Wymowna sztuka milczenia

Po XIV Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Mimu w Warszawie, w Teatrze Dramatycznym, Scena na Woli, pisze Tomasz Miłkowski:

Na czternastym , a już dziesiątym pod ręką Bartłomieja Ostapczuka, międzynarodowym festiwalu sztuki mimu w Warszawie rządziła klasyka. Mocno akcentowano przywiązanie do tradycji Marcela Marceau, zresztą intensywna obecność jego współpracowników i uczniów w gronie twórców głównych atrakcji festiwalu przesądziła o takim kierunku.

Dominował duet warszawskich ulubieńców Bodecker-Neander, którzy pojawili się aż w trzech produkcjach – fascynującym Fauście, gdzie wcielili się w prowadzące role Fausta i Mefista (w tym spektaklu można było odnotować najwięcej odstępstw od ortodoksyjnej pantomimy, pojawiła się bowiem nie tylko klaunada, ale i „fonia”, tak dyskusyjna w sztuce mimu), wieczorze pantomimy i we własnym „debeściaku”, który w Teatrze Dramatycznym zgromadził nabitą widownię.

Ten ostatni pokaz, wieńczący festiwal, przypominał znane etiudy obu artystów, których maestria wykonania doprowadzona do zegarmistrzowskiej precyzji, wdzięk i lekkość podania form wyrafinowanych w taki sposób, że wydają się czymś najłatwiejszym i oczywistym w świecie wprawia publiczność w zachwyt. Aż wstyd przypominać, bo czynię to bodaj po raz czwarty, jak oszałamiające wrażenie wywiera pokaz tzw. ruchomych schodów i wind – pomysł doskonalony przez duet latami, który teraz wzbudza prawdziwy entuzjazm: artyści „zjeżdżają” tymi wyobrażonymi windami i schodami tak sugestywnie i płynnie, że mogą iść w zawody z elektronicznymi urządzeniami. Do bezbłędnej techniki jednak trzeba dodać koniecznie ich cudowną umiejętność budowania nastroju, delikatnej nutki poetyckiej, niemal sentymentalnej, na granicy przesady, nigdy jednak nieprzekroczonej. Ich występy to była prawdziwa uczta.

Nie zawiedli też inni weterani festiwalu – legendarna grupa rosyjska Derevo na czele z artystą o niespożytej wyobraźni, Antonem Adasinsky’m, Tym razem zaprezentowali Once, opowieść tyleż o miłości, co o marzeniach, dosłownie unurzaną w świecie porywających baśni, mitów, a nawet horroru (wspaniały a groźny Nosferatu albo niezdarny Amor). Spektakl lśni dziesiątkami zaskakujących a prostych rozwiązań, jego demonstrowana sztuczność, wycinankowość, jak z dziecięcych kartonowych zabawek, budziła żywe wspomnienia dzieciństwa, a sceny liryczne zachwycały. Finał spektaklu, w którym na obrazie ze stateczkiem i latarnią morską zapala się lampeczka, gasną wszystkie inne światła i pozostaje tylko to jedno nikle, ale wyraźne światełko, wzruszał prostotą metafory.

To był dobry festiwal, niestety nie widziałam Gogola w reżyserii Lionela Menarda, najnowszego dziecka Teatru Warszawskiego Centrum Pantonimy (obejrzałem jedynie bardzo zachęcające fragmenty z udziałem Bartłomieja Ostapczuka na pokazie prasowym), ale bez wątpienia i ten spektakl można zaliczyć do festiwalowych sukcesów. Wrósł nam ten festiwal w życie teatralne stolicy, jest czymś naturalnym i bliskim, na spektakle w większości waliły tłumy, nic tylko przyklasną w nadziei, że piętnasty, za rok, także dostarczy satysfakcji i wzruszeń.

Tak się przypadkiem złożyło, że festiwal zdarzył nam się w apogeum afery podsłuchowej i Mundialu. Gdzieś tam chaos, wrzawa, kłótnie, a tu oaza spokoju – wymowna sztuka milczenia, która opiera się dojutrkostwu, a całą swoją siłę skupia na wartościach podstawowych, na tym, co zawsze najbliższe człowiekowi. To niemało.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz