Gracz

O „Szalbierzu” w reż. Gábora Máté w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pisze Tomasz Miłkowski

Aż dziw bierze, że żaden z polskich autorów nie pokusił się o dramat, powieść czy scenariusz filmowy o Wojciechu Bogusławskim. Przeżył pięciu władców, żywot miał barwny, a dokonania potężne, byłoby więc o czym pisać. Polskich autorów wyręczył György Spiró jako autor panoramicznej powieści Iksowie i sztuki Szalbierz, która w nowym tłumaczeniu Jolanty Jarmołowicz pojawiła się na afiszu Dramatycznego. Czas po temu jest szczególny, w tym roku świętujemy 250 lat Teatru Narodowego, a Bogusławski, jak wiadomo, z narodzinami Narodowego jest szczególnie silnie związany.

Autor sztuki nie dba jednak przesadnie o zgodność tego, co na scenie, z tym, jak to było naprawdę. W rzeczywistości Bogusławski podczas występów gościnnych w Wilnie nigdy nie grał Tartuffe’a, nie tłumaczył też Świętoszka, choć w Warszawie w roli tytułowej w sławnej komedii Moliera występował, ale w sztuce powiada się, że rzekomo nie dopuszczała do tego cenzura. Takich i innych detali niezgodnych z faktami można by wymieniać więcej za skrupulatnym Zbigniewem Wilskim, który uczynił to przed laty na łamach „Dialogu” (1987 nr 7), ale nie ma to większego znaczenia. Bo choć Bogusławski z całą pewnością nie był prekursorem Stanisławskiego czy Freuda, co mogłoby wynikać z jego uwag kierowanych do aktorów, to przerastał umiejętnościami i szerokością spojrzenia swoich współczesnych, a jego pobyt w Wilnie rzeczywiście przyczynił się do przebudzenia tego wówczas bardzo prowincjonalnego teatru. Tak więc Spiró ofiarował nam legendę Bogusławskiego prawdziwszą niż życie i winniśmy mu za to wdzięczność.

 

W Dramatycznym legenda ta zyskała godną oprawę i wykonanie. Wracający na stołeczną scenę Witold Dębicki dla portret człowieka niezwykle inteligentnego, świadomego swoich umiejętności warsztatowych i ludzkich słabości, wytrawnego gracza, który każdego potrafi wyprowadzać w pole, a i naturalnego przywódcy, jakim staje się siłą rzeczy aktor wysokiej klasy z predyspozycjami reżysera i dyrektora. Tak więc niemal niezauważenie przejmuje z rąk dyrektora Każyńskiego (kolejna bardzo dobra rola Sławomira Grzymkowskiego) prowadzenie próby i to pod jego dyktando toczą się przygotowania do premiery. W scenie monologu miłosnego Tartuffe’a hipnotyzuje swoją partnerkę (Agnieszka Warchulska), kiedy indziej niby markuje, że gra, aby skupić na sobie uwagę wszystkich. Władzę wodzi za nos, a zespół aktorski uskrzydla. Oto mistrz. Szalbierz.

Prawdziwą, a rzadką przyjemność w tym spektaklu dostarcza nader precyzyjna reżyseria. Gábor Máté scala wszystkie elementy przedstawienia, czujnie prowadzi aktorów, którzy niemal cały czas obecni na scenie ani na chwilę nie porzucają wyznaczonych im zadań. Wręcz zachwycające są drobne solówki, rozegrane idealnie, wytrzymane w czasie i rytmie, jak choćby powtarzające się upadki (dosłowne i metaforyczne) Piotra Siwkiewicza w roli oślizgłego krytyka czy też chwytanie spadającej lampy ze stolika suflerki podczas napadów histerii dyrektora – Jolanta Olszewska zdaje się nie zauważać tych żenujących popisów, zajęta wówczas doprowadzaniem do ładu swoich niesfornych nóg, albo też pokazowe omdlenia Hrechorowiczówny w wykonaniu Małgorzaty Rożniatowskiej.

To bardzo ważna premiera Teatru Dramatycznego, dająca świadectwo jego rosnącej formy artystycznej i świadomości wagi poruszanych spraw. Spotkanie zespołu z Gáborem Máté, wybitnym reżyserem węgierskim, współtwórcą sukcesów budapesztańskiego Teatru im. Katony okazało się ożywcze, choć nie miało charakteru wstrząsu jak przyjazd Bogusławskiego do Wilna. Pod koniec sztuki, po premierze Świętoszka, dyrektor Każyński upija się (ze szczęścia?), aktorzy idą na poprawiny, ale wygląda na to, że wytrzeźwieli. W Dramatycznym aktorzy upewnili się, że podążają dobrze obraną drogą.

 

Tomasz Miłkowski

SZALBIERZ György Spiró, tłum. Jolanta Jarmołowicz, reż. Gábor Máté, scenografia Balázs Cziegler, kostiumy Anni Füzér, kierownictwo muz. Bela Krynicka, światło Tadeusz Perkowski, Scena im. Gustawa Holoubka, Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy, premiera 10 stycznia 2015

Dodaj komentarz