Na jubileuszu

Zakończyło się święto teatru, bo takim zawsze są Warszawskie Spotkania Teatralne. Czciły zarazem Międzynarodowy Dzień Teatru, bo odbywały się w tygodniu, w którym przypadał, ale też obchodziły jubileusz 35-lecia. Z tej okazji przypomniano, zarejestrowane na taśmie filmowej pamiętne spektakle z ubiegłych 35 lat, m.in.: „Dziś są moje urodziny”, niedokończoną inscenizację Tadeusza Kantora, zaprezentowaną na XXI WST (1992), „Wyzwolenie” – reż. K. Swinarski (1974), „Zbrodnia i kara” – reż. A. Wajda (1987) , „Ślub” – reż. J. Jarocki (1992).

INNOŚĆ BOLI

Tegoroczne Warszawskie Spotkania Teatralne wieńczyła „Iwona, księżniczka Burgunda” Witolda Gombrowicza w reżyserii Agaty Dudy-Gracz Teatru im. S. Jaracza z Łodzi. Spektakl dynamiczny, barwny, aluzyjnie nawiązujący do innych utworów tegoż autora. Jest w nim operetkowość, dzięki efektownej oprawie plastycznej, bogatej formie muzycznej i wokalom Mai Kleszcz, jest też „Ślubny”„palic”, a i w tym dramacie bieg wydarzeń zmierza do ślubu.

 

Iwona w trójkątnym, papierowym kapeluszu przypomina dzieci z obrazów Makowskiego. Na początku spektaklu, siedząc samotnie na wysuniętym w widownię proscenium, obserwuje, jakby z dystansu, co dzieje się przed nią. Gdy pojawia się orszak królewski, Iwona ledwo dostrzegalnym ruchem palca („palica”), zatrzymuje idące figury lub wprawia w ruch. A może jej się tylko wydaje?

Niemniej ściąga na siebie uwagę księcia Filipa… Tyle że jego zainteresowanie jest kaprysem. Zagraniem na nosie utyskującej matce-królowej i ojcu-królowi, rozpędzeniem nudy bywania wśród usłużnych, próżnych i pustych poddanych.

Awanse księcia Iwona bierze za uczucie, którym sama go obdarza, co ładnie zaznacza swoją grą, odtwarzająca tytułową bohaterkę, Agnieszka Skrzypczak.
Im bardziej lgnie do niego tym, on bardziej czuje się złapany w pułapkę jej uczucia, jej postawy, która – co podkreśla reżyserka – nie jest wcale bierna. Jest inna, własna, nie podejmująca gry z wystudiowanym, napuszonym dworskim rytuałem.
Fałsz i prawda, naturalność i sztuczność, odwaga bycia sobą i lęk obnażenia siebie – konfrontują się za sprawą Iwony.

Odmienność wciąż nie jest w cenie – zdaje się mówić spektakl Agaty Dudy-Gracz. A pod przepychem garnituru od Versace, kryje się małość, pustka, lęk przed byciem sobą nawet ze słabościami i grzechami.

Dostojni z przedstawienia przywodzą na myśl figury ze współczesnych czerwonych dywanów, celebryckich imprez, brylujące w internecie. Tam każda odmienność jest napiętnowanym hejtami pseudosalonowego savoir vivre, skazującymi na śmierć.
W dobie, w której tak wiele mówi się o indywidualności, o prawie do oryginalności, o życiu wedle własnych chęci i upodobań, wciąż są to tylko słowa. Inność, odmienność wciąż jest podejrzana. Jest prowokacją…

Główna bohaterka łódzkiego przedstawienia ucieka w śmierć. Piszemy – ucieka, ponieważ mimo iż jej śmierć jest ukartowana i zaplanowana, ma się wrażenie, że została przez tę dziewczynę przyjęta i zaakceptowana, że spełnia ona oczekiwania tego, na którym się zawiodła…
Agata Duda-Gracz nie precyzuje, czy Iwona popełnia samobójstwo, ale zakończenie inscenizacji pozwala na taką interpretację. Zresztą w wielu innych spektaklach, gdy Iwona umiera, dławiąc się mniej lub bardziej spektakularnie ością karaska w śmietanie, mamy poczucie, że jej śmierć podszyta jest samobójstwem.

„Iwona, księżniczka Burgunda” Agaty Dudy-Gracz, to spektakl gorzki, bez sentymentu rozprawiający się z naszą kondycją moralną. Wyrazistość zawdzięcza też bardzo dobremu, wyrównanemu aktorstwu wszystkich wykonawców. Niemniej na szczególne wyróżnienie zasługuje Agnieszka Skrzypczak (Iwona), Ireneusz Czop (Król) i Mariusz Jakus (Szambelan).

JAK BAŚŃ…

Wydarzeniem tegorocznych Warszawskich Spotkań Teatralnych było – bez wątpienia – przedstawienie „Dziadów” (części I, II, IV i poemat „Upiór”) z Teatru Polskiego we Wrocławiu. Ich reżyser, Michał Zadara, wykonał pracę pionierską, wystawiając dzieło Adama Mickiewicza bez skrótów (10 kwietnia br. premiera III części).

Dzięki tej odwadze, jego inscenizacja już zapisała się w historii teatru polskiego. Zapisze się też w szeregu bardzo udanych realizacji Mickiewiczowskiego poematu.
Zadara, pochylił się z pietyzmem nad słowem poetyckim, znajdując dla niego odpowiedni kształt sceniczny.

Stworzył z „Dziadów” baśniową opowieść, rozgrywaną w mrocznym lesie, gdzie błądzą żywi i umarli, wywołane obrzędem duchy (świetnie zainscenizowany obrzęd dziadów), a przybywające zjawy są – jak we wszystkich baśniach – i straszne, i śmieszne zarazem (np.: rozszarpywane przez animowane ptaki-kukły Widmo Pana, czy płocha Zosia, skarżąca się, że za życia nie dotknęła stopą ziemi, i rzeczywiście wisząca nad sceną niczym szmaciana lalka), a ich historie niosą przesłanie, są przestrogą i drogowskazem, jak w baśniach…

Po lesie błądzą uciekający od świata, kojący tęsknotę za przeszłością, szukający siebie, szukający drogi w jasność. Wśród nich jest Gustaw, który puka do chaty Księdza, niby skromnie drewnianej, a jednak przywodzącej na myśl chatkę z piernika… Baśń trwa…
Spowiedź młodzieńca, jego rachowanie się z uczuciami, z ukochaną, z własnymi oczekiwaniami i rozczarowaniami miłosnymi przykuwa żarliwością, prawdą przeżycia z mocą skupia uwagę widzów.

Zasługa to – jak już, pisaliśmy w tym miejscu – Bartosza Porczyka, grającego Gustawa. Jego kunszt aktorski i interpretatorski, umiejętność niuansowania emocji – perfekcyjnie zagrane ocknięcie się z majaczeń miłosnej rozpaczy Gustawa i powrót do świadomości – podawanie wiersza w sposób zrozumiały, czytelny dla każdego słuchacza, potoczyście z właściwym rozkładaniem akcentów tak rytmicznych jak i znaczeniowych, niesie tę część przedstawienia.
Gra Porczyka jego zespolenie z postacią Gustawa

sprawia, że spektakl przygasający nieco w drugim akcie, rozpala się wysokim płomieniem emocji zagarniającym widza całkowicie.

I jak to w baśni, przynosi przesłanie-przestrogę: „(…) Kto za życia choć raz był w niebie; Ten po śmierci nie trafi od razu”, pozostawiając widza zarazem w niecierpliwym oczekiwaniu na kolejną część „Dziadów”…

Grażyna Korzeniowska

Dodaj komentarz