Samozwaniec zadbała o PR starszej siostry

Z Rafałem Podrazą, dziennikarzem, badaczem losów rodziny Kossaków o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej rozmawia Zuzanna Talar

Na podstawie pana książki „Wojnę szatan spłodził” w Teatrze Polskim w Warszawie powstaje spektakl o Marii Pawlikowskiej–Jasnorzewskiej w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza – „Lilka. Cud miłości”. Przedstawienie jest studium dziennika, który – z tego, co wiem – poetka chciała zachować dla siebie. Pan wbrew jej woli zdecydował się go wydać. Dlaczego?

Dziennik Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej to przede wszystkim zapis jej umierania. Niezwykle cielesne, dramatycznie, ludzkie. Poetka umierała w wielkim cierpieniu, na raka szyjki macicy. Na wydanie tych intymnych zapisków wpierw nie zgodził się jej mąż, a potem siostra – Magdalena Samozwaniec, robili to być może dlatego, że poza dokumentowaniem aktu umierania, Pawlikowska-Jasnorzewska ukazała prawdziwe oblicze życia Polaka na emigracji. W dzienniku jest wiele goryczy, wiele zarzutów wobec rządu emigracyjnego, tamtejszych struktur wojskowych. Samozwaniec bała się, że dziennik Marii może obrócić się przeciwko niej. Polska Ludowa bardzo chętnie wykorzystałaby go w walce z legendą Sikorskiego i rządu londyńskiego.

Gdy natrafiłem na dziennik, zacząłem zadawać sobie pytanie, czy NA PEWNO nikt inny nie powinien go czytać… Czy rzeczywiście POWINIENIEM uszanować wolę autorki. Niedługo wygasają prawa do literackiej spuścizny Polskiej Safo, po ich wygaśnięciu, nie będę mógł ich bronić. Czułem, że jeśli miałbym kiedykolwiek opublikować dziennik, to właśnie teraz, nim dostanie się w nieodpowiedzialne ręce i wycięte z kontekstu zdania będą szokować w kolorowych gazetach.

Zapiski pokazałem koleżance, która wygrała z rakiem szyjki macicy. Po ich przeczytaniu kategorycznie stwierdziła, że muszą się ukazać, jej zdaniem wszystkie kobiety koniecznie powinny je przeczytać. Nie spotkała się bowiem do tej pory z niczym, co miałoby większy wydźwięk profilaktyczny – TA Jasnorzewska, ta od poezji miłosnej, miała raka – nawet JEJ się to przytrafiło. Więc: „Kobiety, badajcie się!”.

Uznałem, że ten argument całkowicie mnie rozgrzesza i dzienniki mogę i muszę wydać. Tak powstała książka „Szatan wojnę spłodził”. Zdecydowałem też, że 1% z każdej sprzedanej książki trafiać będzie do Ogólnopolskiej Organizacji Kwiat Kobiecości, która walczy z rakiem szyjki macicy i jajnika.

„Wojnę szatan spłodził” to książka trudna, uprzedzam o tym swoich czytelników we wstępie, ale i taka literatura jest potrzebna.

 

Zamysłem twórców spektaklu jest ukazanie nie tylko lirycznego człowieka, poetki miłości, erotyków, z czym przez sięgających po poezję jest kojarzona, ale człowieka w całej swojej złożoności. Kobiety o trudnej, niepowszedniej osobowości. Jaki Pana zdaniem wyłania się z tego obrazu człowiek?

 

To była kobieta trudna do zdefiniowania, wymykająca się jakimkolwiek schematom. Im bardziej zagłębiam się w twórczość Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, tym mocniej widzę jak bardzo jest niejednoznaczna. Dziś zupełnie inaczej odbieram jej wiersze.

 

A jaki z tego spektaklu wyniknie człowiek?

 

Ci, którzy znali Marię, wspominają, że potrafiła być samolubna i kąśliwa. Rodzice rozpieszczali ją i wszystko jej wybaczali z powodu jej drobnej ułomności (miała obniżoną jedną łopatkę). Dlatego była egocentryczna i próżna. Miała, jak określają to dzisiaj psycholodzy, typowe wady ludzi ułomnych. Wszędzie węszyła spisek, co zupełnie nie konweniuje z jej twórczością.

 

Ja czytałam, że była pełna wdzięku i wręcz słynęła z uprzejmości…

 

Tak, to była kobieta o niejednej twarzy. To widać i w innych okolicznościach. Z wierszy, które pisała podczas emigracji wyzierał strach przed wojną, co wcale nie przeszkadzało jej zamartwiać się, że ma dziurawe pończochy, niezrobione paznokcie… Te zapiski są tak nierealne, że aż zaskakujące. Wojna odebrała Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej poczucie rzeczywistości, mam wrażenie, że żyła w zupełnym od niej oderwaniu.

 

Zaprzeczała strachowi zajmując się błahostkami…

 

Tak. W czasie, gdy pielęgniarki przygotowywały ją do operacji wycięcia zaatakowanych przez nowotwór narządów, zastanawiała się, jak wygląda i czy aby na pewno dobrze… Musiała czuć się elegancka i zawsze „zrobiona”.

 

W przedstawieniu kilka aktorek gra jedną Marię. Każda z nich ukazuje jakąś jej skomplikowaną cząstkę…

Początkowo nie byłem przekonany do pomysłu reżysera, by w przedstawieniu wyraźnie podzielić twórczość starszej Kossakówny na etapy, by nadać jej twórczości kilka twarzy. Kiedy jednak poznałem obsadę spektaklu, zaufałem. W moim odczuciu z Marią Pawlikowską-Jasnorzewską winni mierzyć się najznamienitsi artyści, a Magdalena Zawadzka, Joanna Żółkowska, Krystyna Tkacz to dojrzałe aktorki, znakomite nazwiska. Myślę, że trzeba najpierw coś przeżyć, czegoś doświadczyć, by wziąć się za wiersze Marii. Ale w spektaklu jest też miejsce dla młodziutkiej „Lilki” – gra ją Paulina Holz.

 

Poezja to tworzywo szczególnie intymne. Czy nie lepiej przeżywać ją w odosobnieniu, skupieniu, aniżeli w teatrze?

 

Myślę, że bardzo dobrze się stało, że ta poezja będzie na ludzi działać właśnie z desek teatru. Może dobra literatura nie porywa dzisiaj tłumów, ale na „Lilkę. Cud miłości” przyjdą raczej wybrani, wysublimowani, którzy wiedzą, po co przyszli…

O książce mówi się przez chwilę, potem ginie w natłoku kolejnych tytułów, spektakl będzie miał większą siłę rażenia. A widzowie chętnie – tak mi się zdaje – sięgną po książkę. Wiem, że przedstawienie będzie „jeździło” po Polsce, już są pierwsze zaproszenia. Informacja o książce „Wojnę szatan spłodził” i tej nieznanej Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej dotrze więc do wielu ludzi.

A może ten spektakl przywróci modę na Jasnorzewską?… Bardzo bym tego chciał, bo dzisiaj – co może wydać się dziwne – zapomina się o niej. W kanonie wybitnych polskich poetów widzę coraz mniej klasyków gatunku…

 

Po biografie i poezję Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej ludzie jednak sięgają… W tym roku wydał pan trzy książki jej dotyczące i każda miała dodruki…

 

Nie były to tylko książki o Marii, a o Kossakównach. Ale fakt, Magdalena Samozwaniec zadbała o – mówiąc dzisiejszym językiem – PR starszej siostry, gorzej o swój. O nią postanowiłem powalczyć ja. Udało się. Kossakówny (Maria, Magdalena i Zofia) wydawane są cały czas. Każda ma swoje miejsce w literaturze. Mówi się nawet, że Zofia jest najwybitniejszą pisarką historyczną, Maria najwybitniejszą poetką miłosną, a Samozwaniec najwybitniejszą satyryczką XX wieku. Giną jednak pod milionem tytułów pełnych tandety i grafomanii.

 

Widać w utworach Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej bardzo wyraźny wpływ jej osobistych przeżyć. Można by powiedzieć, że wręcz wynikają one z prywatnego życia…

 

Wiersze Marii są obrazem jej kondycji wewnętrznej. Czas Pawlikowskiej zaowocował poezją miłości, w różnych jej wymiarach. Tworzyła wtedy w poczuciu bezpieczeństwa, w rodzinnym domu – Kossakówce, w Krakowie. Była po pierwszym rozwodzie, który nie szczególnie ją obszedł, bo małżeństwo z Bzowskim było raczej próbą udowodnienia sobie, że mimo swej wady jest atrakcyjna.

 

Jak na tamte czasy miała już swój wiek…

 

Fakt, 24 lata to wówczas staropanieństwo albo klasztor, rodzinie musiało zależeć, by Maria wyszła za mąż. Dopiero potem przyszła wielka miłość – Jan Gwalbert Henryk Pawlikowski – niestety, to uczucie zabiło pojawienie się nieślubnego dziecka Jana. Maria odeszła od męża. Trzecie małżeństwo z młodszym o dziesięć lat kapitanem lotnictwa – Stefanem Jasnorzewskim uratowało poetkę i kobietę. Potem emigracja, wojna i piekielny strach, śmierć ukochanych rodziców i ta do dziś straszliwa choroba – rak. Z lirycznej Pawlikowskiej, Maria stała się ostrym krytykiem polskiego rządu i bólu życia na emigracji, by przeistoczyć się w niewyobrażalnie dosłownego, niemal cielesnego kronikarza swojego umierania. Trudno mi uwierzyć, że znajdowała siłę, by pisać w tym strasznym cierpieniu. Mam głębokie przekonanie, że dziennik był dla niej terapią.

 

To było umieranie na raka w innych czasach…

 

Tamten ból miał zupełnie inny wymiar. Myślę, że takie odchodzenie i dla niej i dla kochającego męża odczuwalne było w sposób szczególnie dramatyczny. Po śmierci Jasnorzewskiej mąż zachowywał się, jak gdyby nadal żyła, jakby tylko gdzieś na moment wyszła. Magdalena Samozwaniec w swoich listach pisze, że funkcjonował, jakby tej śmierci nie było. Madzia spotkała się z nim w 1970 roku, kiedy pisała książkę o siostrze – „Zalotnicę niebieską”. Prosiła go o materiały. Niczego nie dostała. Przekazał jej tylko broszkę i kilka listów. Kiedy umarł, jego siostra, w tapczanie znalazła wiele więcej listów Marii. Sprzedając je w 1986 roku Muzeum Literatury, dokonała swoistej cenzury. Pocięła je, przez co straciły kontekst, a nawet sens. Wielokrotnie na nową kartkę przyklejała to, co uznała, że się nadaje.

 

Napisała nowy list…

 

Tak. Tak więc to, że mogłem odtworzyć dzienniki jest zasługą przyjaciółki Magdaleny Samozwaniec, pani Lisiewicz, która przyjaźniła się też z Jasnorzewskimi. W latach sześćdziesiątych zrobiła odpis dziennika, pomijając drastyczne elementy i wysłała zapiski do Warszawy. Z tego, co mamy w Muzeum Literatury, z tych wyrwanych z kontekstu fragmentów, książka nigdy nie mogłaby powstać.

 

Zastanawia mnie, dlaczego Jasnorzewska pozostała przy nazwisku Pawlikowska po rozwodzie z Pawlikowskim. Czy to z prozaicznej potrzeby bycia łączoną z dotychczasowym dorobkiem?

 

Jasnorzewska nie podpisywała się w ten sposób. Po rozwodzie z Pawlikowskim wróciła do panieńskiego nazwiska i podpisywała się Kossak. Tylko przez pewien czas w nawiasie dodawała Pawlikowska. Kiedy wyszła za mąż za Jasnorzewskiego, jego nazwisko dodała do Kossak. W „Wojnę szatan spłodził” na pierwszej stronie jest właśnie jej podpis – Maria Kossak – Jasnorzewska.

Powód, dla którego pojawiają się oba jej nazwiska jest wyłącznie marketingowym zabiegiem. Niektórzy, po wojnie, szukali w bibliotekach tomików wierszy Pawlikowskiej, inni zaś Jasnorzewskiej… Na Zjeździe Literatów w Szczecinie, w 1949 roku, spytano Samozwaniec, czy zgodziłaby się na połączenie obu nazwisk. Tak powstała „Maria Pawlikowska – Jasnorzewska”.

 

Dziękuję za rozmowę

Dodaj komentarz