Na półmetku 35. Małych Warszawskich Spotkań Teatralnych

Teatr dla dzieci zajmuje dosyć wstydliwe miejsce w krytyce teatralnej. Teatr dla dzieci umniejsza wartość krytyka i teatru w ogóle. Teatrem dla dzieci zajmować się można co najwyżej przy okazji…

A że okazja się nadarza, można chwilowo zlekceważyć zasłyszane głosy (wypowiadane co prawda szeptem, na ucho w mainstreamowych kuluarach) i przyjrzeć się przez chwilę Małym Warszawskim Spotkaniom Teatralnym. Rozpalona oczekiwaniami, podsyconymi ubiegłoroczną edycją, którą oceniłam znacznie wyżej niż „duże” Warszawskie, marzyłam o spotkaniu z dawno niewidzianą jawajką. Z lekkim niedowierzaniem słuchałam relacji koleżanki zasiadającej w jury toruńskich „Spotkań” o niskim poziomie wielu spektakli i zaskakującym braku lalek. Warszawskie to co innego! – myślę w duchu. To crème de la crème sezonu teatralnego w Polsce, jak ostatnio podkreślił Łukasz Maciejewski. Pogratulowałam sobie intuicji w tej sprawie po mocnym otwarciu festiwalu spektaklem A niech to gęś kopnie Poznańskiego Teatru Animacji. Jednak wraz z dotarciem niemal do półmetka tego najważniejszego wydarzenia teatralnego poziom gorączki uległ błyskawicznemu ochłodzeniu. To są najlepsze spektakle w Polsce? Poważnie?

 

Nie znoszę lekceważenia młodego widza. Dość powszechnej tendencji, że dzieciom można wcisnąć każdą miernotę. Odetchnęłam, gdy zaczęłam zauważać zmiany. Gdy w zeszłym roku zobaczyłam Historię Śnieżki Teatru Maska w Rzeszowie, Węża Wrocławskiego Teatru Lalek, Dziób w dziób Teatru Baj Pomorski w Toruniu czy Bajki Samograjki Anny Augustynowicz w szczecińskim Teatrze Lalek „Pleciuga”. Tym większym niepokojem odbija się we mnie tegoroczne Wydarzenie. Zły pan Teatru im. Hansa Christiana Andersena w Lublinie w reżyserii Simone Thiis, nad którym patronat objął Rzecznik Praw Dziecka, choć dotyka problemu istotnego, jest co najwyżej etiudą teatralną przeznaczoną do świetlic socjoterapeutycznych lub na godziny pedagogiczne w szkołach. W dodatku naprawdę marną aktorsko. Na spektaklu Chłopiec i szczęście Teatru Lalki i Aktora w Łomży w reżyserii Jacka Malinowskiego doświadczyłam zaś zaskakującego objawienia: można wziąć tekst samograj (w tym przypadku jest to opowiadanie Isaaca Beshevisa Singera) i wypuścić zupełnie płaską produkcję z pokaleczonym fonetycznie i literacko scenariuszem! Co więcej, aktorzy lalkowi mogą mieć problem z animacją lalek!

Spuszczam na to wstydliwą zasłonę milczenia, a ponieważ festiwal nie dotarł jeszcze do mety, pozwalam tlić się nieśmiałej nadziei. Aby ją nieco podsycić, wspomnę o jedynym dotychczas spektaklu, o którym wspominać warto. A niech to gęś kopnie oparty na scenariuszu Marty Guśniowskiej, podziwianej przeze mnie wielokrotnie dramatopisarki, to także jej debiut reżyserski. Debiut udany i wydaje się, że rozpoczynający nową drogę teatralnego wyrazu dla autorki kilkudziesięciu sztuk.

W lekko industrialnej przestrzeni warszawskiej Sceny Przodownik udało się jej przenieść nas w świat niezwykły, plastycznie magiczny.

Po klimatycznie oświetlonej scenie płynnie przesuwają się staroświeckie kredensy i komody na kółkach. Każda z nich staje się planem dla wyjątkowych estetycznie lalek. Lalek (!) – powtórzę, których dziś jak na lekarstwo w teatrze lalkowym. Te stworzone przez Julię Skuratową mają dziewiętnastowieczny, romantyczny charakter. Urocze kury odziane są w retro koronki, niczym stare matrony z Madame Bovary, gęś paraduje w aksamitnej sukni z falbanami, zajęczyca jak dama pcha stylowy wózek, a lis i niedźwiedź ubrani są niczym eleganccy dżentelmeni. Wszystko dopracowane w najmniejszych detalach: haleczki, kapelusiki, kubraczki. Lalki w otoczeniu równie starannych dekoracji: domków przypominających te dla lalek, bujanych foteli, mebli, książek, naczyń. Ten prosty, symboliczny, ale przemyślany i atrakcyjny kolorystycznie świat uczy dzieci smaku i wrażliwości estetycznej.

W cieniu lalek aktor, wyciemniony, ale współistniejący z animowaną przezeń postacią. W mistrzowski sposób kreujący (każdy bez wyjątku) charakter poszczególnej postaci. Narrator, jedyny w żywym planie (Marek A. Cyris), przechadza się między lalkami, podsuwając rozwiązania i pobudzając postacie do czynów. Animanty są w nieustannym ruchu, co przyciąga uwagę i nadaje tempo akcji. Opowieść snuje się niespiesznie, ale zręcznie przeplata ze sobą powagę i żart. W dodatku, w sytuacji niełatwej, fabuła bowiem jest osnuta wokół wyprawy, jaką podejmuje pewna chuda gęś, niepotrafiąca odnaleźć sensu życia. Cel wyprawy jest jasny: gęś wraz z lisem (który wzgardził jej chudością i żylastością podczas napadu na kurnik) szuka kogoś, kto zechce ją pożreć. I jak tu drwić z problemu depresji, na który cierpi gęś? W dodatku ze skłonnościami samobójczymi. A nie sposób się nie uśmiechać, bo autorka naszpikowała scenariusz zabawami językowymi i lekko absurdalnym dowcipem. Guśniowska zręcznie manewruje w tych ryzykownych sytuacjach, łącząc delikatny humor ze sprawami całkiem serio. Przy tym nie moralizuje, nie ocenia, nie wskazuje prostych dróg. Nad przedstawieniem nie unosi się dydaktyczny smród.

Warto tylko wspomnieć, że w spektaklu pojawiają się także popularne ostatnio za sprawą animowanych hitów kinowych (Epoka lodowcowa, Madagaskar) postacie dygresyjne, bez związku z akcją, a mające na celu wyłącznie efekt komiczny: mrówki i zajączki. Pełnią oczywiście oczekiwaną funkcję, przy czym nie są nachalne, podnoszą tempo akcji i rozluźniają sytuacje moralnie niepewne.

A niech to gęś kopnie to zabawna i mądra bajka. Nie brakuje w niej także elementów sensacyjnych, różnorodnych motywów wplatanych pobocznie, ważnych tematów i wielowymiarowych postaci. Niesie w sobie wszystko, co można sobie wymarzyć w spektaklu dziecięcym.

 

Katarzyna Michalik-Jaworska

 

A niech to gęś kopnie”, Teatr Animacji w Poznaniu, scenariusz i reżyseria: Marta Guśniowska, scenografia i lalki: Julia Skuratova, muzyka: Piotr Nazaruk, obsada: Mariola Ryl-Krystianowska, Elżbieta Węgrzyn, Marek A. Cyris, Krzysztof Dutkiewicz, Marcin Ryl-Krystianowski

Małe Warszawskie Spotkania Teatralne 2015

 

Dodaj komentarz