Śmierć nadchodzi bezszelestnie

Tomasz Miłkowski o monodramie Danuty Stenki KONCERT ŻYCZEŃ:

Wymagało nie lada odwagi, aby wziąć na warsztat ten osobliwy tekst bez tekstu, bo bohaterka monodramu nie wypowiada w spektaklu ani jednego słowa, licząc na empatię publiczności. Nie tylko dlatego, że przedstawienie bez tekstu, jeśli nie jest baletem czy pantomimą, budzi zdumienie, ale także dlatego, że odwołuje się do niezdrowego podglądactwa. Bezwstydnie obserwujemy Danutę Stenkę, która jako bohaterka przedstawienia wykonuje całą sekwencję banalnych czynności, rutynowych, powtarzalnych do znudzenia każdego dnia, kiedy wraca z pracy z zakupami i powoli, ale systematycznie sposobi się do snu. Przypomina to jako żywo jakąś wersję Big Brothera, choć Franz Xaver Kroetz napisał ten antymonodram ponad 40 lat temu (1972), kiedy o tego typu telewizyjnym show nikt jeszcze nie słyszał.

Koncert życzeń ukazał się w majowym numerze „Dialogu” w roku 1974, rok wcześniej trafił na sceny niemieckie, a dwa lat później do polskiej telewizji (grała Zofia Kucówna). I na tym koniec, starano się zapomnieć o tym utworze jak o przykrym incydencie. Kroetz bowiem, zaniepokojony falą niespodziewanych samobójstw, pytał, jak to się dzieje, że odchodzą ludzie z pozoru uporządkowani, niewyróżniający się niczym szczególnym, o uregulowanym trybie życia, choć samotni i pozbawieni nadziei pewnego dnia, nie zaniedbując codziennych rytuałów, decydują się na odejście.

Gdyby mieli naturę buntowników, sugeruje litewska reżyserka, wznieciliby rewolucję. Ale pozornie pogodzeni z losem, sami usuwają się na zawsze. Tak było 40 lat temu, tak bywa i dzisiaj, choć w nieco zmienionym otoczeniu, które z wyczuciem powołują do istnienia adaptatorki. Dzięki temu sztuka sprawia wrażenia teraz napisanej.

Taka właśnie jest Panna Rasch (w spektaklu kobieta bez nazwiska). Dokładna, akuratna, dbająca o czystość, higienę osobistą, porządek w jej skromnym studio. Na początku nic nie zapowiada tragedii. Kobieta niespiesznie krząta się po swoim mieszkaniu, umieszczonym pośrodku sali teatralnej, pozbawionej foteli: widzowie oglądają więc spektakl na stojąco, często krążąc wokół podwyższenia, przypatrując się działaniom aktorki. Kobieta wykonuje wszystkie czynności z mechaniczną precyzją, chowa sprawunki do lodówki, przebiera się w domowy lekki dres, gotuje wodę na herbatę, obiera pomidora, zbiera brudy do prania, ściele łóżko, myje zęby, nawet korzysta z toalety. Przez 70 minut obserwujemy jej codzienne życie niczym życie owada zamkniętego w akwarium bez bocznych ścian. Czasem tylko coś zakłóci jej rytm pracy. Włączy telewizor, jakąś grę, potem radiowy koncert życzeń, z Wojciechem Mannem, który z łagodną ironią i zrozumieniem komentuje zwierzenia słuchaczy wspominających szczęśliwe chwile. Czasem popatrzy na Big Brothera, czasem wykona kilka rytmicznych ruchów do taktu sączącej się z radia miłej dla ucha muzyki, niezbyt skocznej i niezbyt sentymentalnej, albo dostrzegając jakiś pyłek przetrze zlew czy półkę szmatką, poprawi pościel. W pewnej chwili sięgnie po proszek nasenny, bo jednak zasnąć nie może. Zanim to uczyni, zatrzyma na dłużej spojrzenie na czymś niewidocznym, jakiejś myśli, jakimś smutku, jakiejś rezygnacji. Po tym pierwszym proszku przyjdą następne, kiedy przeczyta ze skrupulatnością całą ulotkę informacyjną. Popije je szampanem z lodówki, przelotnie uśmiechnie się z zaciekawieniem, co teraz się stanie. Wtedy „się czuje – komentowała aktorka – że oto stoi przed nami opakowany w kolorowe papierki cukierek, a w środku rozgoryczony, drżący ptak”.

To rozstanie ze światem nie ma wymiaru tragicznego, ale przepojone jest bezbrzeżnym smutkiem rezygnacji, głuchą rozpaczą, której wypowiedzieć się nie da. Jeśli widzowie wytrzymują 75 minut tej krzątaniny-pożegnania z życiem to dlatego, że Danuta Stenka z mistrzowską wirtuozerią, absolutną intuicją zdoła ukazać rozpad wewnętrzny kobiety, która straciła wszelką nadzieję. „Danuta Stenka – pisał Łukasz Maciejewski – jest na wyciągnięcie ręki, niemal czujemy jej oddech, ale niemą kantatę o samotności gra w skupieniu. I może dlatego każdy widz, oglądając Koncert życzeń, czuje się nie tylko świadkiem, ale i częścią cichej tragedii kobiety. To zawsze wygląda tak samo. Od głośnego początku życia aż do zduszonego, bezszelestnego końca”.

 

Tomasz Miłkowski

 

KONCERT ŻYCZEŃ Franza Xavera Kroetza, tłum. Danuta Żmuj-Zielińska, reż. Yana Ross, dramaturgia Aśka Grochulska, muz. Aśka Grochulska, Tomasz Wyszomirski, scenografia Simona Biekšaitė, obsada Danuta Stenka (aktorka Teatru Narodowego), kurator projektu Marcin Zawada, prowadzący audycję radiową Wojciech Mann, reż. świateł Mats Öhlin, produkcja: Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie/TR Warszawa/Festiwal Boska Komedia, premiera krakowska 6 grudnia 20914, premiera warszawska 15 stycznia 2015

Rozszerzona wersja recenzji opublikowanej w „Przeglądzie” z 2 lutego 2015

Dodaj komentarz