Laureaci BOYA: Janusz Gajos. Ludzie, jacy są

W cyklu LAUREACI BOYA przedstawiamy sylwetkę Janusza Gajosa pióra Elżbiety Baniewicz. Tekst pochodzi z anglojęzycznej książki Boy Award Winners, 2001-2011 opublikowanej przez Polską Sekcję IATC/AICT/Klub Krytyki Teatranej SD RP (Warszawa 2012):

Smak popularności poznał wcześnie, gdy jako student łódzkiej szkoły filmowej zagrał w serialu Czterej pancerni i pies. Czerech przystojnych zawadiaków z czołgu „Rudy” stało się bohaterami masowej wyobraźni. Prawie każdy chłopak chciał być taki, jak jasnowłosy opiekun wilczura Szarika, a niemal każda dziewczyna spotkać w życiu Janka, jakiego stworzył na ekranie Janusz Gajos. Aktor czasami musiał uciekać przez podwórka, skakać przez płoty, by go wielbiciele nie rozszarpali… z miłości. Ale gdy z końcem lat sześćdziesiątych zamieszkał w Warszawie telefon milczał dwa lata z okładem. Żadnych propozycji. To druga strona popularności, mniej przyjemna. Kolega reżyser powiedział kiedyś – dałbym ci rolę Kordiana, ale co zrobimy z psem?

 

Janusz Gajos, zamiast biadolić na zły los, zaczął grać w komediach, a także występować w kabaretach, objeżdżając z nimi kraj i zagranicę. Przeszedł doskonałą szkołę zawodu, ponieważ komedia jest tym, co w profesji aktora najtrudniejsze. Wymaga doskonałej techniki, błyskawicznej reakcji i matematycznej precyzji w stosowaniu efektów słowno-sytuacyjnych, gdy akcja toczy się wartko, jej zwroty są zwykle gwałtowne, a pointy nie można przegapić. I nie na końcu, trzeba panować nad emocjami widzów, by śmiali się pod dyktando aktora.

Z warszawskiego Teatru Kwadrat po kilku latach Gajos trafił do telewizyjnego purnonsensowego poetyckiego kabaretu Olgi Lipińskiej. Postać woźnego w bereciku, kufajce i gumiakach zrosła się z aktorem na tyle, że nawet lekarz po narkozie mówił – Obudź się panie Turecki! Raz udało się aktorowi pokonać Janka z Pancernych, czyli „najsławniejszą ikonę PRL-u”, ale wydawać by się mogło, że „najsłynniejszy woźny PRL-u”, do końca życia aktora nie opuści. A jednak nie. Coraz częściej grywał w filmach i to postacie bardzo ciekawe: schizofrenika, syna zagorzałej komunistki w Wahadełku Feliksa Bajona, chłopka-roztropka w poetyckich filmach Andrzeja Kondratiuka, w Teatrze Telewizji. Po emisji spektaklu Mgiełka polskie kobiety bez względu na wiek, stan cywilny, ilość tak zwanych „przejść”, czy status materialny zobaczyły w młodym naukowcu, Miltonie, ideał mężczyzny: czuły, ciepły, pełen charme’u, dobrze wychowany, opiekuńczy i… śmiertelnie zakochany. Aktor trafił tu bezbłędnie w ton bardzo ludzki i bardzo potrzebny. Mówi się, że sztuka niesie nadzieję i pozwala rozumieć własne życie. W tym kameralnym spektaklu Gajos pokazał się jako nie tylko doskonały aktor, ale i człowiek rozumiejący przestrzeń ludzkich marzeń, samotności, powikłanych losów, a nade wszystko potrzebę miłości.

Janusz Gajos spędził następnie kilka lat w Teatrze Dramatycznym. Po odebraniu dyrekcji Gustawowi Holoubkowi, gdy zespół się rozpadł, aktor został zaproszony przez Zygmunta Hübnera do Teatru Powszechnego, gdzie stał się gwiazdą pierwszej wielkości. Grywał różne role: w jak z życia wziętej Ławeczce Aleksandra Gelmana i w filozoficznej komedii Bogusława Schaeffera Tutam, obie w duecie z Joanną Żółkowską. W klasycznej, wierszowanej komedii Mąż i żona Aleksandra Fredry i w Makbecie Williama Szekspira tym razem z Krystyną Jandą. Z Joanną Szczepkowską grał w Czechowowskim Wujaszku Wani i w telewizyjnym Keanie Aleksandra Dumasa i Jean Paule Sartre’a. Ze Zbigniewem Zapasiewiczem grał w Baalu Bertolta Brechta, a z Franciszkiem Pieczką w Simpatico Sama Sheparda, a z Władysławem Kowalskim Koczkariewa w Ożenku Mikołaja Gogola. Słowem, żadna gwiazda ani męska, ani damska mu nie straszna, w każdych okolicznościach potrafi na scenie zaistnieć i budzić ciekawość. Nawet w formie wyjątkowo trudnej, czyli monodramie, jak to miało miejsce w przypadku Jana z Mszy za miasto Arras na podstawie powieści Andrzeja Szczypiorskiego i w quasi-monogramie, jakim był Swidrygajłow wg Zbrodni i kary Fiodora Dostojewskiego. Nie bez powodu był gwiazdą Powszechnego, spektakle z udziałem Gajosa, tu warto przypomnieć jego Fouchego z Kolacji Jean Claude Brisville’a, Nosa w Weselu Stanisława Wyspiańskiego przyciągały publiczność jak magnes. Dyrektor Hübner takich aktorów nazywał hakami, bo na nich się trzymał cały repertuar.

Tak samo jest dziś w Teatrze Narodowym, gdzie pracuje od ośmiu lat; sztuki z jego udziałem – Narty ojca świętego Jerzego Pilcha, Władza, Miłość na Krymie Sławomira Mrożka, Dozorca Harolda Pintera mają zapewnione powodzenie. Widzowie przychodzą obejrzeć nie tak modne dziś dekonstruowanie dawnych tekstów, lecz Janusza Gajosa; oglądany tu i teraz potrafi sprawić, że serce bije żywiej, a myśli krążą po głowie intensywniej. Dlaczego? Najprościej powiedzieć, że ma talent, że posługuje się bezbłędnym wyczuciem sceny i mistrzowską sztuką transformacji. Każda z postaci stworzonych przez niego na scenie ma jeszcze wdzięk, ludzkie ciepło i coś, o czym się mówi rzadko, poczucie prawdy, miary ludzkich zachowań. O tym jak doskonale włada głosem już nie wspomnę, bo niby ta umiejętność należy do techniki, ale rzadko który aktor posiadł ją choćby w podobnym stopniu.

Janusz Gajos szerokiej publiczności jest znany w dziesiątków ról filmowych i w Teatrze TV. Lubi go kamera, a zwłaszcza reżyserzy, ponieważ wnosi na plan twórczą energię: zmienia papierowe dialogi, wymyśla sytuacje, ujęcia, co nadaje jego postaciom ów niepowtarzalny rys charakteru. Czy to będzie Sędzia w Piłkarskim pokerze, emigrant ze Szczęśliwego Nowego Yorku z filmów Janusza Zaorskiego, Cenzor w Ucieczce z kina wolność Wojciecha Marczewskiego, Ojczym młodej dziewczyny w Dekalogu, postać niedoszłego samobójcy w Białym Krzysztofa Kieślowskiego, tytułowy Mateusz Bigda w spektaklu telewizyjnym Andrzeja Wajdy, albo Cześnik z jego filmowej Zemsty Aleksandra Fredry – będą to postacie pokazane niebanalnie, prawdziwe, bez względu na to, czy należą do przeszłości, czy do współczesności, czy mówią wierszem, prozą, kalekim językiem cudzoziemca, slangiem, albo językiem ulicy lub bandytów pełnym przekleństw.

Na pewno przełomowym momentem jego kariery była rola Ödöna von Horvàtha w Opowieściach Hollywoodu Christophera Hamptona, w spektaklu Kazimierza Kutza, z którym później często pracował. Wielu zobaczyło, że Gajos potrafi więcej, niż się po nim spodziewano; wyzwolił się tym samym, po dwudziestu latach (sic!) z szufladki komediowej. Opowieści… to wspaniała, obfitująca w wiele groteskowo-tragicznych sytuacji, historia z życia sławnych pisarzy, którzy po dojściu do władzy Hitlera w 1933 roku, zostali zmuszeni do opuszczenia ojczyzny, albo sami wybrali emigrację. Thomas i Heinrich Mannowie, Bertolt Brecht, Lion Feuhtwanger, Herman Broch, Franz Werfel, jak wielu innych artystów znalazło schronienie podczas ostatniej wojny w Ameryce. Historia kilku trudnych lat, kiedy wybitni twórcy zostali zatrudnieni w hollywoodzkich wytwórniach filmowych jako scenarzyści, została opowiedziana przez węgiersko-niemieckiego pisarza. Janusz Gajos w roli Ödöna narratora ma ciepło i wdzięk, zarówno gdy relacjonuje zdarzenia, jak i wtedy gdy bierze w nich udział. Jednocześnie zdradza ton wyrozumiałej, acz bezwzględnej ironii, powodującej, że wszystkie postacie, jakie go otaczają, mierzy najzwyklejszą miarą – ludzkiej przyzwoitości. Dzięki temu ukazują się one nie tyle w krzywym zwierciadle, ile w proporcjach, mierzonych skalą sumienia. A że są to prawdziwe postacie wielkich pisarzy w prawdziwych okolicznościach, tym rzecz bardziej przejmująca. Ich codzienne zachowania często kompromitują zapisane w wielkich dziełach idee albo przeciwnie, ujawniają heroizm postawy moralnej wbrew biedzie i poniżeniu, jakiego w czasie emigracyjnej tułaczki trudno byłoby się spodziewać. W rozmowie z kochanką Ödön, śmiesznym językiem emigranta uczącego się mówić w obcym języku mówi o swoich sztukach – Ja piszę o zwyczajnych ludziach, jacy są dziwaczni. Piszę o życiu, jakie ono żałosne jezd. Piszę o biedakak, o ignorantak, o ofiarach społeczeństwa, specjalnie kobietak. Lewicowcy zawsze atakują. Mówią: łatwy pesymizm. Tylko oni kochają lud, ale żadne ludzie nie znają. Ja znam ludzie. Znam, jak okropne są, ale i tak ich lubię. I także się okazuje, że moje sztuki były za mało pesymistyczne. Dążenie do pokazania, jacy ludzie są, a nie, jacy być powinni, towarzyszy aktorowi zawsze, nie tylko w tej roli, być może dlatego odniósł nią tak wielki sukces.

Warto tu przypomnieć inne role stworzone we współpracy z Kazimierzem Kutzem, reżyserem z jego rodzinnego Śląska, z którym się tak doskonale rozumieją. Choćby Jana Sebastiana Bacha z Kolacji Paula Barza, pełnego kompleksów, zazdrości, wręcz obrzydzenia wobec Haendla biednego kantora, który w harmidrze dzieci rozwiązywał problemy kompozycji. Twórcy świadomego swej wartości, któremu świat skąpi uznania i pieniędzy, gdy jego konkurent, Haendel, człowiek zły i rozpustny zażywa dóbr tego świata w nadmiarze, bo też jest utalentowany. Następnie Siemiona Siemionowicza Podsiekalnikowa z Samobójcy Mikołaja Erdmana – skromnego inteligenta obdarzonego tragiczną świadomością, którego rewolucja zmiotła z właściwego duktu historii i uznała za przedstawiciela klasy zbędnej. Człowieka, który nie mogąc pojąć swego losu upija się w trupa na bankiecie, a towarzysze znajdując go na drodze postanawiają wyprawić pogrzeb. W czasach Erdmana to, co pomyślał człowiek żywy, mógł powiedzieć tylko martwy, więc Podsiekalnikow jako niedoszły samobójca mówi, co myśli o najpiękniejszym ustroju klasy robotniczej. Kolejna doskonała rola Janusza Gajosa, złożona z elementów realizmu i groteski wypełniających pustkę życia bohatera w realnym socjalizmie, gdzie masa i klasa są wszystkim, jednostka niczym.

Oglądając bohaterów Gajosa ma się poczucie, że świat normalnieje, że można przeżyć życie przyzwoicie, bez zbędnych słów i deklarowanego patosu, za to kierując się zwykłą ludzką przyzwoitością. Zarówno zachowania, jak i wybory jego bohaterów są zrozumiałe, prawdziwe i wcale nie banalne. To, w jaki sposób mierzą się z losem, jak reagują na konkretne sytuacje, uświadamiają, iż każdy z nas, widzów, może zdobyć się na gest ocalający godność, przywracający, choćby na chwilę, poczucie harmonii ze światem.

Po emisji Opowieści Hollywoodu zaczęto mówić, że Gajos znalazł sposób grania pisarza, osoby obdarzonej u nas przynajmniej szczególną rola i posłannictwem budzenia sumień i prowadzenia dusz, przeciw czemu on sam dość stanowczo oponuje. Zagrać pisarza jest bardzo trudno, gdyż coś takiego nie istnieje. Nigdy się nie przejmuję tym, czy gram pisarza, lekarza, hydraulika, ponieważ zawsze gram człowieka. Jeśli z faktu uprawiania zawodu wynikają jakieś konsekwencje, to zwykle są one zapisane w tekście. Aktor szuka prawdziwych problemów – jaki to człowiek? jak reaguje? jak odbiera świat? To jaki bohater uprawia zawód jest rzeczą drugorzędną.

Na pewnym etapie pracy, gdy myśli się o tekście, uruchamiają się bardzo prywatne odczucia, ocena postaci, uznanie jej za bliską sobie, lub zupełnie odległą. Dzieje się to wówczas, gdy próbuję sobie wyobrazić daną postać, jak wygląda, jak się rusza, jak się odnosi do świata. Później jest poszukiwanie formy, czyli tego, z jakich elementów tę postać trzeba skleić w całość. To jest działanie prawie matematyczne, nie ma w tym niczego z przeżywania, bo jeśli aktor będzie płakał nad losem postaci, to z niego się będą śmiali widzowie. Aktor ma tak działać, wymyślić taką formę, taki zestaw środków wyrazu, by widownia się śmiała, cierpiała, współczuła postaci. Zatem nigdy nie gram siebie, swoich odczuć, myśli, przekonań, uczuć, tylko nieistniejącą, wymyśloną postać, zatem jej uczucia, myśli itd. Ja sam nie mam potrzeby skupiania na sobie uwagi, przemawiania we własnym imieniu, interesujące mają się wydawać moje postacie.

*Janusz Gajos o sobie

Odbieranie nagród, tłum ludzi, dziennikarze, wywiady, to wszystko jest efektowne, widowiskowe, a nawet przyjemne. Poszukiwanie najlepszych rozwiązań jest trudne, żmudne i nieuchwytne. Genialny pomysł może przyjść do głowy podczas porannego golenia, w czasie jazdy samochodem. Wszędzie. To właśnie najlepsze chwile mojego zawodu – gdy się coś sensownego znajdzie i to się sprawdza. Wtedy nie myśli się o sukcesie, tylko odczuwa radość z obcowania z istotą rzeczy. Czy wyniosłem to z domu? Zapewne. Matka, bardzo zasadnicza, religijna, ale zarazem tolerancyjna nie znosiła krętactwa i kłamstw. Zawsze nam powtarzała, że jeśli się już coś robi, trzeba to robić dobrze. Prowadziła dom oparty o proste sprawdzalne wartości. Wiadomo było bez zbędnych słów, co jest dobre, a co nie, co się należy, a co się nie należy. Matka wpoiła mi przekonanie, że jeśli już coś robię powinienem wiedzieć po co, że to musi mieć sens.

O Januszu Gajosie

Tadeusz Łomnicki: Po emisji Opowieści… do Kazimierza Kutza zadzwonił Tadeusz Łomnicki. „Kaziu, czy ty wiesz kto to jest Gajos?” – „Nie, co się stało? To ty nie wiesz? Gajos to jest wieeeeelki aktor!!! – tubalnym głosem padła odpowiedź. Nie trzeba dodawać, że uznanie kolegów jest najcenniejsze, bo najtrudniej je zdobyć.

Janusz Skwara: Gajos, taki, jakim go znamy z ostatnich lat, to aktor o niesłychanej wyrazistości i sile komicznej, gra swoje dawne postaci, na które teraz jakby patrzył z dystansu – z niedowierzaniem, że to jest on, a nie kto inny. Rodzi się w ten sposób drugie „dno” jego kreacji, parodystyczne, złośliwe i satyryczne w stosunku do pierwowzoru.[…] Gajos przezwyciężył naiwny wdzięk Janka Kosa, jest aktorem dojrzałym, który jeszcze niejedną niespodzianka może nas zaskoczyć. („Ekran” 1984 nr 4)

Grzegorz Sinko: Teatr czasów Nerona Edwarda Radzińskiego stał się w telewizji przedstawieniem należącym do Gajosa („Teatr” 1988 nr 8).

Elżbieta Baniewicz: Janusz Gajos w roli Rittera [Miłość na Madagaskarze Petera Turriniego] stworzył nie tylko przejmujące studium ludzkich zahamowań i samotności. Pokazał także siłę marzeń zdolnych zmienić rzeczywistość. Zachwycająca była jego umiejętność bycia w wielu wymiarach naraz. Owo przechodzenie z jednego wierzchołka roli na drugi albo inaczej z piętra snu na inne piętro świadomości albo na parter rzeczywistości. Gajos poruszał się w tych planach swobodnie, nie zmieniając kostiumu, przenosił swego bohatera w świat marzeń a potem w świat rzeczywisty. Udało mu się coś wyjątkowego, niezauważalne, a jednocześnie wyraźne pokonywanie różnych pasm świadomości bohatera, splecenie włókiem roli tak organicznie, by widz miał poczucie, że bohater ucieka przed swą nędzną egzystencją w świat marzeń, że to one stają się jego właściwym życiem. Jakby Ritter istniał we śnie albo się sobie śnił. A to jest szczytem zawodowej biegłości, absolutnego mistrzostwa”. ( „Janusz Gajos – Nie grać siebie)

Hanna Baltyn: Fenomen aktora. Polega on na tym, ze znakomity aktor podając tekst, dodaje mu cząstkę własnej wielkości. Janusz Gajos przedstawia nam tekst tak, jakbyśmy go sami nie potrafili odczytać, prosto, bez fałszywej retoryki, ale i bez ogrywania sytuacji, o których mówi. („Życie Warszawy” 1994 nr 219)

Paweł Głowacki: Zaczęło się wszystko, by tak rzec niewinnie. Rzeczywiście. Jednemu z obywateli Arras padł koń. Tylko tyle. Bywa, że rzeczy przedziwne rodzą się z drobiazgów, których nikt nawet nie zauważa. Później niczego już nie da się odwrócić. Padł koń, po czym rozpętało się piekło. Wokół Arras zacisnęła się pętla totalitaryzmu.[…] Może właśnie ten gorzki stan rzeczy, kiedy ktoś mówi do nas, jak dziad do obrazu, wiedząc doskonale, że i tak musimy – jakby co – przejść po jego śladach. Od pychy intelektu do jego skromności. Że i tak żadnych nauk z tej opowieści nie wyciągniemy, bo nie możemy. Może dlatego ten gorzki spektakl pozostaje. Przedstawienie, w którym widać stare, zmęczone oczy mądrego człowieka. Zmęczenie spływa z rozczarowanego sobą mózgu. Na koniec nic innego nie pozostaje, jak tylko podziękować Januszowi Gajosowi . Rzadko się zdarzają role tak wspaniale dyskretne. („Dziennik Polski” 1996 nr 21)

***Biogram

Janusz Gajos (ur. 23 września 1939 roku w Dąbrowie Górniczej), aktor. Dzieciństwo spędził w Zabrzu, ale liceum skończył już w Będzinie, dokąd przeniosła się rodzina. Maturę otrzymał w 1957 roku. Do łódzkiej Szkoły Filmowej dostał się dopiero za czwartym razem. Egzamin zdawał w mundurze, ponieważ dostał przepustkę z wojska, gdzie odbywał służbę. Przez dwa lata, przygotowując się do egzaminów do szkoły aktorskiej, pracował jako lalkarz w Teatrze Dzieci Zagłębia Jana Dormana. I jak mówi, tam poznał nie tylko pracę aktora od kulis, ale najważniejsze, obserwując lalki i samemu je prowadząc, nauczył się formy. Układ ciała drewnianej lub szmacianej lalki mówi o tym, w jakim jej postać jest stanie, co myśli, jak odczuwa świat. Głos aktora zza parawanu, jest niejako dopowiedzeniem tej formy. Aktor musi sobie wypracować na użytek każdej roli formę, czyli sposób fizycznego istnienia danej postaci.

Debiutował podczas studiów w rolą Pietrka w filmie Marii Kaniewskiej Panienka z okienka (1964) wg powieści Deotymy. Z końcem studiów podjął pracę nad rolą Janka Kosa w kultowym serialu Czterej pancerni i pies, co przyniosło mu wielką popularność. Pięć sezonów spędził w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, następnie pracował w warszawskich teatrach Polskim, Kwadrat, Dramatycznym i Powszechnym. Od ośmiu lat jest w zespole Teatru Narodowego w Warszawie.

W roku 1974 został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi za całokształt twórczości. Na IV Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych dostał Nagrodę Aktorską za rolę Józefa Mikuły w filmie Milioner w reżyserii Sylwestra Szyszko, a pięć lat później, w 1984 roku, na tym samym festiwalu dostał „Srebrne Lwy Gdańskie” za najlepszą rolę męską w filmie Wahadełko Filipa Bajona. Rok 1986 przyniósł mu Nagrodę Prezesa Komitetu Polskiego Radia i Telewizji za role w filmie Big Bang Janusza Kondraciuka i kreacje w spektaklach Teatru TV: Mgiełka, Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna oraz Zapomniany diabeł. Rok później dostaje „Wiktora” za kreacje aktorskie w Opowieściach Hollywoodu, Hamlecie we wsi Głucha Dolna i Ławeczce; za te same role – nagrodę „Trybuny Ludu”. W 1988 znów „Wiktor” dla najpopularniejszej postaci TVP. 1989 rok to „Złota Kaczka”, nagroda tygodnika „Film” za rolę Majora w Przesłuchaniu Ryszarda Bugajskiego oraz Nagroda Ministra Kultury i Sztuki II stopnia za całokształt twórczości. Nagroda Przewodniczącego Komitetu Kinematografii za kreację w filmie Ucieczka z kina Wolność oraz Złota Kaczka tygodnika „Film” dla najlepszego aktora – 1991. W roku 1993 został odznaczony „Super Wiktorem”, przyznawanym przez laureatów „Wiktora”. W 2000 roku na XXV Festiwalu Filmów Fabularnych dostał nagrodę Prezesa Canal+ za kreację w filmie Janusza Morgersterna Żółty szalik, a na Festiwalu Filmowym w Toronto uznany zostaje, w tym samym roku za największa indywidualność. Po brawurowej roli Cześnika w Zemście i tytułowej w Mateuszu Bigdzie w telewizyjnym spektaklu Andrzeja Wajdy oraz wielu innych wspaniałych rolach został uznany w plebiscycie czytelników „Rzeczypospolitej” za najlepszego polskiego aktora. Kapituła fundacji Kultury Polskiej uhonorowała Go także Nagrodą Główną. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego – medalem Gloria Artis.

****Bibliografia: Elżbieta Baniewicz – Janusz Gajos – Nie grać siebie, Warszawa 2002.

*****Komentarz

Janusz Gajos to aktor wspaniały, popularny, bardzo pracowity, a skoro zagrał w teatrze filmie i telewizji ponad trzysta ról – znaczy: obdarzony niezwykłą wyobraźnią. W jego ujęciu chłop albo intelektualista, król albo bezdomny, gangster albo delikatny marzyciel, postać historyczna albo współczesna jest nie tylko wiarygodna, przekonywająca, lecz bywa porywająca, śmieszna albo wzruszająca. Aktor nie ośmiesza swoich bohaterów, nie dystansuje się od nich, nie potępia, choć potrafi je poddać auto-kompromitacji. On jest graną postacią w każdym ruchu, geście, spojrzeniu jakby zapomniał o sobie. Bywa śmieszny, zabawny, tragiczny ironiczny, ale nigdy nie stara się być mądrzejszy od swego bohatera, choćby jego głupota biła w oczy. Daje mu szanse, pozwala błądzić, mylić się, robić głupoty, a potem się z tego wydobywać. Tworzy raczej ludzi zagubionych niż ludzi sukcesu, pokiereszowanych przez los. Choć niezdarnie poszukują szczęścia, mimo wszystko żywią nadzieję na odmianę losu. Jego bohaterowie przypominają Chaplina, są samotni, wykluczeni, ale też bardzo sympatyczni i pełni wdzięku. Nawet gdy gra bandziorów i tzw. twardzieli.

Sprawa talentu, na pewno, także doskonałej znajomości rzemiosła, ale aktorów utalentowanych i znających swój fach, jest wielu, a Gajos jeden, nie do podrobienia, choć w każdej roli jest inny, zawsze wierny zasadzie zupełnej transformacji. Jest artystą w bezustannym ruchu i rozwoju. Jego dewizą zawodową pozostało, by nigdy nie grać siebie, tylko nieistniejącego realnie, a stworzonego siłą wyobraźni człowieka. I to grać oszczędnie, bo nadmiar bardziej boli niż niedomiar. I jeszcze jedno – rolę należy koniecznie zostawić w garderobie. Za swą pracę dostaje nagrody. Słusznie, oby coraz więcej, bo tej klasy aktorów już nie ma.

Elżbieta Baniewicz

Dodaj komentarz