GRZEGORZ MRÓWCZYŃSKI o artystach, recenzentach i widzach

Na stronie internetowej Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego na recenzję teatralną dla młodego krytyka ukazała się wypowiedź GRZEGORZA MRÓWCZYŃSKIEGO, reżysera i dyrektora teatrów, o artystach, recenzentach i widzach – ku uwadze piszącym o teatrze:

Uważam, że za mojego życia poziom teatru – w ogólności – obniżył się, choćby w sferze rzemiosła aktorskiego czy rzemiosła reżyserskiego. Eksperyment, który kiedyś był pewną częścią rzeczywistości teatralnej, że wspomnę tak dostojne eksperymenty, jak spektakle Józefa Szajny, Tadeusza Kantora czy Jerzego Grotowskiego, objął dzisiaj mniej więcej 80 procent teatralnej produkcji. Uważam, że my teatr też odpowiadamy za to, że część publiczności się odwróciła, bo przestała nas rozumieć. Winę za to ponoszą również ludzie, którzy powinni się zajmować upowszechnianiem teatru.

 

Czyli my recenzenci.

Zapewne. Ale wśród nas są egocentrycy i egoiści, też za to odpowiadamy, my teatr. To znaczy odrzucam takie podejście, wedle którego moja indywidualna kariera jest ważniejsza od tego, czy widz będzie rozumiał to ważne, co mamy do powiedzenia. Widziałem takie spektakle, ale nie będę ze zrozumiałych względów podawał nazwisk, które świadczyły o tym, że twórca zadziwia nas ze strachu, że robi pewne rzeczy, żeby się nie wydało, że nie ma nic do powiedzenia. Albo że zwyczajnie nie umie. Bo żeby umieć, trzeba wykonać pewną pracę, przejść jakąś drogę, umiejętności nie nabywa się natychmiast. Trzeba zrobić trochę rzeczy niedobrych, także się pomylić, wtedy się poniżej pewnego poziomu nie zejdzie. Tak jest w każdym fachu.

Mimo to chodzisz do teatru, widuję cię dość często.

Chodzę. Dzięki temu, że chodzę, to śmiem się odzywać, nikogo nie krytykując, bo dostrzegam zmiany. Bo gdybym nie chodził, to byłbym jak ten obywatel, który nie głosuje, nie chodzi na wybory, a potem narzeka, że mu się władza nie podoba. Poza tym, że chodzę, to czytam recenzje, chętnie zaglądam do Yoricka i na stronę AICTMiędzynarodowe Stowarzyszenie Krytyków Teatralnych (Associ..., czytuję z uwagą i mniej więcej się orientuję. Ponadto poruszam się dużo po Polsce, oglądam spektakle nie tylko w Warszawie. Na przykład teraz 28 lutego i 1 marca będę oglądał dwa spektakle w teatrze w Białymstoku. Wszędzie, gdzie się poruszam, zawsze sobie wcześniej albo kupuję bilety, albo zamawiam miejsce na spektakl. Dlatego też widzę, kogo się lansuje, widzę grupy interesów.

Ktoś zwrócił twoją uwagę w ostatnich czasach?

Lubię spektakle Roberta Talarczyka. Kiedy przywiózł do Warszawy swój spektakl o Śląsku (Piąta strona świata), widownia w teatrze była przerzedzona, zwłaszcza w pierwszych rzędach, gdzie bywają zapraszani goście oficjalni. Po prostu nie przyszli. Spektakl był poruszający, ale nie wzbudził, jak widać, należnego zainteresowania. Dzień wcześniej odbywała się premiera w jednym z warszawskich teatrów, dość przeciętna, i szpilki nie można było wcisnąć. Oto siła tzw. lansu.

Ale się nie załamujesz i nadal chodzisz do teatru.

Lubię chodzić do teatru. Nie znudził mi się. Uważam się za dobrego widza, jestem takim widzem, który, kiedy chcą, żebym się śmiał, to się głośno śmieję, jak chcą, żebym płakał, łzy mi lecą. Wyłączam kontrolę, oddaję się artystom całkowicie i bez żadnych warunków wstępnych. Niestety, mam w ukrytego w sobie wewnętrznego recenzenta, który mówi: Ty, naiwny widzu, co tak przekładasz nogę na nogę, przecież to jest za długie; albo: To jest chyba nie tak dowcipne, co się tak śmiejesz; albo: Niepotrzebnie płaczesz, jesteś sentymentalny, a tak naprawdę nie da się wysiedzieć. Tak mawia mój recenzent i czasem mnie buntuje. Krytykuje mnie, że jestem, zbyt oddany teatrowi jako widz. Mimo wszystko ja się nie zgadzam, wytrzymuję do końca, nie zdarza mi się wychodzić. Patrzę, czym to się skończy, patrzę, czy ten teatr ma ciągle coś ważnego do powiedzenia, czy nie.

 

Dodaj komentarz