Będziemy na niego czekać…

O przedstawieniu „Wszyscy moi synowie” Arthura Millera w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie (Scena na Woli) pisze Marzena Dobosz:

Wawrzyniec Kostrzewski przypomniał sztukę Arthura Millera, która święciła tryumfy w latach powojennych, a ostatnio gościła na naszych scenach ponad czterdzieści lat temu. W odświeżającym przekładzie Jacka Poniedziałka i we współczesnym ujęciu Kostrzewskiego Wszyscy moi synowie to przede wszystkim tragedia rodzinna, wstrząsająca opowieść o odpowiedzialności za los najbliższych – niezależnie od czasu i miejsca.

Na scenie usytuowanej pośrodku widowni stoi ciężki drewniany stół, wokół cztery masywne stołki. Nad stołem malowniczo rozpościera się potężny dębowy konar z pożółkłymi liśćmi, z gałęzi zwieszają się delikatne ogrodowe lampiony. Murawa jest usiana spadłymi liśćmi i żołędziami. Pozostałe elementy scenografii – żywopłot, dom, złamaną jabłoń – musimy sobie wyobrazić.

Tragedia rodziny Kellerów rozegra się przy tym stole, w ogrodzie. Jest pogodny listopadowy dzień. Ojciec, matka i syn przygotowują się do uczczenia urodzin starszego syna, pilota, który zaginął w czasie wojny. Na zaproszenie młodszego syna jest z nimi również narzeczona zaginionego, Anna Deever. Zwykła historia… Gdyby nie to, że ojciec Anny, były wspólnik starego Kellera, odsiaduje wyrok za spowodowanie śmierci dwudziestu jeden pilotów, którzy zginęli z powodu wadliwych części produkowanych w fabryce Keller & Deever. Joe Keller został uniewinniony przez sąd drugiej instancji, ale nie wszyscy wierzą w jego niewinność. Choć wiele osób by chciało…

Joe Keller Adama Ferencego to człowiek dobiegający wieku emerytalnego, stary i zmęczony. Wszystko, co robił przez całe życie, robił z myślą o rodzinie, o synach. Wydaje się, że pogodził się już ze śmiercią pierworodnego, mimo że nie odnaleziono jego ciała. Chciałby teraz przekazać swój dorobek młodszemu, marzy o tym, żeby syn pozostał w miasteczku, żeby został jego wspólnikiem. Tym samym uzależnia Chrisa od siebie, szantażuje go emocjonalnie.

Takie projektowanie przyszłości dzieciom nie zawsze się jednak udaje – jeśli nie przyjmują daru, rodzicom świat się wali, pozostaje żal, pustka, rozczarowanie. Chris (Mateusz Weber) czuje tę presję, próbuje działać samodzielnie, tymczasem jest marionetką w rękach rodziców. Bo i matka (Halina Łabonarska) nie pozwala mu się usamodzielnić, każe czekać na brata. Ona jedna wierzy, że starszy syn wróci, że cuda się zdarzają, że przecież Bóg nie pozwoliłby na taką tragedię. Zabrania cokolwiek zmieniać (co tydzień pastuje buty syna, wietrzy jego ubrania…), nie przyjmuje do wiadomości, że syn nie żyje. I nie pozwala innym zaakceptować tego faktu (każe czekać niedoszłej synowej na powrót narzeczonego). Rozpaczliwie szuka potwierdzenia swoich przeczuć, radzi się nawet astrologów. Będzie czekać na syna do końca życia. Czy jednak ma prawo wymagać tego od innych? Halina Łabonarska stworzyła taką matkę, której współczujemy, ale i której się boimy. Matkę rozpaczającą, mimo że od dnia zaginięcia syna minęło kilka lat, matkę walczącą o pamięć o synu, matkę wsłuchaną w swoje cierpienie, matkę, która zapomina, że został jej jeszcze młodszy syn. Syn, który czuje się zepchnięty na margines, który przez wzgląd na pamięć brata nie może decydować o swoim życiu…

W pierwszych minutach spektaklu Mateusz Weber w roli Chrisa wydaje się źle obsadzony, jakiś za delikatny, rozedrgany, gapowaty nawet. W miarę rozwoju akcji, kiedy poznajemy sytuację Kellerów, inaczej go widzimy. Młodszy brat Larry’ego Kellera od lat dźwiga piętno syna, który pozostał, dziecka, którego żaden uczynek nie dorówna legendzie brata stworzonej przez matkę… Na pewno nie łatwo tak żyć. Chris miota się po scenie, krzyczy, walczy o siebie, a my już wiemy (czy on też się tego domyśla?), że dopóki ta legenda będzie trwała, nic się nie zmieni. A chciałby przecież pokazać, kim jest i ile jest wart. Z wystraszonego chłopca Mateusz Waber powoli przeradza się w mężczyznę, który wprawdzie nadal trochę się boi, ale bierze już odpowiedzialność za własne życie. Ma też siłę, żeby zmierzyć się wreszcie z odpowiedzialnością ojca za tragedię sprzed lat, a także z odpowiedzialnością za ojca wobec rodziny jego dawnego wspólnika. Zwłaszcza wobec ukochanej Anny. Jak zachować się w obliczu win najbliższych? Czy można nadal kochać ojca mordercę? Czy jeśli rodzic uchyla się od odpowiedzialności, można czuć się zwolnionym z czwartego przykazania? A jak uchronić się od napiętnowania przez otoczenie, jak spojrzeć w oczy sąsiadom? Czy ponieść winę ojca? Kiedy zły uczynek przekreśla szacunek, którym dotychczas darzyliśmy rodzica?

Reżyser przyciął dramat Millera, pozostawiając jedynie główny wątek, który śledzimy z zapartym tchem, mimo że w warstwie fabularnej niewiele się dzieje. To świetny przykład teatru, w którym najważniejsza jest rozmowa. Teatru wychodzącego od słowa i na słowie opierającego sens inscenizacji, którą – jak w tym przypadku – idealnie dopełniają inne elementy rzeczywistości teatralnej: muzyka (Piotr Łabonarski znakomicie wyczuł tekst, jego muzyka podkreśla niektóre sceny, nie zagłusza), scenografia i kostium (Aneta Suskiewicz znalazła ciekawy sposób, żeby nawiązać kostiumami do epoki Arthura Millera, a jednocześnie wyzwolić bohaterów z prawdy czasów).

Wawrzyniec Kostrzewski przekształcając Wszystkich moich synów w uniwersalną tragedię, która może dotknąć każdego z widzów, postawił na scenie także nieodłączny w tragedii antycznej „chór”. Rolę tę powierzył Krzysztofowi Szczepaniakowi, młodemu aktorowi, który z właściwą sobie delikatnością wprowadzając nas w sytuację, komentując wydarzenia czy zwieszając na koniec smutno głowę w pięknej pieśni, nie pozawala zapomnieć, że oto jesteśmy świadkami tragicznej historii rozgrywającej się w naszym domu albo w domu sąsiada (świetny pomysł z mikrofonem dającym złudzenie dystansu). Przyjrzyjmy się dobrze wszystkim uczestnikom tej opowieści i spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak byśmy się zachowali, gdyby przyszło nam mierzyć się z takimi dylematami. Nie bójmy się, to przecież tylko teatr…

 

Marzena Dobosz

 

WSZYSCY MOI SYNOWIE Arthura Millera, Jacek Poniedziałek, reż. Wawrzyniec Kostrzewski, scenografia Aneta Suskiewicz, muz. Piotr Łabonarski, asystent reż. Julian Potrzebny, obsada: Adam Ferency (Joe Keller), Halina Łabonarska (Kate Keller), Mateusz Weber (Chris Keller), Martyna Kowalik (Anna Deever), Piotr Bulcewicz (George Deever), Krzysztof Szczepaniak (Bert); Scena na Woli Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy (Scena na Woli), premiera 12 grudnia 2014

Dodaj komentarz