WYCINKA

Najgoręcej oklaskiwany i oblegany spektakl WST: Wycinką Krystian Lupa przypomniał się jako twórca wciąż zaskakujący, który komentuje świat bez makijażu. Powrót do Thomasa Bernharda okazał się dla artysty inspirujący. O przedstawieniu pisano: wybitne, arcydzieło, mistrzowski pokaz itp. Niemal jednym głosem.

Sukces tego przedstawienia polega na podwójności świata przedstawionego. Z jednej strony jest to opowieść środowiskowa, o starzejącej się bohemie, która przeżywa własną śmierć artystyczną. Z drugiej, rzecz o zdradzonych ideałach młodości, o zawiedzionych nadziejach, o goryczy przegranego życia, o wolności, która stała się pozorem. Wszystko to, jak to u Bernharda bywa, na tle znienawidzonego (i ukochanego) miasta, znienawidzonego (i ukochanego) kraju. Jak zawsze na końcu chodzi Wiedeń i Austrię, choć nigdy te nazwy w spektaklu nie padają, więc chodzi w równej mierze o Kraków/ Warszawę i Polskę, a może o Europę Środkową, tak czy owak pewien świat wspólny, wyrastający z galicyjskiej, austriacko-węgierskiej tradycji kulturowej.

Pretekstem do rozliczenia z własnym życiem jest u Bernharda (i Lupy) samobójcza śmierć Joany, przyjaciółki z lat młodości Thomasa, dla której pisał dziwne kameralne sztuki, planującej życie dla sztuki, które z czasem okazało się porażką i zakończyło w odmętach uzależnień. Śmierć ongiś świetnie zapowiadającej się artystki sprawia, że dawni przyjaciele spotykają się znowu, ale nic dobrego z tego spotkania nie wyniknie. W pierwszej części czekają coraz bardziej zirytowani na obiad, na którym ma się pojawić po przedstawieniu Aktor Teatru Narodowego. Czekanie okraszają wspomnieniami i sporami, złośliwościami i docinkami. Lupa wykorzystuje pierwszy akt do prezentacji postaci, ukazuje ich historię, modeluje postaci. Przewodnikiem po świecie artysty z lat młodości i współczesności jest Thomas (Piotr Skiba), który z dystansem i wewnętrznym oporem bierze udział w tym niechcianym przez niego spotkaniu.

W części drugiej części ciężar przewodnika przejmuje Aktor Teatru Narodowego, brawurowo zagrany przez Jan Frycza (pikanterii dodaje tu rzeczywista przynależność Frycza do zespołu TN). Wynurzenia Aktora o budowaniu roli Ekdala, jego wyższości nad innymi rolami, okolicznościami, w jakich rola się rodziła w bólach, pocie i znoju stają się popisem skrajnego samouwielbienia, egotyzmu, demonstracyjnej pychy (a przy okazji dostaje się i Teatrowi Narodowemu). Frycz usadza swoich słuchaczy i rozmówców gromiącymi minami i podniesionym głosem, wodzi rej przy stole, dunderuje, nie dopuszcza innych do głosu, daje do zrozumienia tonem nie znoszącym sprzeciwu, kto tu jest najważniejszy i zasługuje na najwyższy podziw, by nie powiedzieć: adorację. Ta sekwencja spektaklu budzi żywiołowy śmiech, ale nie jest przecież tylko li przejawem poczucia humoru twórcy i jego gryzącej ironii, to także sposób kompromitacji (w tym w ypadku – auto kompromitacji) środowiskowego bóstwa sukcesu, które okazuje się puste jak inni. Choć to jemu właśnie przypadną słowa buntu przeciw politykom i władcom tego świata, lekceważącym teatr, kulturę i społeczeństwo, To oczywiście bunt dwuznaczny, podejrzany co do intencji, ale dziwnym trafem celnie diagnozujący stan rzeczy, czyli relacje między polityką i kulturą. Są w tym wszystkim fragmenty bezinteresownie dowcipne, jak całe fragmenty poświęcone rozważaniu, jaki gatunek sandacza i o jakiej porze się tu jada, a także ceremonia roznoszenia strawy, balansująca na pograniczu katastrofy. Po obiedzie spirala niechęci jest już tak nakręcona, że obecni skaczą sobie do gardeł, a sytuacja staje się groźna, alkohol uderza do głów i pustka – jak to mawiał Tadeusz Różewicz – coraz bardziej się wścieka. Bo w istocie to jest przedstawienie o pustce, o wściekłej pustce, która nie wie, co ze sobą zrobić, niweczy więc życie bohaterom i ukazuje świat w stadium degeneracji. Ta rozkładowa woń ma najwyraźniej coś w sobie, jakieś narkotyczne ssanie – dwukrotnie odtwarzane na koniec Bolero Ravela, tchnie takim rozkładowym, somnambulicznym s zaleństwem.

Krystian Lupa zbudował precyzyjną maszynę do grania Bernharda (z dodatkami i uzupełnieniami). Przestrzeń sceniczną zajmuje niemal w pełni ogromny kubik (o boku mniej więcej 10 metrów) o przezroczystych ścianach albo ścian pozbawionego, w którego zakamarkach znajdują się pomieszczenia w domu Auersbergerów, a także Joany. Kiedy potrzeba do obrotowego kubika, który odsłania nowe fragmenty przestrzeni dodatkowo okolonej widokiem miasta, starego placu albo sklepienia katedry, reżyser dodaje rezonatory: projekcje wideo ukazujące dialogi albo monologi artystów, a także obrazki z pogrzebu Joany niepozbawione piekącej ironii – dodatkowym smaczkiem jest występ dyrektora wrocławskiego Teatru Polskiego, Krzysztofa Mieszkowskiego w roli księdza (skwitowany życzliwym szmerkiem). Cała ta machina musi działać precyzyjnie, jeśli się zatnie choćby na moment grozi to załamaniem rytmu. Takie sytuacje na granicy ryzyka się zdarzają (podczas premierowego przedstawienia w Warszawie na chwile „padło” wideo), czasem niektóre sceny wydają się przeciągnięte (scena próby dramatu z udziałem Joany i Thomasa), a monologi tracą impet. To jednak drobiazgi, które nie zmieniają obrazu całości – przedstawienia, które krok po kroku wciąga w swój świat i budzi żywe reakcje do ostatniej chwili.

 

WYCINKA. HOLZFÄLLEN Thomasa Bernharda, adaptacja, reżyseria, scenografia i reżyseria światła Krystian Lupa, tłum. Monika Muskała, kostiumy Piotr Skiba, oprawa muz. Bogumił Misala, wideo Karola Rakowski i Łukasz Twarkowski; obsada: Bożena Baranowska, Krzesisława Dubielówna, Anna Ilczuk, Ewa Skibińska, Halina Rasiakówna, Marta Zięba, Jan Frycz, Michał Opaliński, Marcin Pempuś, Piotr Skiba, Andrzej Szeremeta, Adama Szczyszczaj, Wojciech Ziemiański, Teatr Polski we Wrocławiu, premiera 23 października 2014, gościnne występy w Warszawie 31 marca – 2kwietnia 2015, WST

Dodaj komentarz