My błazenkowie

Z Grzegorzem Mrówczyńskim rozmawia Tomasz Miłkowski

Przyzwyczaiłeś nas jako reżyser do wysokiej półki literackiej. A to Norwid, a to Witkacy, a to Tołstoj, a to Różewicz czy Mrożek, żeby nawiązać do najnowszych twoich spektakli. Aż tu nagle na afiszu Rampy nieobyczajna komedia Jak Nanna swą córeczkę Pippę na kurtyzanę kształciła Pietro Aretino. Co się właściwie stało?

To zamówienie dyrektora, który właśnie po tych wymienionych pozycjach powiedział: zrób na karnawał komedię. Nie chciałem brać na warsztat typowych fars francuskich czy anglosaskich, zadałem sobie pewnego rodzaju zagadkę. Otóż często przesiaduję w bibliotekach, przeglądam zaległości, wciąż czytam, tak mi się ostatnio życie układa, i natknąłem się na dialogi Aretino. Postanowiłem po nie sięgnąć, sprawdzić, czy tam poza posądzeniem autora o pornografię, jest jeszcze coś dla teatru ciekawego.

I?

Znalazłem taki dialog, który jest rozmową matki z córką o utracie dziewictwa, Zauważyłem wówczas, że istnieje w nim paradoksalna w edukacji dla kurtyzany pochwała cnoty, pochwała niewinności. A poza tym sam temat (i tytuł) gwarantował, że to się może dobrze sprzedać. Nadto wydał mi się to bardzo dobry materiał do pracy z aktorem.

Dlaczego?

Dlatego, że trzeba było ten teatr wymyślić. To są rozmowy, inkrustowane przypowieściami, ale dopiero trzeba było to dramaturgicznie ułożyć i zbudować konflikty. Opowiadamy o kurtyzanie, bardzo wówczas sławnej i wpływowej, dość wykształconej. Z taką właśnie kobietą przyjaźnił się autor, ceniony, co warte uwagi, za pisma religijne i moralne. Niewiele brakowało, a otrzymałby kapelusz kardynalski. Tak więc i sam autor mnie zainteresował. Krótko mówiąc, materiał wydał mi się ciekawy. Tym bardziej że w zespole teatru Rampa jest dwóch aktorów o wybitnych zdolnościach komediowych. Nie boją się ukazywać tych zdolności, a obserwowanie ich rywalizacji sprawia dużą radość.

Mowa o Andrzeju Niemirskim i Macieju Gąsiorku.

Oczywiście, a ponieważ nie graliśmy Norwida czy Słowackiego, z brawurą odsłaniają naturę panów, którzy się chcą ogrzać w cieple dziewiczej niewinnośc. Widz kocha takie teatralne małpiarstwo. Trochę tego dzisiaj brakuje, w czasach mody na anty aktorstwo, aktorstwo nieobecne, na kogoś szemrzącego do mikrofonu, szukającego sensu w dźwiękach nie zawsze artykułowanych. Bywa, że eksperymentatorzy zapominają o zawodzie, o swoich podstawowych umiejętnościach, takich jak transformacja czy zdolność improwizacji.

W tym spektaklu widać było nawiązania do komedii dell’arte.

Chcieliśmy iść w tym kierunku, może nie w pełni to jeszcze się udało. Ale ja pracuję nad spektaklami także po premierze. Staramy saię ubarwiać „Nannę” w duchu dellarttowskim. Na jednym spektaklu, kiedy kurtyzana się użalała, jakie to ma problemy, a to z córką, a to z cenami chleba, dodała: a jeszcze do tego z frankiem szwajcarskim – reakcja publiczności była żywiołowa. Rozległy się brawa.

Z Teatrem Rampa pozostajesz w bliskim związku od dobrych kilku lat. Powstała nawet tzw. Trzecia Scena nazwana nie przypadkiem Mrowiskiem, od twojego nazwiska.

Nazwa niosła głębsze przesłanie. Robiliśmy spektakle dyplomowe szkoły Machulskich, a przy okazji pewne studia wokół tych spektakli o malarstwie, filozofii, np. pracując nad „Matką” Witkacego i odpowiadając sobie na pytanie, dlaczego ta „Matka” będzie taka właśnie. I wtedy w jednym z esejów Witkacego natknęliśmy się na porównanie społeczeństwa z mrowiskiem. Tak naprawdę to młodzież aktorska tak to nasze miejsce nazywała. Dyrektor się roześmiał i powiedział, niech się to tak nazywa.

Potem pojawiły się w Mrowisku nie tylko spektakle dyplomowe.

Owszem, m.in. „Krzyk słonia” Farida Nagima, o weteranie wojny afgańskiej, geju, który nie może sobie znaleźć miejsca po skończonej wojnie – wspaniałe role zagrali Robert Kowalski i Marek Frąckowiak. Weteran ukrywa się gdzieś na daczy, odtrącony i niepotrzebny. Sztuka w Rosji nie mogła być grana, bo po pierwsze, w Rosji „nie ma gejów”, a jeżeli są, to powinni się leczyć w jakimś zakładzie psychiatrycznym. Po drugie, nie było takiej wojny w Afganistanie, w związku z tym, jak człowiek mógł mieć pretensje do ojczyzny? Jak to się ma do roszczeń, jakie mieć może bohater wojny ojczyźnianej. Autor, zastępca redaktora naczelnego „Drużby narodow”, rzadko pisuje dla teatru, jest autorem poczytnych powieści. Kiedy do nas przyjechał, na premierze płakał. Przygotowaliśmy mu program podróży po Polsce, ale on wolał zostać w Warszawie i codziennie oglądał nasze przedstawienie. Oglądał też reakcje widzów, bo przedstawienie robiło na nich duże wrażenie, najczęściej wstawali z miejsc i bili brawo.

Wart pamięci jest także spektakl „Pod Akacjami’ Jarosława Iwaszkiewicza.

Znowu z dobrą rolą Marka Frąckowiaka. Graliśmy to m.in. w Stawisku, w domu Iwaszkiewicza. Przyszła okoliczna ludność, część pamiętała księdza Kolasińskiego, pierwowzór postaci księdza Węgrzyna (którego grał Frąckowiak). A do tego dochodził odgłos kolejki, o której w sztuce się mówi, która w sztuce gra. Działał magiczny geniusz miejsca. Aktorzy przebierali się w gabinecie Iwaszkiewicza jak w garderobie, po prostu niesłychane.

Mrowisko zawiesiło swoją działalność. Dlaczego?

Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Teatrowi brak pieniędzy na trzecią scenę, mimo że scena zdobyła sobie sympatię. Tym się różniła od innych scen w Warszawie, że każdego tu witałem, sadzałem na krzesełku, a po przedstawieniu można było nieformalnie, w niewymuszonej atmosferze porozmawiać aktorami. Kto chciał, zostawał, kto się spieszył do domu, wychodził. Nie było tzw. zorganizowanych dyskusji. To zostało dość dostrzeżone. Zauważono, że różni się ta piwniczka od innych miejsc w Warszawie. Jest gospodarz tego miejsca, który na początku mówi kilka słów o przedstawieniu. Pamiętasz, kiedyś w kinie Wiedza przed projekcjami były krótkie wprowadzenia i myśmy to lubili. Nie wszystko człowiek wiedział…

W Ochocie Machulskich było podobnie, choć tam dyskusje były organizowane. Ale on też witał i żegnał widzów w drzwiach, trochę mu to mieli koledzy za złe, że tak się pospolituje…

W naszej piwniczce, gdzie znalazło się Mrowisko, była nawet tabliczka z czasów, kiedy to miejsce udostępniono po jednym z remontów teatru, którą przyniósł Prochyra, z napisem: „Scena eksperymentalna”. Nie miałem i nie mam ambicji eksperymentatorskich. Ale tabliczka została. Uważam, że za mojego życia poziom teatru – w ogólności – obniżył się, choćby w sferze rzemiosła aktorskiego czy rzemiosła reżyserskiego. Eksperyment, który kiedyś był pewną częścią rzeczywistości teatralnej, że wspomnę tak dostojne eksperymenty, jak spektakle Józefa Szajny, Tadeusza Kantora czy Jerzego Grotowskiego, objął dzisiaj mniej więcej 80 procent teatralnej produkcji. Uważam, że my teatr też odpowiadamy za to, że część publiczności się odwróciła, bo przestała nas rozumieć. Winę za to ponoszą również ludzie, którzy powinni się zajmować upowszechnianiem teatru.

Czyli my recenzenci.

Zapewne. Ale wśród nas są egocentrycy i egoiści, też za to odpowiadamy, my teatr. To znaczy odrzucam takie podejście, wedle którego moja indywidualna kariera jest ważniejsza od tego, czy widz będzie rozumiał to ważne, co mamy do powiedzenia. Widziałem takie spektakle, ale nie będę ze zrozumiałych względów podawał nazwisk, które świadczyły o tym, że twórca zadziwia nas ze strachu, że robi pewne rzeczy, żeby się nie wydało, że nie ma nic do powiedzenia. Albo że zwyczajnie nie umie. Bo żeby umieć, trzeba wykonać pewną pracę, przejść jakąś drogę, umiejętności nie nabywa się natychmiast. Trzeba zrobić trochę rzeczy niedobrych, także się pomylić, wtedy się poniżej pewnego poziomu nie zejdzie. Tak jest w każdym fachu.

Mimo to chodzisz do teatru, widuję cię dość często.

Chodzę. Dzięki temu, że chodzę, to śmiem się odzywać, nikogo nie krytykując, bo dostrzegam zmiany. Bo gdybym nie chodził, to byłbym jak ten obywatel, który nie głosuje, nie chodzi na wybory, a potem narzeka, że mu się władza nie podoba. Poza tym, że chodzę, to czytam recenzje, chętnie zaglądam do Yoricka i na stronę AICT, czytuję z uwagą i mniej więcej się orientuję. Ponadto poruszam się dużo po Polsce, oglądam spektakle nie tylko w Warszawie. Na przykład teraz 28 lutego i 1 marca będę oglądał dwa spektakle w teatrze w Białymstoku. Wszędzie, gdzie się poruszam, zawsze sobie wcześniej albo kupuję bilety, albo zamawiam miejsce na spektakl. Dlatego też widzę, kogo się lansuje, widzę grupy interesów.

Ktoś zwrócił twoją uwagę w ostatnich czasach?

Lubię spektakle Roberta Talarczyka. Kiedy przywiózł do Warszawy swój spektakl o Śląsku („Piąta strona świata”, widownia w teatrze była przerzedzona, zwłaszcza w pierwszych rzędach, gdzie bywają zapraszani goście oficjalni. Po prostu nie przyszli. Spektakl był poruszający, ale nie wzbudził, jak widać, należnego zainteresowania. Dzień wcześniej odbywała się premiera w jednym z warszawskich teatrów, dość przeciętna, i szpilki nie można było wcisnąć. Oto siła tzw. lansu.

Ale się nie załamujesz i nadal chodzisz do teatru.

Lubię chodzić do teatru. Nie znudził mi się. Uważam się za dobrego widza, jestem takim widzem, który, kiedy chcą, żebym się śmiał, to się głośno śmieję, jak chcą, żebym płakał, łzy mi lecą. Wyłączam kontrolę, oddaję się artystom całkowicie i bez żadnych warunków wstępnych. Niestety, mam w ukrytego w sobie wewnętrznego recenzenta, który mówi: Ty, naiwny widzu, co tak przekładasz nogę na nogę, przecież to jest za długie; albo: To jest chyba nie tak dowcipne, co się tak śmiejesz; albo: Niepotrzebnie płaczesz, jesteś sentymentalny, a tak naprawdę nie da się wysiedzieć. Tak mawia mój recenzent i czasem mnie buntuje. Krytykuje mnie, że jestem, zbyt oddany teatrowi jako widz. Mimo wszystko ja się nie zgadzam, wytrzymuję do końca, nie zdarza mi się wychodzić. Patrzę, czym to się skończy, patrzę, czy ten teatr ma ciągle coś ważnego do powiedzenia, czy nie.

A wracając do Mrowiska…

Mrowisko przyciągało inną nieco publiczność, na przykład na „Kleopatrę i Cezara” przychodzili miłośnicy Norwida, ale także norwidolodzy, Koło Norwidowskie i ludzie z naszego środowiska, była m.in. Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Maja Komorowska, przychodzili nawet niezapowiedzeni, to było bardzo budujące, często zostawali i długo rozmawiali z naszymi aktorami studentami. Nie zdjęliśmy szyldu Mrowiska, zawiesiliśmy prace, ale kiedy tylko uda się zdobyć środki, wznowimy. Kontaktu z Rampą nie tracę, wracam do początku naszej rozmowy, czyli komedii na karnawał – zadanie zostało chyba wykonane, bo biletów w kasie nie ma.

Mówiąc o Mrowisku, wspomniałeś o teatrze rosyjskim, nie na darmo uchodzisz za specjalistę, znawcę tego teatru, wiele spektakli zrealizowałeś w Rosji, w tym rosyjską prapremierę „Białego małżeństwa” Tadeusza Różewicza, nagrodzoną na festiwalu w Orle, a były i dalsze plany.

Miałem powtórzyć w prestiżowym teatrze u Marka Rozowskiego w Moskwie „Białe małżeństwo”. Rozowski był w jury festiwalu, który ten spektakl nagrodził Grand Prix, i od razu zobowiązał mnie, żebym u niego zrobił ten dramat. Rzecz się rozbiła o pieniądze i politykę. Teatry miejskie w Moskwie też muszą wyciągać rękę po wsparcie, nie śpią wcale na złocie. Trzeba więc zdobywać środki na różne projekty. Wiadomo, że reżyser z innego kraju to dodatkowe koszty, trzeba opłacić poza honorarium jego pobyt. Ja się ustawiłem w kolejce, złożyłem stosowny wniosek do Instytutu Mickiewicza o grant w ramach sezonu polskiego w Rosji. Było, o ile pamiętam, około 280 wniosków, a gdzieś w pod koniec pierwszej dziesiątki plasowała się moja propozycja – wiem o tym stąd, że pan redaktor Miecugow, kiedy stanęła kwestia, czy rok polski powinien być realizowany czy nie, zaczął o to pytać grono tych, którzy złożyli najciekawsze wnioski. Mój kolega Daniel Olbrychski powiedział, że rząd jest przeciw a on jest dumny z takiego rządu, Krzysztof Zanussi powiedział, że powinno się projekt realizować, środowisko się w tej sprawie podzieliło. Tak czy owak, projekt znalazł się w drugim etapie konkursu, było już tylko 80 projektów, które miały być rozpatrywane w marcu ub.r. Potem zaległa cisza, a tymczasem narastał konflikt wokół Ukrainy i wiemy, że ówczesny premier nie wystawił ministra kultury na jakieś kontrowersyjne decyzje, to Rada Ministrów podjęła decyzję, że się nie odbędzie rok kultury polskiej w Rosji. Ale z Markiem Rozowskim daliśmy sobie słowo honoru, że doprowadzimy do premiery moskiewskiej „Białego małżeństwa”, że obaj będziemy występować z wnioskami o środki, że nie zajmujemy się polityką, ale człowiekiem w najgłębszym humanistycznym sensie, do czego teatr jest stworzony. Toteż kiedy strona polska wycofała się z realizacji roku kultury polskiej w Rosji, strona rosyjska oświadczyła, że prace będzie kontynuować i nie wycofa się z zaplanowanych przedsięwzięć, Mark Rozowski udał się do swoich władz z prośbą o pieniądze. Kiedy się dowiedzieli, że chodzi o reżysera z Polski wygnali go. Mark, który jest kilka lat starszy ode mnie okazał się równie naiwny, jak ja.

Nic nowego pod słońcem

Rzeczywiście, można by tę sytuację odwrócić, powołując się na przykład z roku 1975, kiedy władze nie dopuściły do polskiej prapremiery „Hamleta we wsi Głucha Dolna” Ivo Bresana w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Reżyserowałem ten spektakl, i pewnego dnia podczas próby zauważyłem, że kamery przemysłowe są włączone. Zdziwiłem się, że dyrektor je włączył, czyżby nie miał do mnie zaufania? Po próbie dyrektor poprosił mnie do gabinetu, zgromadzili się tam towarzysze z Komitetu, którzy powiedzieli, że w grudniu będzie zjazd partii, i nie można teraz tego grać. Wyciszono skandal, bo Ivo Bresan był zaproszony, a parę miesięcy po zjeździe odbyły się sławne premiery tej sztuki z warszawską premierą w Teatrze na Woli w reżyserii Kazimierza Kutza z pamiętną rolą Tadeusza Łomnickiego. Ale wtedy sztukę mi zatrzymano. Przyszedłem do zespołu, który na mnie czekał, i powiedziałem: Słuchajcie, okazuje się, że teatr, ta starożytna dziedzina, starsza od wielu religii, jest ciągle bardzo ważna dla władzy. Pamiętam jak Dubielówna, sławna nasza koleżanka, rozpłakała się. Wydawałoby się, kontynuowałem, takie żarty sceniczne, tacy błazenkowie, a tak się z nami liczą. Z tymi biedakami mało zarabiającymi. Ta zadyma z Różewiczem przypomniała mi tamtą historię sprzed lat czterdziestu – jakby nie liczyć. Czas mija, a mechanizmy trwają.

Dodaj komentarz