Przymierze z widzami

Z Andrzejem Sewerynem, laureatem Nagrody im. Tadeusza Żeleńskiego-Boya dyrektorem naczelnym Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana w Warszawie rozmawia Tomasz Miłkowski

Fotele na dużej sali Teatru Polskiego drzemią w pokrowcach. Kiedy zostaną zdjęte i na dużej scenie znowu teatr będzie grać?*

Lada chwila, już 13 grudnia dajemy Szkołę żon.

Czyli remont ma się ku końcowi?

To jest czwarty rok remontu. Ten remont w tej chwili dotyczy wreszcie urządzeń świetlnych. Jak mawiał Krzysztof Jasiński podczas prób Zemsty: o, te reflektory miałem 40 lat temu! Poza tym udoskonalane są wyciągi, które pamiętają początki teatru, czyli czasy Arnolda Szyfmana.

Czy to już ostatni etap remontu?

Zaoszczędziliśmy na tym remoncie trochę pieniędzy, to wszystko są fundusze europejskie i trzeba je wydać – i tak planujemy unowocześnienie wyposażenia akustycznego. Potrzebne są przetargi i wszelkie tego rodzaju procedury, tak więc to nie jest koniec, ale w 2016 roku teatr będzie już w bardzo dobrym stanie, przygotowany do najbardziej nowoczesnych wyzwań współczesności.

Cofnijmy się do początku Pańskiej dyrekcji w Polskim. Kiedy ją Pan obejmował, w Warszawie mówiono, że to kaprys wielkiej gwiazdy, że mu szybko przejdzie. Ale jakoś nie przeszło?

Czasem przechodzi, ale rzadko: Glińskiemu szybko przeszło, Andrzejowi Łapickiemu szybko przeszło. O mnie można wszystko mówić, ale nie, że to były „kaprysy gwiazdy”. W żadnym wypadku. Natomiast prawdą jest, że to, co tutaj odkryłem, mechanizmy pracy, relacje z władzami, relacje z publicznością, ewolucję artystyczną, obywatelską i moralną środowiska artystów, to wszystko było dla mnie niespodzianką.

A czy towarzyszy Panu nadal poczucie „harcerskiej” misja?

Rzeczywiście tego sformułowania użyłem kilka lat temu, niektórzy się tego śmiali. Tak, to przekonanie mi towarzyszy, a jednocześnie teraz przechodzi egzamin praktyczny, obywatelski: Mówi pan, misja, misja, a co pan robi w teatrze? Takie pytanie ma prawo postawić każdy widz. Tak więc niczego się nie wyrzekam, nie odżegnuję się od niczego.

Otrzymał Pan nagrodę im. Tadeusza Żeleńskiego-Boya za kreacje aktorskie w Teatrze Polskim, a w szczególności role szekspirowskie. Ale jeszcze niedawno trudno było o Panu mówić jako aktorze szekspirowskim. Przygoda z Szekspirem późno się u Pana zaczęła, a na polskich scenach (żywego planu) zaledwie kilka lat temu.

W Polsce pracowałem wcześniej nad Szekspirem w telewizji. Grałem Henryka V w spektaklu w reżyserii Macieja Bordowicza – pamiętam scenę z Henrykiem IV na łożu śmierci, grał go August Kowalczyk, dobre mam wspomnienia. Dobrze też pamiętam rolę tytułową w Ryszardzie III w reżyserii Feliksa Falka. We Francji grałem Klaudiusza w Hamlecie, reżyserowałem też Wieczór Trzech Króli w ComédieFrançaise i Stracone zachody miłości z absolwentami szkoły teatralnej. I potem rzeczywiście przyszedł okres polski. Monodram Wyobraźcie sobie ma dość długą historię, bo to się zaczęło w Krakowie, pierwszą wersję tego przedstawienia reżyserował Jerzy Klesyk, którego poprosiłem, żeby mnie pilnował. Po premierze dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego Krzysztof Orzechowski powiedział: Jedź sobie w Polskę. Nasza dekoracja była zbyt duża, aby ją gdziekolwiek wozić, więc przedstawienie zmieniło się, powstała nowa wersja – Wokół Szekspira. Później, kiedy objąłem dyrekcję Polskiego, w trosce o nadanie charakteru małej scenie przygotowałem nowy monodram szekspirowski, z wyraźną intencją edukacyjną. Tytuł Szekspir forever nadali mu moi młodzi współpracownicy. Z tym przedstawieniem, będącym w repertuarze Teatru Polskiego, również jeżdżę po kraju. No i wreszcie moje role w spektaklach Jacquesa Lasalle’a (Król Lear) i Dana Jemmetta (Prospero).

Był też Ryszard II w Pańskiej reżyserii w Teatrze Narodowym.

Średnio udane przedstawienie.

Ale za to dyskusja wówczas rozgorzała, jak grać klasykę.

Jak grać? Tak jak komu dusza podpowiada. Jednemu podpowiada tak, żeby samochody wjeżdżały na scenę, co nie jest zresztą a nowością, bo wjeżdżają one od 30-40 lat, drugiemu przychodzi do głowy, żeby grać wśród widzów, też nic nowego, od setek lat. A każdy pewnie mówi: Jestem wierny autorowi. Jak słyszę takie zdanie, to czuję, że to deklaracja bardzo wyświechtana. Wszyscy jesteśmy współcześni, tylko inaczej to manifestujemy. Czy młodzi reżyserzy w Polsce, dzisiaj tak bardzo uznani, czy oni mają lepsze informacje o tym, co dzieje się w świecie, niż ja, czy ja mam lepsze informacje niż oni? Ogólnie rzecz biorąc wiemy to samo.

Różni was doświadczenie.

Ale to też żaden argument: ja mam więcej lat, więc wiem lepiej. Nie ma takiej zależności. Ja czuję się równie współczesny, jak młodzież.

A czy można do dotychczasowych dookreśleń Teatru Polskiego, takich jak Dom Fredry, Dom Mrożka, dodać teraz: Dom Szekspira?

 

Tak, z całą pewnością tak. Myślimy teraz o kolejnej produkcji szekspirowskiej, a Teatr Polski ma ich za sobą już 49. To jest w gruncie rzeczy naturalne. Kiedyś poprosiłem profesora Janusza Majcherka, aby opowiedział nam o Szekspirze w teatrze polskim (nie tylko tym w Warszawie), i okazało się, że Szekspir jest polskim autorem. Mam wrażenie, że Szekspirem dobrze się nam gada. To że Mickiewicz wybrał jako motto Dziadów cytat z Szekspira („Są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom”), że romantycy znali teksty Szekspira, że Wyspiański stworzył wielkie studium o Hamlecie, potwierdza tę wyjątkową pozycję Szekspira w polskiej świadomości teatralnej. Ta wybuchowa mieszanina racjonalnego i irracjonalnego, nawiązywanie do Greków, żywa obecność natury, to wszystko nas bardzo pociąga. Mówię to swoim językiem, a nie językiem analityków literackich.

A wracając do Nagrody Boya – jej pierwszym laureatem był późniejszy dyrektor Teatru Polskiego, jeden z Pańskich poprzedników, Kazimierz Dejmek. Wiem, że nawiązuje Pan do swoistego składu zasad pracy teatralnej, który kiedyś ogłosił właśnie Dejmek.

Coś Panu przeczytam. Zaproszony zostałem przez firmę Orange na spotkanie. I dowiedziałem się, że oni wymyślili zasady misji sprzedaży. Kiedy się je czyta, można odnieść wrażenie, że to kodeks etyczny, który mógłby obowiązywać powszechnie. Zdumiewające, czytam choćby: „z determinacją robimy rzeczy właściwe i tylko we właściwy sposób; odpowiadamy za konsekwencje naszych decyzji, działań i zaniechań; komunikujemy się i działamy w sposób prosty; prawdziwe mówię, z pokorą słucham i przyjmuję; trzymamy jeden front, szanujemy się i jesteśmy lojalni wobec siebie; budujemy i umacniamy morale zespołu”.

Cnoty bez mała ewangeliczne.

Chcę przez to powiedzieć, że nie tylko wśród artystów, ale także wśród ludzi innych zawodów pojawia się potrzeba innego sensu poza pieniądzem. Naprawdę z nimi rozmawiałem i to nie są banialuki. A wracając do składu zasad Kazimierza Dejmka, można powiedzieć, że był prekursorem takiego poszukiwania, nadawania wyższego sensu i porządku codziennym działaniom. Sławomir Mrożek napisał kiedyś taki tekst Testament mój, w którym domagał się dobrych świateł, dobrego kostiumu, dobrych dekoracji, czystości, dobrego przyjęcia w teatrze. I żeby było słychać, i żeby było widać.

Czyta Pan czasem Boya?

Nie. W sprawie jego tłumaczeń mam wątpliwości. Nie wszystko mi się w nich zgadza. Prosty przykład – tytuł Tartuffe’a po polsku wcale nie powinien brzmieć Świętoszek, a to pasowało Boyowi jako antyklerykałowi, ale Obłudnik. To pojęcie szersze i jednak inne. Nadto Boy Moliera tłumaczy zbyt zawile, a Molier pisał prosto. Ale niezależnie od moich zastrzeżeń, przybliżenie literatury francuskiej polskiemu czytelnikowi, to jego wielka zasługa i chwała mu za to.

A do Flirtu z Melpomeną Pan nie zagląda?

Nie zaglądam, nie było bezpośredniego powodu.

To dzisiaj rzadko kto czyni, chociaż Jan Kott pisał o dorobku recenzenckim Boya, że to „największa powieść dwudziestolecia”. A dzisiejszych krytyków Pan w ogóle czytuje?

Tu pewnie Pana zaskoczę: staram się czytać wszystko. Mówiłem o odpowiedzialności krytyków już od wielu lat – taką deklarację złożyłem kiedyś z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru. Namawiałem krytyków, żeby brali udział w komunikowaniu, a nie tylko załatwianiu swoich interesów, swoich spraw. To, co czytam w recenzjach, to nie może być schematyczne: „podoba mi się” albo „nie podoba mi się”. Albo chwalba, albo atak. Oczekuję czegoś więcej. Ale, oczywiście, to nie zawsze jest możliwe. Przede wszystkim z powodu tego, że macie coraz mniej miejsca na pisanie, nie macie możliwości. Recenzje przenoszą się dzisiaj w internet, a w internecie może pisać każdy. Czasami przed spektaklem dostaje takie informacje: „jest bloger na sali”. Taki znany, słynny. Tak więc sytuacja się zmienia, ale ja zawsze czytam. Powiem szczerze: jak są obelgi, to jest mało zabawne. Jeśli Drewniak pisze o mojej reżyserii Ryszarda II, że z Francji przybyła do nas tylko jedna dobra rzecz, miłość francuska, to jest obelga, zresztą o tym z nim rozmawiałem i przyznał, że to nie było stosowne. Przy czym ja na ogół wiem, co dobrze zrobiłem, a co raczej średnio.

Czyli bez krytyki Pan sobie radę da?

Może i tak, ale krytyka jest mi potrzebna. O krytyce mówię dobrze nie dlatego, że rozmawiam z krytykiem. Ona pozwala mi od czasu do czasu zobaczyć coś, czego nie wiedziałem, coś, z czego nie zdawałem sobie sprawy, nawet jeśli to jest coś przykrego. Jeżeli to nie jest agresja, to zawsze jest bardzo pożyteczne. To nie jest tak, że musimy być wrogami. Państwo w gruncie rzeczy często potwierdzacie moją autokrytykę. Ale kiedy pani Kyzioł pisze, to wiem, że za każdym razem będzie źle, niezależnie od tego, co się dzieje na scenie. Można się nie lubić i koniec, coś może nie odpowiadać, aczkolwiek systematyczne ataki czy stale negatywna opinia o wszystkich przedstawieniach w Teatrze Polskim nie wygląda wiarygodnie. Przy tak zróżnicowanych reżyserach, którzy tutaj pracują, nie wydaje mi się to rozsądne.

Repertuar teatru jest bardzo różnorodny, sięga Pan po utwory rzadko grywane, jak choćby Bolesław Śmiały Wyspiańskiego czy Odprawa posłów greckich Kochanowskiego…

…Zwiastowanie Claudela też.

Też. Ale poza niebanalnym repertuarem, poza spektaklami w teatrze toczy się rozmowa. Obok przedstawień organizuje Pan debaty. Czy to jakaś idea, że teatr ma być Arką Przymierza?

Bardzo mi się podoba to sformułowanie – tak, tu nie powinno być awantury, wolę, żeby rozwijał się dialog, obce mi są awantury uliczne, ale i awantury teatralne. Mówiłem kiedyś o takim marzeniu, żeby ten teatr stał się miejscem. Rozpoznawalnym miejscem. Rozumowałem tak: nie tylko Teatr Rozmaitości czy Studio mają monopol na dyskusje o tym kraju, o sztuce. Odnosiłem to także do grupy Krytyki Politycznej. Uważam, że nikt nie ma monopolu na dyskusje o Polsce. Dlatego zacząłem organizować te spotkania, fora dyskusyjne Teatru Polskiego, które gromadzą bardzo mądrych ludzi: Siergiej Kowaliow przyjeżdżający z Moskwy, Adam Michnik, Stefan Niesiołowski, pani prof. Magdalena Środa, pan marszałek Marek Jurek, pan Smolar, pan Mikołejko, pan premier Tejchma i tak mógłbym kontynuować. To jest ważne dla mnie i społecznie użyteczne. Ale to nie tylko to. Prowadzimy taki cykl czytania listów, było m.in. czytanie listów między Iwaszkiewiczem a Miłoszem, listy Witkacego do żony, teraz szykujemy listy rodziny Herbertów, szykujemy listy okupacyjne, m.in. Andrzejewskiego, Miłosza, Gajcego, opublikowane w „Zeszytach Literackich” Basi Toruńczyk, fascynująca lektura. Prowadzimy cykl „Goście Teatru Polskiego”, otworzyliśmy nowy cykl „Poranki filozoficzne dla dzieci”, które przychodzą i dyskutują o poważnych sprawach, Wczoraj mój przyjaciel z Francji był na spektaklu Szekspir forever i pozostawał w zdumieniu, że nasza publiczność jest tak odważna i rozmawia podczas spektaklu z aktorem. Ciągniemy wreszcie ideę Ani Dymnej, czyli robimy Salony Poezji, które gromadzą tutaj po kilkaset osób co drugą niedzielę na dużej sali. Kiedy mówię o gościach Teatru Polskiego, to mówię o rozmaitych zespołach, jak choćby Teatr Maribor z Białegostoku. Staram się otwierać na innych, na młodych również, chociaż młodość nie jest dla mnie żadną wartością, nie jest żadnym ołtarzem. Byłem niedawno w Rzeszowie, rozmawiałem z dziennikarzem radiowym, który utrzymywał, że tzw. nowoczesne interpretacje klasyki skierowane są przede wszystkim do młodzieży, która inaczej klasyki by nie zrozumiała. Nie zgodziłem się z tym. Że co, do młodzieży trzeba mówić uproszczeniami, że nie zrozumieją, dlaczego Sofoklesa mają nie zrozumieć? Powiedziałem, że raczej starszymi trzeba się zajmować czy opiekować. To najwyraźniej wpływ Gombrowicza. Na mnie, oczywiście.

Na koniec wróćmy do widowni dużej sali, To rzeczywiście wielka widownia, największa w Warszawie, 720 widzów.

 

Nie można od tego abstrahować, dyrektor nie może. Trzeba ją wypełniać. Jeśli nie w stu procentach, to jednak w jej lwiej części. To określa również wybór tytułów.

Taki tytułem jak ulał jest Zemsta Krzysztofa Jasińskiego.

Na pewno. Krzysztof Jasiński robi bardzo dobrą robotę, szuka nowych rozwiązań, a zarazem ma totalny szacunek dla tekstu, świadomym swoich zadań i nestorem wśród dyrektorów, od pół wieku niemal kieruje Teatrem STU.

A ryzyko? Może Pan sobie na nie pozwolić?

Nie mogę się go wyrzec, ale muszę pamiętać o pieniądzach, o odpowiedzialności za pieniądze. Nie mogę sobie pozwolić na pustą salę. Operuję pieniędzmi publicznymi, pieniędzmi podatnika. Premiera zaplanowana, musi się odbyć. Koniec, kropka. Sala musi być wypełniona maksymalnie. Zagraliśmy już 9 przedstawień Króla Leara. Nie chcę zapeszać, ale nie spodziewaliśmy się, że będziemy mieć tyle pełnych widowni – ponad pięć i pół tysiąca ludzi. To jest dla nas powodem ogromnej radości, zachętą nawet: kontynuujcie.

W większości stołecznych teatrów taka liczba widzów oznaczałaby 25-30 spektakli. W Polskim ma Pan górę do pokonania.

Otóż to. Kiedyś zapytałem dyrektora Kraszewskiego, jaka jest średnia widownia Warszawskich Spotkań Teatralnych. Okazuje się, że przy dwukrotnym zagraniu zaproszonych spektakli ok. 8 tysięcy widzów. Tylko tylu i jeszcze niektórzy z nich się powtarzają. Czyli można powiedzieć, że 6 tysięcy osób ogląda WST. A więc elitarna, to nie jest zarzut, impreza. Warto o tym pamiętać, kiedy patrzy się na frekwencję w Teatrze Polskim.

 

Rozmawiał: Tomasz Miłkowski

 

*[Rozmowa przeprowadzona 27 listopada 2014]

Pierwodruk tekstu w numerze świątecznym „Przeglądu”, 15-28 grudnia 2014

Dodaj komentarz