JAN MATYJASZKIEWICZ NIE ŻYJE

W Warszawie zmarł JAN MATYJASZKIEWICZ (ur. 28 września 1929 w Warszawie, zm. 21 kwietnia 2015), absolwent PWST (1956), przez cale życie związany z teatrami stołecznymi, przede wszystkim z Ateneum. Grywał także w filmach, serialach (Boża podszewka) i spektaklach telewizyjnych. Incydentalnie reżyserował, ale jego żywiołem było aktorstwo – Jego ostatnią premierą był Sen nocy letniej (Ateneum, 2012).

 

Nic nadzwyczajnego – jestem aktorem

Uchodził za fenomenalnego aktora komediowego, choć z równym powodzeniem grywał role dramatyczne, a nawet tragiczne, zawsze nasycając je swoją wyjątkową interpretacją, śpiewnie modulowanym głosem, szerokim gestem i dynamicznym ruchem. Każde jego pojawienie się na scenie obiecywało przygodę, spotkanie z kimś niezwykłym, niepospolitym, nawet jeśli był to pozornie nieznaczący epizod.

Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, po którejś premierze w Ateneum, przypominałem mu epizod holenderskiego dentysty, prześmiesznego dr. van Drooga w Ustępliwym kochanku Grahama Greena (reż. Jan Bratkowski, 1961). Matyjaszkiewicz nie mówił w tej sztuce ani słowa po polsku – ale tylko po holendersku, kiedy zastał in flagranti parę kochanków w hotelowym pokoju. Jego porywczy a tępawy stomatolog miotał się między meblami, perorował, dunderował, jakby nie pojmował sytuacji i nie dostrzegał negliżu przyłapanej pary. Gejzer mowy, dosadny słowotok, bujna, brawurowa ekspresja – wszystko to sprawiało, że widzowie skręcali się ze śmiechu, płakali rzewnymi łzami, choć nie rozumieli nic ani w ząb. To dopiero sztuka!

 

Jan Matyjaszkiewicz cierpliwie wysłuchał moich wspomnień pełnych zachwycenia i w odpowiedzi jął monologować słowami van Drooga. Osłupiały słuchałem tego monologu bez mała 50 lat po premierze, tak wiernie zapisanego w pamięci artysty. I pan to wszystko pamięta? – powtarzałem ze zdumieniem. – To nic szczególnego – odparł ze spokojem. To mój zawód, jestem aktorem.

Swoje 50-lecie sceniczne brawurowo uczcił kabaretowym spektaklem Album rodzinny (2007) w Ateneum. Cudowny był w duecie z Dorotą Nowakowską w piosence Czego się boisz głupia – był warsztatowcem doskonałym, dbającym o każdy szczegół, choć zawsze grał z pewnym nadmiarem. Ale to nie była szarża, aktor wyróżniał się taktem i dobrym smakiem w przedwojennym stylu. Ten nadmiar właśnie, naddatek energii, eksplodował w jego gestyce i mowie, potęgował wyrazistość postaci. Potrafił zaludniać sobą całą scenę, jak choćby w sztuce Zatrudnimy starego clowna Mateia Visnieca (w reżyserii Sebastiana Chondrokostasa, 2004).

W Ateneum stworzył dziesiątki wspaniałych ról. Z tych zabawnych do prawdziwych osiągnięć należały epizody w muzycznych spektaklach (Kram z piosenkami, 1961, Niech-no tylko zakwitną jabłonie, 1964, Album rodzinny, 2007), role w jednoaktówkach Mrożka (Karol, Na pełnym morzu, 1964) czy grany gościnnie Saturnin Mazurkiewicz w wodewilu Żołnierz królowej Madagaskaru na deskach Syreny (2002). Ale na drugim brzegu sytuują się role dramatyczne, jak ta tytułowa w sztuce Siemiona Złotnikowa Odchodził mężczyzna od kobiety u boku Anny Seniuk (reż. Tomasz Zygadło, 1997). Matyjaszkiewicz wydobywał w tej roli dosłownie skowyt duszy starego mężczyzny u kresu wytrzymałości, bezradność pokonanego przez tęsknotę za nieuchwytną miłością. Stworzył przejmujący wizerunek bohatera, wzorem Tołstoja dążącego do życia w prawdzie. Prostymi, wyciszonymi środkami ukazał spóźniony bunt starego mężczyzny, za którym kryje się świadomość zmarnowanego życia. To rola-spowiedź, w której dominowało poczucie wstydu za rozmaite zaniechania, pozorne sukcesy i spopielone uczucia.

Dramatycznym wyrazem nasycił nawet rolę Dulskiego w Moralności pani Dulskiej (reż. Tomasz Zygadło, 1999), znowu u boku Anny Seniuk. Mistrzowsko rozgrywał swoje nieme scenki, niemal stale obecny na scenie – wyjąwszy te fragmenty, kiedy przebywa w biurze. Jego Dulski był czujnym obserwatorem tego, co się dzieje w domu, stłamszonym przez domowego dragona, ale rozgrywającym swoje drobne partie, małe oszustwa i odmienne od małżonki kombinacje. Oto, okazywało się, zbiera skwapliwie grajcary, wydzielane przez Dulską na kawę, aby co pewien czas zaszaleć na jakiejś birbantce. Oto tylko przytupuje, niby idąc na wyimaginowany Kopiec Kościuszki, a w tym czasie wyjada cukier.

W Teatrze na Woli budził podziw rolą Salomona w Cenie Arthura Millera (reż. Bogdan Augustyniak, 1999). Grał wytrawnego przedsiębiorcę, mistrza w swoim handlowym fachu, który potrafi targować się niepostrzeżenie, zaskakiwać klienta, bronić swego punktu widzenia, mnożyć przeszkody i nieoczekiwanie znajdować rozwiązania. Matyjaszkiewicz okiem kupca taksował meble, „osaczał” je swoimi kocimi ruchami, oswajał ze sobą, ani na chwilę nie tracąc kontroli nad sytuacją. A przy tym grał człowieka o przebogatym doświadczeniu, który czerpie ze skarbnicy swych przeżyć nie tylko dla osiągnięcia sukcesu w interesie. Sprawiał wrażenie duchowego doradcy, mędrca, który pomaga lepiej zrozumieć samego siebie.

Odszedł artysta wyjątkowy, w pełni panujący nad swoim ciałem, głosem, pilnujący sensu, który ma wyrazić, kontrolujący sam siebie na scenie. Chyba nigdy nie pozwalał sobie za obniżenie poziomu, zawsze czujny i odpowiedzialny. Prawdziwy mistrz.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz