Gdzie jest miejsce na pisanie o teatrze?

Marzena Dobosz o debacie w Instytucie Teatralnym na temat specyfiki czasopism teatralnych i ich roli w kreowaniu polskiego życia teatralnego i naukowego

Debatę „Jak się robi pismo?” z udziałem redaktorów naczelnych najważniejszych pism teatralnych w kraju poprowadzili Wojciech Dudzik i Agata Łuksza. W spotkaniu wzięli udział: Edward Krasiński („Pamiętnik Teatralny”), Jacek Sieradzki („Dialog”), Jacek Kopciński („Teatr”), Krzysztof Mieszkowski („Notatnik Teatralny”) i Grzegorz Niziołek („Didaskalia”). Ważny głos w debacie zabrał również obecny na widowni Wojciech Majcherek. Wreszcie mogliśmy z pierwszej ręki usłyszeć, dla kogo i po co wydaje się pisma teatralne, i dlaczego przeciętnemu widzowi pozostaje głównie (a może wyłącznie) ten lekceważony przez wielu teatrologów i teatromanów internet, który czy chcemy, czy nie, zawłaszcza kolejne przestrzenie naszego życia…

Wojciech Dudzik zaczął od przypomnienia historii poszczególnych tytułów. Najdłużej ukazują się „Pamiętnik Teatralny” (kwartalnik poświęcony historii i krytyce teatru, jedyne w Polsce profesjonalne czasopismo teatrologiczne – jak pisze na stronie wydawca: Instytut Sztuki PAN) i „Teatr” (najstarsze obok „Twórczości” polskie pismo kulturalne, zajmujące się przede wszystkim bieżącym życiem teatralnym, choć nie zapominające o przeszłości), ich historia sięga pierwszych lat powojennych. Następny według starszeństwa jest „Dialog”, założony w 1956 roku przez Adama Tarna, dramatopisarza i tłumacza, magazyn poświęcony dramaturgii współczesnej – teatralnej, filmowej, radiowej (od później także telewizyjnej) i co bardzo ważne – jedyny publikujący współczesne dramaty polskie i obce. Dwa pozostałe pisma są młodsze: „Notatnik Teatralny” i „Didaskalia” narodziły się na początku lat dziewięćdziesiątych. „Notatnik Teatralny” powstał – jak mówił jego założyciel i redaktor naczelny Krzysztof Mieszkowski – ze sprzeciwu wobec marginalizowania życia teatralnego we Wrocławiu (dziś „Notatnik Teatralny”, jedno z najważniejszych czasopism poświęconych teatrowi, ukazuje się kwartalnie lub półrocznie; powstaje z tego wspaniała seria monograficznych książek poświęconych polskiemu teatrowi). „Didaskalia” z podtytułem „Gazeta Teatralna”, śledzące ważniejsze premiery i wydarzenia teatralne w Polsce i za granicą, to pismo założone przez studentów i pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego, dziś wydawane przez Instytut Grotowskiego we Wrocławiu (we współpracy z Instytutem Polonistyki UJ).

Oprócz dokumentowania życia teatralnego wymienione czasopisma odgrywają bardzo ważną rolę w kształtowaniu oblicza nauki: wszystkie (na razie oprócz „Teatru”, choć pewnie już niedługo) znajdują się w ministerialnym wykazie tzw. czasopism punktowanych, czyli takich, które umożliwiają naukowcom przyznawanie odpowiednich punktów za publikacje (punktów koniecznych do oceny dorobku naukowego). Każde ma odrębny charakter i wyjątkową poetykę, każde kładzie nacisk na inne gatunki literackie, różne też są obszary ich zainteresowań. Wszystkie jednak dbają o wysoki poziom merytoryczny publikacji i nie ustają w staraniach o poprawność językową. I mimo niedużych nakładów (od 500 do 1500 egzemplarzy) mają się dobrze i nie zamierzają się zamykać. Choć każde ma swoje drobne problemy, takie jak na przykład kwestie wynagrodzeń za teksty i związane z tym trudności z pozyskiwaniem autorów i recenzentów: jeśli dobrze zrozumiałam, ministerstwo uważa, że naukowcom nie należy płacić za publikacje i recenzje publikacji innych autorów, bo przecież pisanie należy do ich obowiązków, i że skoro naukowcy muszą walczyć o te swoje punkty, to można ich wykorzystywać (takie zasady obowiązują w „Pamiętniku Teatralnym”). Zgadzam się z Krzysztofem Mieszkowskim, że to niemoralna i upokarzająca praktyka. Na szczęście w pozostałych czasopismach teatralnych płaci się za teksty, choć z konieczności coraz mniej.

Obserwowałam tę debatę z boku, nie należę do środowiska naukowców, do którego adresowane są wymienione pisma teatralne (choć często po nie sięgam podobnie jak – mniemam – większość miłośników teatru). Mam też kilka uwag w związku z tą debatą. Część z nich wypowiedział już Wojciech Majcherek (szef Redakcji Teatru Telewizji), który zastanawiał się nad nieobecnością pism teatralnych w świadomości szerokiej publiczności, wśród zwykłych widzów teatralnych. Jeśli dobrze zrozumiałam, ubolewał nad tym, że brakuje w obiegu publicznym tekstów (czasopism czy działów), które pełniłyby funkcje edukacyjne (dobrze, że w jakiejś mierze „Teatr” stawia sobie takie zadanie, zwłaszcza że archiwalne numery pisma są publikowane w internecie na stronie pisma i każdy może do nich zajrzeć). Redaktorzy naczelni odpowiedzieli, że oni mają inne zadania, że ich pisma są branżowe, nie zajmują się szeroką edukacją i popularyzowaniem teatru. Do niedawna zajmowały się tym gazety codzienne i tygodniki opinii (i niektóre nadal to robią, choć w przerażająco skromnej formie), publikując bieżące recenzje, wywiady z twórcami teatru, omawiając festiwale czy inne wydarzenia teatralne. Jeden z rozmówców wyraził nawet anachroniczny moim zdaniem pogląd, że popularyzowaniem teatru powinna się zająć telewizja…

Nie mogłam tego słuchać. Znowu poczułam się niewidzialna, razem z ogromną rzeszą ludzi, którzy chodzą do teatru i chcieliby się o nim czegoś dowiedzieć, ale nie mają odpowiedniego wykształcenia lub zwyczajnie pracują na kilku umowach o dzieło czy zleceniach i kiedy już znajdują czas na wyjście z domu, to nie idą do biblioteki, żeby czytać „Notatnik Teatralny”, tylko do teatru albo na wystawę. Oczywiście można powiedzieć, że jak ktoś nie chce czytać, to sam jest sobie winny. Boję się tylko, że to może być broń obosieczna: jeśli nikt nie będzie chciał rozmawiać z Kowalskim, to Kowalski też się odwróci. I może za jakiś czas w ogólne nie będzie miał już kto z kim rozmawiać…

Tymczasem, wobec zanikania i marginalizowania działów kultury w prasie codziennej i innej, pozostaje nam internet, z całym jego bogactwem możliwości i często niestety nikczemną formą. Jestem zdania, że nie należy się od tego internetu tak odżegnywać, trudno przecież obrażać się na rzeczywistość. Ja też wyrosłam na książce drukowanej, też nie znoszę, jak mi ktoś każe zmieniać przyzwyczajenia, ale świat idzie naprzód i uważam, że każdy teraz może znaleźć sobie przestrzeń, w której jakoś się odnajdzie. Nie sposób nie zauważyć, że jeśli coś się kończy, zaczyna się coś innego (lepszego? gorszego? czas pokaże). Myślę, że dobrym przykładem będzie los filmów na DVD. Rozpaczałam, że zlikwidowano wypożyczalnie filmów DVD w Warszawie. Często z nich korzystałam, bo był to dla mnie ratunek, kiedy nie zdążyłam obejrzeć filmu w kinie (bo przemknął i zniknął po tygodniu) albo chciałam wrócić do czegoś dawno niewidzianego. I co się okazało: funkcję wypożyczalni w dużej części przejęły nasze nieocenione biblioteki dzielnicowe! Można w nich wypożyczyć film (a nawet płytę z muzyką) i to nieodpłatnie (tak samo jak książkę). Znalazło się wyjście? Znalazło. Tak samo może być z czasopismami i książkami, których nie będzie można wziąć do ręki, ale które będą dostępne w każdej chwili i w dowolnym miejscu (!) w sieci (po wycofaniu aktualnych numerów z empików niech zostaną egzemplarze archiwalne w bibliotekach, ale wrzućmy też całe numery lub wybrane teksty na stronę dla ludzi). Mamy przecież świetny przykład „Dwutygodnika”, profesjonalnie prowadzonego pisma kulturalnego. Jest „Yorick”, internetowe pismo Klubu Krytyki Teatralnej (w tym roku obchodzące jubileusz dziesięciolecia!), są rozmaite wortale i portale teatralne, mniej lub bardziej profesjonalne strony z recenzjami teatralnymi i innymi komentarzami do życia teatralnego, wreszcie są blogi i strony autorskie. Część czasopism – tak jak „Teatr” – gromadzi już w sieci archiwalne teksty i zapewnia do nich bezpłatny dostęp. Myślę, że to jest przyszłość pisania w ogóle. Kto dziś ma miejsce na zbieranie w domu całych roczników kilku czasopism? I siłę, żeby przekopywać się przez wszystkie numery, żeby odnaleźć potrzebny w danej chwili tekst? A w sieci wszystko jest proste. Internet to znakomite archiwum.

Stawiałabym też na szeroką edukację – jeśli dziś nie robi tego dom ani szkoła (bo o telewizji dawno już zapomnieliśmy), pozostają instytucje kultury, które powinny dostosować narzędzia działania do zmieniającej się rzeczywistości. Żebyśmy nie obudzili się za chwilę w świecie, w którym miejsce kultury wysokiej będzie w muzeum…

 

Link do źródła:

http://teatruglodna.blogspot.com/2014/05/jak-sie-robi-pismo-debata-w-instytucie.html

 

Dodaj komentarz