Skromność, klasa i takt

 

Dziwne to wrażenie – uświadomić sobie nagle, że zna się kogoś dłużej niż połowę własnego dotąd życia… Henryk Bieniewski był zawsze; na rozmaite sposoby i w różnych płaszczyznach ocierałem się o niego przez dziesięciolecia. Od mojego wokół teatru szczenięctwa – zawodowo, służbowo; z czasem coraz bardziej prywatnie i serdecznie – w przynajmniej moim odczuciu – blisko, nawet bardzo.

Respekt budził niemal rówieśnik mojego ojca; podziw – na faktach oparta legenda bohaterstwa powstańca warszawskiego. Terminatora w zawodzie onieśmielały dokonania uznanego redaktora wydawniczego, a przychodziło mi już wówczas z bezpośrednim przełożonym – dyrektorem Teatru Telewizji – dla jego gdańskiej sceny dogadywać repertuar, obsady, kolaudować. Pod okiem Bieniewskiego w dwutygodniku Teatr pisałem i pisałem co niemiara, choć szef nie zwykł koso spoglądać spod oka, ale też i oka nie przymykał. Z dyrektorem departamentu jako działacz polskiego i międzynarodowego środowiska krytyków teatralnych negocjowałem zasady i formy współpracy z ministerium. Wówczas już, później i wiele później stawaliśmy się stopniowo kolegami w rozmaitych festiwalowych jury, komitetach artystycznych, co miesiąc zasiadaliśmy na posiedzeniach Zarządu Klubu Krytyki Teatralnej. Kiedy to piszę, aż mnie dziw bierze, jak sporo tej wspólnej roboty za nami.

I zawsze to samo; niezmiennie wyróżniające Henryka, nadająca mu jakże dziś niecodzienny styl – skromność, klasa i takt. Na salach i w kuluarach poważnych konferencji i międzynarodowych kongresów, w eksperckich gremiach i na bankietach, przy pracy i w kafejkach. Skromność, klasa i takt, zawsze. Podczas niełatwych, bywało, przetargów repertuarowych, ustaleń redakcyjnych, budowania planów działań organizacyjnych. I podczas, bywało, jeszcze trudniejszych swarów – jakby powiedziała rosyjska matka Henryka – „pa duszam”. Gdzieś w samolocie, w bryczce na pikniku pod Golubiem, na spacerach w Rzymie, Paryżu, po nadwiślańskim bulwarze Torunia czy w festiwalowym bistro w Nancy. Mawiano i myślano o Bieniewskim i bardzo dobrze, i bardzo źle. Z szacunkiem i z antypatią. Z wysokim uznaniem i z niską zawiścią. A to znaczy, że był w sposób istotny. Nie dało się go pominąć, nie dostrzec tej postaci. W polskim życiu teatralnym drugiej połowy XX wieku istniał znacząco.

Zawdzięczam Henrykowi wiele – ważnych rozmów i chwil „błahych”. Jednych i drugich – z zawsze właściwym mu umiarem. Jest coś, czego nie potrafiłem się od niego nauczyć, czego po prostu pewnie nauczyć się nie sposób – godnej skromności, klasy i zawsze niewymuszonego taktu.

Andrzej Żurowski

 

 

Dodaj komentarz