niezależnie od różnicy merytorycznych zdań i temperamentów panował spokój, zgoda, wzajemna życzliwość lub co najmniej koleżeńska poprawność, bo takich obyczajów wymagał Szef i takie narzucał sam swoim postępowaniem.

Od tego też Szefa, odchodzącego do innej pracy, otrzymałam propozycję dalszej współpracy. Któż by się wahał z jej przyjęciem! Dzięki temu mogłam przez dalszych kilka lat współpracować z Panem Redaktorem Henrykiem Bieniewskim, który okazał się również świetnym organizatorem pracy pisma „Teatr”, znającym się na teatrze, pisaniu i redagowaniu tekstów, autentycznie zainteresowanym rozwojem polskiego teatru, utrzymującym rozlegle i przyjazne kontakty ze środowiskiem, dbającym o pracowników – ich warunki pracy, zarobki, kontakty zawodowe, kształcenie, zainteresowania, wyjazdy zagraniczne. Jeśli się zważy, że ten komfort pracy stwarzał Szef w redakcji czasopisma podlegającego cenzurze, naciskom władz i środowiska, w Kraju podminowanym (1975-1981) wstrząsami politycznymi i podjazdowymi walkami koterii, to można sobie wyrobić zdanie o Jego zawodowych kwalifikacjach, stosunku do narodowej kultury i solenności jako człowieka.

Dzięki takim właśnie osobistościom, jak red. Henryk Bieniewski, tu i ówdzie – niezależnie od władz – można było w Polsce tworzyć artystyczny i myślący Teatr TV, redagować czasopismo teatralne na przyzwoitym poziomie, przyczyniając się do tego, że teatr polski w latach siedemdziesiątych był w rozkwicie i był jednym z wybitniejszych teatrów na świecie. Nie mam wątpliwości, że w jego barwach i blaskach błyskają ognie zapalane lub ochraniane także ręką Henryka Bieniewskiego: jako wydawcy PIW-owskich książek teatralnych, jako krytyka i redaktora teatralnego pisma, dyrektora Teatru TV, dyrektora Departamentu Teatru w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Mimo że – w okolicznościach, w jakich przychodziło wówczas działać – nie wszystko można było wykonać, nie wszystko dało się spełnić, a niejedno uległo przeinaczeniu lub było obracane w swoje przeciwieństwo. W czasach kataklizmów, trawestując słowa Norwida: „najczynniejszym bywa ten, kto z załamanymi nie stoi dłońmi”.

 

Bożena Frankowska

Dodaj komentarz