Będziecie jednak musieli nam o tym opowiedzieć

O przedstawieniu „Ruchele wychodzi za mąż” Savyon Liebrecht w reżyserii Jacka Papisa w Teatrze Żydowskim w Warszawie pisze Marzena Dobosz

Ostatnia premiera w Teatrze Żydowskim zwiastuje zmiany repertuarowe i wizerunkowe zapowiadane przez Gołdę Tencer, a wyczekiwane przez dużą część krytyków i teatromanów. Ruchele wychodzi za mąż to historia o tym, że idzie nowe i że nie ma na to rady. Że pochylając się nad przeszłością, nie możemy odwracać się od teraźniejszości…

Akcja dramatu Savyon Liebrecht rozgrywa się w Izraelu. Szlojme, Żyd ocalały z Zagłady, dowiaduje się, że jego starsza córka, mieszkająca i pracująca w Ameryce, przyjeżdża do kraju, żeby przedstawić rodzinie narzeczonego. Ojcowską radość zakłóca jednak pojawienie się przyszłego zięcia. Chłopak przypomina ojcu kogoś, kto budzi najgorsze wspomnienia. Zaraz zresztą okazuje się, że faktycznie jest on potomkiem znienawidzonego kata i mordercy z Auschwitz…

Szlojme nie może pozwolić, żeby jego ukochana córeczka miała cokolwiek wspólnego z rodziną oprawców, nie wyobraża sobie, że mógłby usiąść przy jednym stole z ludźmi, którzy mają krew na rękach. Choćby symbolicznie, bo przecież młody człowiek urodził się grubo po wojnie, a i jego rodzice też nie są bezpośrednio odpowiedzialni za tragedię obozową. W rodzinie młodzieńca zresztą inaczej pamięta się przeszłe wydarzenia… Bez aprobaty ojca, córka nie ma zamiaru wychodzić za mąż, nauczono ją, że rodzina jest tym, co najcenniejsze w życiu. Tragiczny dylemat: czego by dziewczyna nie wybrała, i tak będzie źle… Czy znajdzie się jakieś wyjście?

 

Savyon Liebrecht opowiada rodzinną historię Żydów ocalałych z Zagłady, ale jest to również historia uniwersalna – nie pierwsi to kochankowie, którym na drodze stają rodzinne waśnie. Iluż było takich ojców jak Szlojme, którzy inaczej rozumieli szczęście swoich dzieci… Chociaż przeżycia wojenne są tu o tyle istotne, że pokolenie ocalałych nie jest w stanie mówić o tym, co ich spotkało. No bo jeśli nie sposób zrozumieć tego, to się stało, to jak o tym mówić? Jak znaleźć odpowiednie słowa, żeby wyrazić, czego wyrazić się nie da? W domu wszyscy unikają bolesnych wspomnień, ale słowa niewypowiadane krążą cały czas w świadomości rodziny. Wszyscy czują ich trudną do zniesienia obecność… Tylko że dzieci chcą wiedzieć, chcą poznać i zrozumieć. Mają prawo żyć po swojemu, ale przecież nie chcą zupełnie odrzucać doświadczeń rodziców. Trudno to wszystko pogodzić.

Jacek Papis w inscenizacji dramatu Savyon Liebrecht skupił się na tym ogólnoludzkim aspekcie konfliktu między ojcem a córką. Rodzina Szlojme to rodzina jak każda inna: dwie córki – młodsza, Lea, rozwiedziona, samotnie wychowująca synka, i starsza, Ruchele, robiąca karierę naukową w Stanach, i ojciec, który wyraźnie faworyzuje starszą. Typowy przykład krzywych rodzinnych układów: brakuje nam dziecka, które jest daleko, więc siłą rzeczy bardziej za nim tęsknimy, idealizujemy je w wyobraźni itd. (a kiedy ta córka jest inna niż nasze o niej wyobrażenie, jeśli nie odpowiada wizerunkowi, który nosimy w sercu, często wali nam się świat). Tymczasem drugiej córki, która jest na miejscu, robi zakupy i przybiega na zawołanie, nie zauważamy, choć może kochamy tak samo. Przyjacielowi, z którym żona miała romans, nie powiemy złego słowa, bo przecież razem przeszliśmy piekło… Dwaj znakomici aktorzy, których reżyser obsadził w rolach Szlojme i jego przyjaciela Staszka – Stanisław Brudny i Włodzimierz Press – brawurowo prowadzą swoje postaci, podkreślając ich zażyłość, podszytą jednak jakimiś głęboko skrywanymi urazami (wyraźnie widać to w scenie powitania obu panów, kiedy nie możemy pozbyć się wrażenia, że radosne uściski mogłyby w każdym momencie przerodzić się w walkę). Z czasem wychodzi na jaw ich bolesna tajemnica i rozumiemy już, dlaczego ta przyjaźń jest napięta jak struna.

 

Stanisław Brudny grający Szlojme zawłaszczył całe przedstawienie, sceny, w których nie brał udziału, wydawały mi się niepełne, pozbawione blasku (choć być może wynika to wyłącznie z atencji, jaką darzę aktora). Brudny pięknie pokazał ojca, który słyszy tylko to, co chce usłyszeć, unika niewygodnych tematów i nawet dorosłych dzieci nie zamierza wtajemniczać w swoje sprawy, choćby miały one istotne znaczenie również dla nich. Kiedy Ruchele (Ewa Greś) niechcący burzy mur, którym się dotąd otaczał, Szlojme zapada się w sobie, przewraca się jak domek z kart. Najtrudniejsze chwile pomoże mu przetrwać jedyny przyjaciel, Staszek, który przyjeżdża z Ameryki specjalnie na ślub jego starszej córki (nie wie, że uroczystość zostanie zaraz odwołana).

W tej historii rodzinnych tajemnic, legend, ale i uprzedzeń wyreżyserowanej przez Jacka Papisa odnalazłam echa własnych rodzinnych mitów, wspomnienia podsłuchanych rozmów moich dziadków na temat tragicznych doświadczeń okupacyjnych, sentymentalne powroty do dzieciństwa spędzonego w wielonarodowościowej Polsce. Być może dlatego sama inscenizacja nie do końca odpowiadała moim oczekiwaniom. Przedstawienie wydawało mi się nierówne, jak gdyby reżyser nie mógł się zdecydować, czy ma być raczej wesołe czy jednak smutne. Wolałabym, żeby zrezygnował z tych kilku niemal farsowych momentów (jak omiatanie z kurzu okropnych sztucznych kwiatków) na rzecz wzmocnienia tragizmu postaci tej okaleczonej rodziny. Inscenizacji Jacka Papisa bliżej może do groteskowych sztuk Hanocha Levina, a w dramacie Savyon Liebrecht mimo końcowego pozytywnego przesłania brak wesołych akcentów.

 

Nie podobały mi się też niektóre rozwiązania sceniczne, pewna niekonsekwencja w operowaniu rekwizytami i jakiś rodzaj zagubienia scenograficznego. Wiadomo, że teatr zakłada umowność, symboliczność i uproszczenie, ale mnie zabrakło konsekwencji. Bohaterowie kilkakrotnie mówią, że przyniosą herbatę albo idą zrobić kawę, ale na stole nigdy nie pojawia się choćby pusta filiżanka czy dzbanek, natomiast kiedy Lea (Małgorzata Trybalska) częstuje gości ciastem, to przynosi prawdziwą szarlotkę – pyszną zapewne, ale podaje ją bez talerzyków i aktorzy jedzą, próbując nie nakruszyć na ubrania i obrus. I kwestia drzwi oraz wyjść i wejść. Z tyłu sceny ustawiono samotne drzwi do niczego (wokół nie ma ścian), które mają imitować wejście do domu. Bohaterowie wchodzą i wychodzą tymi drzwiami, ale nie zawsze, bo na przykład Staszek wnosi swoje bagaże zwyczajnie, z boku sceny (zresztą i tych walizek niepotrzebnie aż tyle, wystarczyłyby cztery). Czy w tym mieszkaniu jest drugie wejście? Może przez taras? Niepotrzebne zamieszanie. Nie przekonała mnie ta scenografia, od wspomnianych sztucznych kwiatów, przez wzorzysty chodnik rozłożony na proscenium (chyba po to, żeby ostrzegać aktorów, że tu kończy się scena, żeby nie pospadali), po owe drzwi donikąd. Chciałoby się przywołać tu słowa Antoniego Słonimskiego (z Gwałtu na Melpomenie): „Dekoracje skromne, ale brzydkie”.

Nie przeszkadza to jednak widzom cieszyć się tym nowym spektaklem w Teatrze Żydowskim, spektaklem, który stanowi element współczesności w dość tradycyjnym jak dotąd repertuarze. W Teatrze Żydowskim, który w tym roku świętuje 65-lecie działalności!

Marzena Dobosz

 

Ruchele wychodzi za mąż” Savyon Liebrecht w tłumaczeniu Michała Sobelmana. Reżyseria Jacek Papis, scenografia Alicja Kokosińska, kostiumy Diana Szawłowska, muzyka Hanna Klepacka, asystent kompozytorki Ryszard Lubieniecki, asystentka reżysera Paulina Lombarowicz, obsada: Joanna Rzączyńska/Ewa Greś (Ruchele), Małgorzata Trybalska (Lea), Marcin Błaszak (Arele), Stanisław Brudny (Szlojme), Włodzimierz Press (Staszek); premiera 9 stycznia 2015 r. w Teatrze Żydowskim im. Estery Rachel i Idy Kamińskich.

Dodaj komentarz