WESELE: Sen Gospodarza

Tomasz Miłkowski o najnowszej inscenizacji WESELA w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego:

To przedstawienie mogło mieć mocny finał. Pod sam koniec spektaklu zrozpaczony Jasiek (Paweł Krucz), którego nikt nie słucha, a nawet nie zauważa, okazuje z bolesną szczerością swoje osamotnienie, bezradność i głęboki żal. W niejednym Weselu taki finał (z laserami, stroboskopową pulsacją) pewnie uchodziłby za poruszający protest młodego pokolenia pozostawionego samemu sobie, bez perspektyw i wiary w przyszłość. Ale nie tym razem. Kiedy ręce publiczności (nieomylnie) składają się do oklasków, okazuje się, że to wcale nie koniec – reżyser bowiem zaplanował jeszcze jeden finał, który nawiązuje do otwarcia spektaklu: oto Gospodarz ze świecą w ręku schodzi ze sceny, a potem wychodzi z widowni bocznym drzwiami. Tak więc mamy do czynienia z klasyczną budową ramową, za pośrednictwem której reżyser informuje nas, że przedstawienie, które obejrzeliśmy, to jedynie sen-majak-przywidzenie-wspomnienie Gospodarza. A jak to ze wspomnieniami bywa, pamięć może zawodzić, toteż zamiast 35 postaci w tym Weselu pojawi się 11, choć niektóre ważne kwestie skreślonych postaci ocaleją, bo postaci będą lepione czasem z kilku. Nie pojawi się jednak Chochoł, tu Chochoła, czyli upiora przeszłości każdy ma w sobie, przybierającego kształt Widma, Wernyhory, Stańczyka, a reprezentowanych na scenie m.in. za pośrednictwem obrazów Matejki (przed laty takie rozwiązanie zastosował Józef Gruda w swojej pierwszej szczecińskiej inscenizacji Wesela, 1963). Ten zabieg uczytelnia intencje Wyspiańskiego, który pokazywał, „co się w duszy komu gra”.

Z takim widmowo-wspomnieniowym Weselem kłóci się jednak muzyka, bo ta z kolei ułożona została z hitów disco polo, z upodobaniem rżniętych na dzisiejszych weselach. Ale i to da się wytłumaczyć, bo przecież w snach przeszłość i teraźniejszość mieszają się z łatwością, przenikają i nic sobie z tego robią.

Koszty takich zabiegów dla znawców Wesela są ogromne, bo naruszają nie tylko przyzwyczajenia, zasadę „świętości nie targać”, acz na dobrą sprawę nie zdarzało się prawie Wesele bez skreśleń (całych postaci i wieliu scen). Najbardziej żal tym razem postaci Księdza, bo skoro ostał się Żyd to u Wyspiańskiego stanowią z Księdzem nieodłączną parę, której rozerwanie istotnie zmienia sensy. Nie skorzystają też wiele na tych cięciach ci, którzy Wesela nie znają – po krakowskiej, wcześniejszej wersji Wesela Jasińskiego ktoś napisał, że to spektakl-bryk, ale cóż to za bryk w którym, jak już wiemy, nie ma Chochoła, a co więcej, nie ma finałowego korowodu taneczników. To przecież chocholi taniec stał się znakiem rozpoznawczym dramatu, esencją jego sensu. Wykreślając pokaz zbiorowej niemocy, Jasiński gorzki dramat zamienia w nostalgiczne spotkanie z poezją Wyspiańskiego. Bo ta jednak ocalała, za sprawą kilkorga aktorów raz jeszcze objawiła swą siłę, zwłaszcza w kreacji postaci Gospodarza/ Wernyhory (Andrzej Seweryn) i Czepca (przekonujący, zadzierzysty, chwilami groźny w wykonaniu Piotra Cyrwusa). Zaznaczyły swoją indywidualność Jolanta Trzepiecińska (zamaszysta, energiczna, rozśpiewana Gospodyni), Lidia Sadowa (jako bardzo praktyczna, konkretnie myśląca Panna Moda), Ewa Makomaska (flirtująca i zdystansowana Maryna) i Natalia Sikora (rozpoetyzowana, nieco nieziemska Rachela). Zachwycające były kostiumy, zwłaszcza ludowe, krakowskie, wykonane z godną najwyższej pochwały miłością. Sam ich widok rekompensuje rozmaite wyciszenia, które na tej wielkiej scenie mogłyby zabrzmieć potężnie. Choć trzeba przyznać, że i z wielkiej sceny Jasiński potrafił zrobić użytek – nie na darmo uchodzi za specjalistę od dużych widowisk. W końcowej części przedstawienia rozsuwa się ogromna tylna ściana, nawiązująca do motywu witrażu Wyspiańskiego. Za tą ścianą ukazuje się przerażająca głębia pustej sceny i ciemnego horyzontu, symbol niewiadomego. A jednak Jasiński postawił pytanie, dokąd idziemy.

Tomasz Miłkowski

WESELE Stanisława Wyspiańskiego, reżyseria i inscenizacja Krzysztof Jasiński, drugi scenograf Sławomir Czyż, kostiumy Anna Czyż, światło Grzegorz Marczak, animacje Aleksandra Rodobolska, zdjęcia filmowe Yann Seweryn, Kamil Walesiak, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana, premiera 29 stycznia 2015

{Rozszerzona wersja recenzji opublikowanej na łamach tygodnika „Przegląd”]

Dodaj komentarz