BLIZNY

Nakładem wydawnictwa Dobra Literatura ukazała się druga powieść Katarzyny Michalik-Jaworskiej (poprzednia Pomyślę o tym jutro spotkała się z uznaniem czytelników i recenzentów), zatytułowana BLIZNY, rzecz o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Publikujemy za zgodą wydawcy fragment tej powieści:

Anna odwiedzała nas co tydzień. Z czasem co dwa tygodnie. W ferie i wakacje przyjeżdżała na dłużej. Z Jankiem. Bez NIEGO. Przywoziła jedzenie, nowe ubrania dla nas, bo ze starych wyrastaliśmy w zastraszającym tempie. Zawsze na odchodne mierzyła nas w pasie, w ramionach, w długości i zapisywała to skrupulatnie w swoim kalendarzyku. I za każdym razem kiwała ze zdumienia głową, że zdążyło nam przybyć tych kilka centymetrów. Przez większość czasu gotowała na kolejne dni, sprzątała dom dziadków, słuchała naszych opowieści, podpisywała uwagi w dzienniczku, rozliczała pieniądze z dziadkami. My bawiliśmy się z Jankiem, właściwie niewiele ją widując. Wieczorem wspólnie oglądaliśmy film, a nazajutrz szliśmy na poranną mszę. Po niedzielnym obiedzie wyjeżdżała, zostawiając dziadkowi plik banknotów.

 

Pamiętam, że najgorsze było poczucie beznadziei. Nawet nie samotność, bo to mogłam sobie jakoś wytłumaczyć, okropny był brak celu. Z czasem zaczęło mnie interesować codzienne odrabianie lekcji. Miałam swoje pensum, naćkany obowiązkami kalendarz, i marzyłam, by odfajkować dzień, tydzień, miesiąc.

W szkole szło mi nieźle. Z nudów czytałam książki. Budowałam swój świat wokół wymyślonych historii oraz każdego, kto chciał mi dać choć odrobinę czułości, wkładając swoją rękę pod moją bluzeczkę. Prowadziłam dwa równoległe życia: to, w które wierzyłam, że jest prawdziwym, osnute wokół Achmatowej, Dostojewskiego, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, oraz to, które pozwalało choć trochę zaspokoić potrzebę bliskości. Gdy odkryłam Broniewskiego, a potem Różewicza, Baczyńskiego i Borowskiego, moje nocne eskapady chwilowo ustały. Poczułam, że nie jestem sama. Dokonałam oszałamiającego odkrycia: należę do pokolenia Kolumbów! Czułam z nimi więź, majaczyłam, że przeżyłam wojnę, swoją wojnę, dlatego moje życie i stany emocjonalne są tak podobne do tych opisywanych przez nich. Nie byłam sama. Dzięki wkroczeniu ze swoimi doświadczeniami w świat ich wierszy stałam się częścią większej społeczności. Jakiejkolwiek społeczności… Byłam Ryfką z gruzów Broniewskiego. Oni byli winni…

Pisałam wtedy wiersze jak opętana. Zaczęłam się uczyć z nadspodziewaną gorliwością. Chciałam wiedzieć. Mój umysł nasiąkał jak gąbka. Idiotę Dostojewskiego zastąpiłam Rokiem 1984, Kartoteką, Rozmowami z katem czy Zdążyć przed Panem Bogiem. Dziś, gdy ponownie czytam te lektury, zachodzę w głowę, co ja z nich wówczas rozumiałam. Pamiętam jednak, że mnie hipnotyzowały. Porządkowały mój świat. Wpisały się jednocześnie w okres lektur szkolnych, więc moje wyniki naukowe przerosły oczekiwania Anny. Pamiętam, jak patrzyła na świadectwo z czerwonym paskiem, a w jej oczach błyszczały łzy. W przypływie emocji podarowała nam wtedy rower. Mieliśmy się nim dzielić. Rozbiłam go z rozmysłem przy pierwszej przejażdżce, wjeżdżając z impetem w słup wysokiego napięcia. Mariusz – wściekły na mnie – nie wychodził ze stodoły przez trzy dni, próbując naprawić scentrowane koło i na nowo zapleść szprychy. Udało mu się, ale ja już nigdy nie dotknęłam roweru.

Jednocześnie zaczęłam przeżywać fascynację religijnością. Rodzajem uwolnienia, jakie daje poczucie, że dla kogoś jestem ważna. Że choćby świat zapomniał, On wie o każdym poruszeniu mojego włosa na głowie. Że mój zakichany los jest częścią jakiegoś większego, niepojętego przeze mnie planu. Po nocno-sobotnich macankach klękałam w niedzielę przed ołtarzem Jezusa Miłosiernego z poczuciem, że wszystko jest na swoim miejscu, bo On wie, jak bardzo to boli.

Czytałam całkiem niedawno wywiad Teresy Torańskiej z Edmundem Wnukiem-Lipińskim, profesorem nauk humanistycznych, socjologiem, który najpierw stracił w wypadku piętnastoletniego syna, a potem żonę, którą pokonał rak. Rozpaczał, buntował się i pytał, dlaczego umierają dobrzy ludzie, a źli zostają, i dlaczego te nieszczęścia dotknęły akurat jego. Pamiętam dokładnie, co mówił o równowadze dobra i zła, bo miałam wrażenie, że już w wieku kilkunastu lat intuicyjnie to rozumiałam: „Tereso, nie ma równowagi. Gdyby istniała, gdyby zło można było od siebie oddalić przez czynienie dobra, pozbawieni zostalibyśmy wolnej woli. (…) Gdyby każde dobro było nagradzane, a każde zło karane, bylibyśmy jak psy Pawłowa reagujące na bodźce. (…) A ponieważ nagrody i kary są rozłożone losowo, spadają na człowieka w sposób nieuregulowany żadnymi kodeksami, na oślep, jesteśmy wolni. Także w czynieniu zła”.

Z Mariuszem początkowo trzymaliśmy się razem. Połączeni lękiem, bólem, samotnością. Z czasem jednak każde poszło swoją drogą, nie oglądając się na drugie. Od czasu zaś, kiedy brat przez przypadek natknął się na mnie i Marka Kotasa, ojca naszej koleżanki, który obściskiwał mnie za remizą, właściwie przestał ze mną rozmawiać, nie licząc rzadkich sytuacji, które wymuszały konieczność wymiany zdań. Próbował wtedy zdjąć ze mnie Marka i powalić go na ziemię swoimi lichymi pięściami, czym zupełnie mnie rozsierdził. Nie miał o niczym pojęcia, był jeszcze strasznym dzieciakiem, a jego zachowanie wzbudziło we mnie jedynie pusty śmiech…

Ja wyizolowałam się od świata literaturą, on drewnianymi ścianami stodoły, w której bez końca grzebał przy motocyklu. Miałam podejrzenia, że gdy już wszystko naprawi, rozkręca maszynę na nowo, aby nie mieć pretekstu do wyjścia i zweryfikowania, czy jego umiejętności wystarczyły, by odpalić powojennego diabła.

Z nikim się nie przyjaźnił, nikt go nie odwiedzał. Sprawiał wrażenie, że nikogo nie potrzebuje. Zamknięty w sobie, wstydliwy, nieśmiały. Miał delikatne rysy, których nie stracił, gdy ciało przybrało męski wygląd. Podobał się dziewczynom. Jego tajemniczość dodawała mu atrakcyjności. Przychodzące do mnie koleżanki bezskutecznie próbowały go podrywać, a z czasem już tylko zawstydzać. Uciekał przed nimi do stodoły.

Dojrzewaliśmy samotnie, tracąc ze sobą kontakt. Czasem męczyły mnie wyrzuty sumienia, bo wiedziałam, że Mariusz nie ma nikogo, z kim mógłby się dzielić sukcesami, porażkami czy choćby wątpliwościami. Nie umiałam jednak zrobić kroku, przerwać tej zapory milczenia, rosnącej konsekwentnie każdego dnia. Wszystko, co mogłam w takiej sytuacji powiedzieć, wydawało się śmieszne. Każdy gest w jego stronę był infantylny i sztuczny. Czułam fałsz w każdej z możliwości i wiedziałam, że on też go bezbłędnie wyczuje. Nie potrzebowaliśmy więcej sztucznych relacji. Wystarczyło, że wszyscy wokół udawali, iż nic się nie stało. Jakby sytuacja, w której się znaleźliśmy, była zupełnie naturalna. Jakby rodzina, którą tworzyliśmy, nie różniła się niczym od tysięcy innych.

Zdecydowanie nie potrzebowaliśmy kolejnych pozorów. Szanowaliśmy się na tyle, by się nimi nie ranić. W konsekwencji oddalaliśmy się od siebie jeszcze bardziej. Nie wiedziałam nawet, że Mariusz miał poważne problemy w szkole i ledwo dostał się do zawodówki. Mogłam mu pomóc w nauce, nie wymagało to ode mnie wielkiego wysiłku. Ale nigdy nie poprosił. A ja nie zaproponowałam…

Na filologię polską dostałam się bez problemu. Nie były to wymarzone studia, a raczej naturalna konsekwencja. W Warszawie utrzymywałam się dzięki stypendium socjalnemu i naukowemu. Żyłam skromnie, ale grunt, że wystarczało na weekendowe imprezy. W tygodniu mogłam jeść chleb z keczupem. Czułam się znacznie dojrzalsza od zahukanych kolegów i koleżanek z grupy, ciągle z nosami w książkach. Zresztą oni też jakby machinalnie przejęli ten punkt widzenia. Imponowała mi ta służalcza atencja. Umiałam też z niej korzystać. Czułam się silna, lubiana, wygrana… W końcu zaczęłam widzieć przed sobą perspektywy.

Jarka poznałam na jednej z imprez. Wysoki blondyn z gęstymi włosami związanymi w długi ogon. Nieco mroczny. Stawiał tarota, a rząd rozchichotanych dziewczyn czekał grzecznie w kolejce na swoją kolej. Podjęłam wyzwanie. W tę majaczącą od alkoholu noc nieoczekiwanie stałam się powiernikiem, a chciałam być tylko panienką, której wspomnienie następnego dnia nie będzie nawet dostatecznie wyraźne. Zaproponowałam mu swoje ciało, ale je odrzucił. I robił tak przez kolejne cztery miesiące. Zniewolił mnie tym samym jakąś dziwną mieszanką determinacji, współczucia, tkliwości i niezaspokojenia. Kiedy wreszcie miało się już dokonać to, na co z taką niecierpliwością czekałam, złapałam się na tym, że odczuwam pewien wstyd.

 

Stawialiśmy tarota, żeby poznać odpowiedzi na wszystkie pytania. Kupić komputer czy wyjechać na wakacje, wybrać tapczan czy wersalkę. Od kart zależało nawet wyjście na imprezę. Jednak głupio milczały, że w moim łonie rozwija się człowiek. Ślub wzięliśmy, gdy byłam w siódmym miesiącu ciąży, tuż po obronie pracy magisterskiej.

Dodaj komentarz