Gdzie się podziały dawne bohatery. Niebezpieczne związki Bohatera KARTOTEKI Tadeusza Różewicza

Naprawdę, naprawdę te pełne cudowności sztuki są świadectwem czasów, w których żyjemy. W ich nieprawdopodobieństwie został zaklęty realizm. (Helmut Kajzar o dramatach Tadeusza Różewicza)

Kto obrał niezwykłe drogi,

musi się zbroić na ból i męczarnie;

wyniosłej głowy nie oszczędzą bogi,

nie wolno wznieść się bezkarnie… (Adam Asnyk, Prometeusz)

 

Gdyby dzisiaj Prometeusz chciał przyjść z pomocą ludziom, pewnie umożliwiłby im powszechny dostęp do Internetu. Zeus byłby zapewne administratorem sieci, który ogranicza dostęp, i jak może, mnoży przeszkody dla użytkowników. A jednak krewny Prometeusza, Bohater z Kartoteki Tadeusza Różewicza, nie robi nic. No, prawie nic. Ale tą bezczynnością wznieca bunt przeciw Zeusowi teatru. I przeciw światu, jaki jest. Po prostu odmawia udziału.

Bankier Zeus rozdaje orły

 

Już André Gide opowiadając w Prometeuszu źle skowanym (1899), jak to idee karmią się człowiekiem, rozdał bogom i tytanom nowe role. Z Zeusa uczynił bankiera, który bada naturę człowieka. Prometeuszowi powierzył rolę hodowcy orła, który żywi się jego ciałem. Tytan zbuntował się z chwilą, gdy zajął się ludźmi: Mało mieli światła; wymyśliłem dla nich trochę ognia; wtedy to zrodził się orzeł. Wcześniej korzystał ze swego boskiego pochodzenia: nie robił nic (jak Bohater). Potem troszczył się o ludzi, formował ich świadomość: rozkwitła w nich pożerająca wiara w postęp.(…) Nie była to wiara w dobro, lecz chora nadzieja na lepsze. Wiara w postęp, panowie, to ich orzeł. Nasz orzeł, panowie, jest naszą racją bytu. (…) Dzieje ludzkie to dzieje orłów, panowie.

Wzywa ludzi, by kochali swe orły, bo wtedy staną się piękne. Ale nie znajduje zrozumienia. Zabija więc swego orła, aby przyrządzić z królewskiego ptaka obiad. Ten ideologiczny „kanibalizm” ma świadczyć, że czas niszczących idei minął, że bohaterowie już odeszli. Jednak dzieje nadciągającego stulecia nie potwierdziły pobożnych życzeń Prometeusza. Jeszcze nieraz za jego bunt wystawiano weksle do wykupienia. Zresztą cynicznie taką przyszłość prognozuje bankier Zeus, który bawi się ludźmi: orły ja sam rozdaję.

 

Bunt Bohatera

 

Starzec III w Kartotece Tadeusz Różewicza wyrzeka na bierność Bohatera: Zlitujcie się, to nie bohater. To po prostu śmieć! Gdzie się podziały dawne bohatery, orfeusze, woje, proroki. Kiedy dramat powstawał, to była oczywista prowokacja. I paradoksalnie – prometejski akt buntu. Zamiast postaci działającej poeta bohaterem swego dramatu uczynił postać niedziałającą, zaprzeczając wielowiekowej tradycji teatru europejskiego. Chciał go pozbawić niemal wszelkich cech postaci scenicznych, ale ostatecznie poszedł na kompromis. Bohater, nagabywany przez tłum przeciągających przez jego pokój gości, wchodził z nimi w dialog, czasem ożywiał się i zwlekał z łóżka. Ale jego „orłem” było ostentacyjne nicnierobienie, strajk okupacyjny, kontrrewolucja nieczynności.

A mimo to rozpoznano w Nim potomka Prometeusza, romantycznych i postromantycznych bohaterów. Po prapremierze Jan Kott zauważył przenikliwie: Różewicz napisał naprawdę tradycyjny dramat narodowy. Na fiszkach swojej Kartoteki zapisał bowiem biografię pokolenia wojennego, jego dramatyczne przeżycia, bolesne rozczarowania i poczucie rozpadu tradycyjnej kultury. Dyskursywnym tokiem Kartoteki nawiązał do rozprawy Konrada z Maskami z Wyzwolenia Wyspiańskiego. A skoro tak – pokrewieństwo Bohatera z Prometeuszem nie powinno nikogo zaskakiwać. Obaj przecież nie działają. Jedynie nachodzeni – przez wysłanników Zeusa w Prometeuszu skowanym, i przez zmory przeszłości w Kartotece – opędzają się od gości. Łączy ich bunt, choć odmiennie wyrażany – raz czynem, raz bezczynnością.

Ajschylos opowiada nie tylko o mitycznym Prometeuszu, ale włącza się w dyskusję nad kształtem greckiego polis. Podobnie Różewicz: w losy Bohatera wpisuje doświadczenia swego czasu, także ich moralną ocenę. Prometeusz Ajschylosa, przykuty przez Hefajstosa do skał Kaukazu, cierpi męczarnię, ale krzepi się zasługami dla rodu ludzkiego, który obdarzył wiedzą i umiejętnością praktycznego działania:

Rzecz całą w krótkiej mowie wyłuszczyć nietrudno;

wiedzcie: wszystkie człowiecze kunszty – z Prometeja.

Ajschylos jednak nie pochwalał buntu Prometeusza: cenił go za dary dla ludzi, ale ganił za pychę i zuchwalstwo. Dopiero angielski poeta romantyczny Shelley sprawił, że przykładnie ukarany pyszałek Prometeusz zmienił się w prześladowanego śmiałka, który przeciwstawił się przemocy. Tę myśl podchwycili inni romantycy, kanonizując postawę prometejską, czyli bunt i niezłomność.

W przeciwieństwie do Prometeusza Bohater niczego nie jest pewien, a najmniej swych zasług. Nie wie nawet, dlaczego kocha ludzkość, na pytania Dziennikarza odpowiada zdawkowo lub wymijająco.

DZIENNIKARZ – Pan wie, że w pana rękach leżą losy świata?

BOHATER – Do pewnego stopnia.

DZIENNIKARZ – Co pan zamierza uczynić, aby zachować pokój na świecie?

BOHATER – Nie wiem.

Kartoteka Prometeusza jest uporządkowana: dał ludziom ogień, teraz ponosi karę, ale ponieważ posiadł tajemnicę władania, kiedyś powróci do łask. W kartotece Bohatera najwyraźniej brak porządku. Została celowo rozsypana, aby ukazać bezradność jego generacji wobec własnych doświadczeń. Nic dziwnego, że Starcy irytują się i dogadują ironicznie: To jest teatr na miarę naszych wielkich czasów. Cóż, każdy ma takiego Prometeusza, na jakiego zasłużył.

 

Prometeusz zamordowany

 

Różewicz pisząc Kartotekę nie tylko zrywał z teatrem tradycyjnym, ale i wystawiał rachunek historii, która pokiereszowała życiorysy jego rówieśników. Rachunek wypadał kiepsko – nic nie zapowiadało zmian na lepsze: Za późno pan przyszedł – mówił Bohater do Dziennikarza. Wszystko wydawało się za późno. W tym samym czasie, kiedy poeta nadawał kształt Kartotece, Jan Maria Gisges pisał swojego rozrachunkowego Prometeusza (1960), naszpikowanego aluzjami do ówczesnej sytuacji politycznej. Występuje w nim trzech Zeusów (najwyraźniej uosobienie trzech mocarstw, włodarzy systemu pojałtańskiego). Prometeusz u Gisgesa zostaje uwolniony i zrehabilitowany, ale wkrótce w wyniku manipulacji ponownie uwięziony, oskarżony o stworzenie najwyższego niebezpieczeństwa dla ludzkości: to jego obarcza się odpowiedzialnością za próby z bronią jądrową. Wtedy buntuje się Hefajstos, dozorca Prometeusza, który czuje się więźniem wyroków bożych (i Historii). Aby się uwolnić od podłej służby, próbuje zabić Prometeusza. Na próżno jednak, mit jest niezniszczalny. Toteż zamordowany Prometeusz, niczym w groteskowych sztukach Stanisława Ignacego Witkiewicza wyjmuje nóż z piersi (którym usiłował go zadźgać Hefajstos) i wygłasza końcowe pouczenie:

O głupi. Po stokroć głupi. Nie można stać się kimś innym, niż się jest! Nie można zabić mitu.

Musiało coś być w takiego w popaździernikowej atmosferze, że w utworze Gisgesa pojawiły się motywy obecne w Kartotece: wyścig zbrojeń, sąd historii, manipulacja opinią, nawet pozorne zabójstwo i „zmartwychwstanie” (u Różewicza Bohater zabija Chór, który potem w najlepsze gra).

Niedobitego tytana unicestwia ostatecznie Jerzy Andrzejewski w zapomnianym dramacie Prometeusz (1973). Początkowo miał być jedynie parafrazą tragedii Ajschylosa, ale realizacja przekroczyła pierwotny zamiar. Zeus u Andrzejewskiego, zaniepokojony buntem Prometeusza i powierzoną mu tajemnicą, usiłuje podstępnie wydrzeć mu wiedzę o przyszłości. Posługuje się przebiegłym posłańcem Hermesem. Autokratyczny władca drży przed utratą panowania, zwłaszcza nad duchem:

Niestety, kajdany

Nie mogą przykuć myśli. Można dręczyć ciało.

W miarę rozwoju akcji okazuje się jednak, że bogów już nie ma, że są snem jedynie. Kiedy dopełnia się mityczny czas kary Prometeusza, już nie jest ludziom potrzebny. Nie przyjmuje wezwania na Olimp, zresztą bogowie zapadają w nicość. I Prometeusz dobiega kresu swej wędrówki, wydaje tylko dźwięki niemowy, a wreszcie pada na ziemię po serii wystrzałów. Zbyteczny symbol ginie od zabłąkanej kuli. Niczym Maciej Chełmicki.

 

Kartoteka ponownie rozrzucona

 

Jeśli Kartoteka była kontestacją teatru, a zarazem autobiografią pokolenia okaleczonego wojną i pojałtańską rzeczywistością, to czymże jest jej nowa wersja, Kartoteka rozrzucona. Jak wiadomo, powstała we współpracy poety z zespołem Teatru Polskiego we Wrocławiu. Metoda przypominała awangardową technikę pisania na scenie. Tak rozsypana Kartoteka wchłonęła nowe doświadczenia dziejowe, zwłaszcza czas gwałtownych przemian na przełomie lat 80. i 90. Różewicz nie głosił jednak triumfu. Nie napisał ani elegii na zawalenie się PRL, ani dytyrambu na chwałę Nowego. A szokował już tytuł: przecież i ta pierwsza Kartoteka była rozrzucona. Teraz więc została rozrzucona raz jeszcze. Vita Nuova, jak ironicznie zapowiada za Dantem Różewicz. Po upływie 35 lat.

Kim teraz właściwie jest Bohater? W Kartotece nie było jasne jego społeczne zakotwiczenie. Nosił rozmaite imiona, rozmawiał z żywymi i umarłymi, był dojrzałym mężczyzną i dzieckiem, dyrektorem operetki i kim tam jeszcze, słowem Każdym. Jak Everyman. Ale w Kartotece rozrzuconej Bohaterów jest dwóch: I i II. Znowu bez żadnych nazwisk, imion, stałych cech. Na pierwszy rzut oka Bohater II jest synem Bohatera I. Skoro do tego I przychodzi wnuczka, aby wyciągać wiadomości o wojnach krzyżowych… Ten I spoczywa na wózku szpitalnym, jest podłączony do kroplówki. Wygląda na to, że Prometeusz się doigrał i Zeus przykuł go tym razem nie do skał Kaukazu, ale do łóżka szpitalnego. Bohater II (Promethidion?) wyleguje się z kochanką. Ale potem sytuacja się komplikuje, kiedy obaj Bohaterowie recytują razem lub na przemian tę samą kwestię i kiedy pojawiają się zdublowani rodzice. Wszystko się tu rozdwaja.

Różewicz podstawia Bohaterowi lustro w postaci sobowtóra. Bohater ogląda sam siebie, obserwuje własne zachowania, włącza się niekiedy do gry, sam siebie młodszego przedrzeźnia, ale przede wszystkim zajmuje się lekturą prasy i oglądaniem telewizji, czyli oddaje presji mediów. Popija też piwko i musi wychodzić za potrzebą. Te sekwencje o piwku, znane z pierwszej Kartoteki, celowo trywialne, grube, mają wprowadzać dysonans, chroniąc sztukę i Bohatera przed popadaniem w patos. Różewicz pilnuje, aby odczuwać siłę biologii, żeby nie zapominać, że człowiek jest przede wszystkim synem natury. A jego orły, to urojenia.

 

Telewizor jako Chochoł

 

W Kartotece rozrzuconej silniej niż w Kartotece odczuwa się obecność polityki. Wprawdzie i Bohater z pierwotnej wersji dramatu miał poczucie skłamanego życia, gorzkiej wiedzy, że dał się oszukać, a wielu dało się nawet zeszmacić, ale mimo wszystko od polityki stronił. Inaczej w Kartotece rozrzuconej, już na początku Matka II powiada: Ma czterdzieści lat i jest dopiero posłem na sejm… A Ojciec II błyska kalamburem: Osłem! W dawniejszej Kartotece Matka wyrzucała Bohaterowi, że jest jedynie dyrektorem administracyjnym operetki. A więc teraz poszedł w politykę. To dlatego znajdziemy się w sali sejmowej i wsłuchiwać się będziemy w niekończące się spory obradujących stanów. Pojawią się też mędrcy z przeszłości, biadający Piotr Skarga nad upadająca Rzeczpospolitą i Głos Marszałka Piłsudskiego z Zaświatów. Wszystko to przygrywka, aby pokazać polityczne zoo, w którym nastąpiło zdziczenie obyczajów. I w Kartotece ludzie nie potrafili się porozumiewać, każdy mówił swoje, mówili rozmaitymi językami. Różewicz na równych prawach zestawił fragmenty z gazet, cytaty, wiersze, recytacje spisu haseł słownikowych, dialogi – wszystko to ukazywało narastający paraliż w komunikacji.

Ale nikt w latach 90. tak zjadliwie i tak celnie nie sparodiował szumu informacyjnego i bełkotu ideologicznego, który obezwładnia swoją lepkością, jak to uczynił Różewicz w Kartotece rozrzuconej. Poeta sugeruje nawet, aby na scenie pojawił się telewizor jako współczesny Chochoł, który hipnotyzuje ludzi. Rzecz ciekawa, ale to chyba pogłos głośnej telewizyjnej realizacji Kartoteki (1979), w której Krzysztof Kieślowski zainstalował w pokoju Bohatera telewizor, a na małym ekranie ulokował Chór Starców – była to najwyraźniej telewizyjna wersja teatru w teatrze. Teraz Różewicz idzie krok dalej – telewizor czyni symbolem informacyjnego zniewolenia, nieustannej indoktrynacji, wymóżdżającego oddziaływania prymitywnych wzorów. Czyni tak mimo oczywistej pewności, że to chwyt ograny i trywialny. Z wyimków ogłoszeń reklamowych składa zaś zjadliwy poemat satyryczny Coś w Polsce pękło? Aha! Jest to trudne do przecenienia krzywe zwierciadło naszych czasów, umysłowy śmietnik języka ogłoszeń, kreującego nowe wspaniałe światy:

Absolutnie z drobiu kurczak porcjowany

Konkurencyjne ceny

Absolutnie Blanka

stosujemy upust

podroby full doznań

 

Salon warszawski

 

W Kartotece rozrzuconej całe społeczeństwo pogrąża się w językowej niemocy. W ten sposób poeta odmalowuje paraliż kultury. Widoczny był już w poprzedniej Kartotece. Teraz jednak Różewicz poddaje analizie kulturową zapaść, nie szczędzi szyderstwa. Dotyczy to zwłaszcza sceny Salon warszawski, w której nie przypadkiem nawiązuje do Dziadów. Już sama prezentacja bohaterów tej sceny mówi sama za siebie: Kombatant z Długą Brodą, Profesor z Wielkimi Uszami, Duży Różowy Krytyk (który piszczy), posągowa Kobieta w Czerni. Oto elita narodu. Poeta szydzi z kanapowych rządców dusz, skłóconych i unieważniających się wzajemnie. W rozbudowanym didskalium barwnie odmalowuje stan moralnego rozchwiania i degrengolady obyczajów:

Twarze mają odęte, zachmurzone (jakby „obrażone”), Profesor z Wielkimi Uszami parska dookoła śliną… jedni drugim się przyglądają, czasem z daleka, czasem z bliska (…) Ten się odwraca, tamten zawraca, wszyscy się mijają, rozmijają. W ciągłym ruchu, nic nie mówią, ale wargami poruszają i z tego ruchu warg pilny widz może odczytać jakieś krótkie, nieprzyzwoite słowo na literę sk… lub k…, d… się zaczynające.

W tym czasie młodzi (z brodami) ciągle podskakują. Ktoś sobie brodą twarz wyciera. Profesor śliną parska wkoło. Ktoś oczy przeciera. Kobiety czasem padają na kolana, Ludzie zaczynają gryźć się ze sobą. Ten tego w ucho lub inną część ciała gryzie.

W tej atmosferze nadciągającej gombrowiczowskiej „kupy” profesor Bąbel, nowe wcielenie profesora Pimki, wygłasza swoją wściekłą i piramidalnie głupią recenzję przeszłości, usiłując unieważnić ostatnie kilkadziesiąt lat polskiej kultury:

Ta czarna dziura

to polska kultura

to polska literatura

44 czterdzieści cztery

lata polskiej literatury

to same dziury

hańbo, hańbo

o hańbo, itd.

Z równym niesmakiem, jak koryfeuszy kultury, wykpiwa nauczycieli. W pierwszej Kartotece wyśmiewał egzamin dojrzałości, przed którym staje jeden ze starców. Odpowiada na idiotyczne pytanie zdziecinniałego belfra, popisuje się encyklopedyczną wiedzą, powtarza tandetne frazesy. Wzbudza to entuzjazm profesora, który orzeka, iż „młodzieniec” jest doskonale przygotowany do życia. W Kartotece rozrzuconej tę scenę wspomaga poemat …a Hela wzięła i umarła i następująca po nim scena, w której rzeczona Helena jest karmiona przez oprawców Gombrowiczem. Różewicz kpi w ten sposób z edukacji szkolnej, która zdolna jest obrzydzić każdego pisarza (na przykład Gombrowicza), nawet takiego, który ze szkoły szydził: tak to często mszczą się różne kawały: na ich autorach.

 

Prometeusz polski

 

Polscy następcy Prometeusza wzniecali bunty. Konrad z Dziadów bluźnił Bogu i chciał mu wydrzeć rząd dusz. Konrad z Wyzwolenia bluźnił Geniuszowi Poezji i sam chciał stanąć na czele narodu. Dopadły go Erynie. O co walczy Bohater? I przeciw komu się buntuje? Przeciw Teatrowi, to oczywiste. Ale także przeciw bożkowi Historii. I bożkom Polityki i Informacji – zwłaszcza w Kartotece rozrzuconej. Żywi się gazetową i telewizyjną papką, ale i gwałtownie się przed nią broni. Bluźni nowym bożkom z nie mniejszym impetem niż Konrad: Kretyni, pawiany, gnojki, złodzieje, oszuści, pederaści, astronauci, onaniści, sportowcy, felietoniści, moraliści, krytycy, bigamiści. Pod ich to adresem, Telebóstwa i jej krewniaczek Telemuz, miota owe przedziwnej urody inwektywy. Ale nie chce dla siebie władzy.

Nowy Bohater II podąża swoimi (Bohatera I) śladami. Choć świat go irytuje nie mniej niż przed laty, nie zmienia formy buntu. Niczego nie wykrada Zeusowi. Wprawdzie podejmuje próbę uczestnictwa, zostaje posłem, ale to doświadczenie zniechęca go raz jeszcze do działania. To dawni bohaterowie prometejscy przechodzili od buntu do działania, a raczej do zapowiedzi działania (po prawdzie więcej obiecywali, niźli czynili), Bohater Różewicza poprzestaje na buncie negatywnym – oznacza on zaniechanie. Czyżby bliżej było poecie do postromantycznych, modernistycznych Prometeuszy? Już Maria Konopnicka w dialogu Prometeusz i Syzyf sugerowała, że prometejska iskra została zmarnowana, że ludzie nie potrafili wykorzystać impulsu, że Prometeusz się pomylił. Tetmajer poszedł jeszcze dalej, jego Prometeusz, zniechęcony do świata, ogarnięty straszną niemocą woli, współczuje z człowiekiem, ale wolałby pogrześć go w nicości:

ze wszystkich szczęść najwyższe rzuciłbym ludzkości,

nicestwiąc ją i grzebiąc na wieki w nicości.

Czyżby Bohater Różewicza także śnił o nirwanie? Skoro nie chce działać… A jednak deklaruje obłudnie, że zawsze myślał o szczęściu ludzkości (znowu ta natrętna nuta prometejska):

Jeżeli chodzi o mnie, to motorem mej pracy była miłość do prostego człowieka. Podnieść go, podzielić się, połączyć i podnieść, uszlachetnić przez łzy lub śmiech. Przezwyciężyć samotność.

Wypisz wymaluj „orzeł” Prometeusza. Ale trudno dać temu wiarę, zwłaszcza że to cokolwiek kabotyńskie wyznanie Bohatera komentuje Chłop: Ja tam myślę, że pan był gorszy śmieć ode mnie, i co pan chce podnosić prostego człowieka. Tak więc domniemana misja Bohatera okazuje się bańką mydlaną. A jednak zarzucanie Bohaterowi nihilizmu nie wytrzymuje krytyki, choć nie jest buntownikiem działającym ani w klasycznym, ani w nowoczesnym kostiumie. Ale jest buntownikiem niedziałającym, nawet rozdwojonym (I i II), który stosuje bierny opór. Olimpijscy bogowie, przebrani za posłów, profesorów, dziennikarzy po staremu szczują ludzi na siebie. Zeus ogląda to w telewizji. Próbuje telewizorem hipnotyzować, chociaż to środek już cokolwiek przestarzały. A Bohater broni swej suwerenności. Szuka siebie, swojej tożsamości. Błądzi, ale nie daje się otumanić stadnym zawołaniom, myślowym skamielinom, poszukuje ocalenia przed zbiorowym szaleństwem. Może więc w Bohaterze należałoby widzieć następcę Promethidionów i Zwolonów, cichych bohaterów Norwida. Więcej mówi cichy gest Bohatera, oddającego bez słów Marszałkowi Sejmu swoje medale i odznaczenia, niźli gromkie oświadczenia posłów czy salonowych krytyków.

 

Zawsze fragment

 

W nowym tekście Kartoteki Różewicz zawiera mnóstwo uwag odautorskich, reżyseruje (najwyraźniej to echo jego pracy z aktorami), komentuje poetykę dramatu otwartego. Niekiedy przekomarza się z czytelnikiem i przyszłym realizatorem, zapowiadając na przykład półgodzinną przymusową lekturę Ferdydurke albo trwającą 60 minut scenę ustalania porządku obrad w Sejmie.

Kluczem do całości, fundamentem jest stwierdzenie poety, iż jego koncepcja polegała na ciągłym rozrzucaniu tekstu, scen, dialogów… Dzisiaj chętnie nazywa się to dekonstrukcją, do której poeta zachęca przyszłych realizatorów, a jednocześnie – zapewne pamiętając niejedno doświadczenie teatralne – przestrzega ich przed takimi zakusami nawet pod groźbą sądu. A więc z jednej strony zniechęca do kanonicznego traktowania zapisu tekstu, z drugiej ostrzega przed dezynwolturą. Może to właśnie zmroziło reżyserów, z których żaden nie odważył się do tej pory zrealizować Kartoteki rozrzuconej (pierwszy był Kazimierz Kutz, który przygotował spektakl telewizyjny). A może dlatego, że to sztuka nieprzyjemna, daleka od triumfalizmu, zmuszająca do refleksji i samooceny.

Fragmentaryczność i wymienność tekstów, zwłaszcza tych, które zostały przez Kartotekę rozrzuconą wchłonięte, nie oznacza wcale, że mamy do czynienia z bezładną teczką wycinków, przemieszanych z tekstami poetyckimi Różewicza i fragmentami jego poprzednich wersji Kartoteki. Poeta podkreśla zasadę ciągłości. To już nie jest kolaż ani mozaika, ale raczej konstrukcja przypominająca pnącze: Autor proponuje – pisze Różewicz – żeby nie była to konstrukcja „klockowa”. Nie układa scen obok siebie, niech każda scena organicznie „wyrasta” z poprzedniej. Jedna osoba tworzy spójnik, jest świadkiem tego, co działo się w scenie poprzedniej. Ta postać przejmuje rolę prowadzącą.

Jest to więc przemyślana struktura, na którą składają się – z grubsza rzecz biorąc – trzy rodzaje fragmentów. Epizody dramatyczne, przypominające tradycyjne sceny z solidnego dramatu mieszczańskiego. Intermedia, czasem nazywane przez Różewicza baletem, czyli obszerne cytaty z gazet (i dokumentów): Czytanie gazet to jakby balet, Taniec z gazetami. I wreszcie poematy, czyli obszerne fragmenty poetyckie, które można nazywać także ariami (m.in. poemat o Heli, Salon Warszawski, Prolog). Nad tą zróżnicowaną materią poeta panuje, ale podkreśla nieustannie, że tę Kartotekę każdy musi sobie z tym fragmentów sam poskładać.

W wierszu zawsze fragment, pisanym w latach 1975-95, poeta ujawniał bezradność artysty wobec materii słowa:

przecież wiersz nie ma końca

podobnie jak

szklana kula.

Kartoteka też jest wierszem – ściślej: poematem dramatycznym o drugiej połowie XX wieku. Poematem bez końca. I też przypomina kulę.

 

Tort zamiast potrawki z orła

 

Na zakończenie Kartoteki rozrzuconej Różewicz opowiada sen: śni o próbach Kartoteki, a potem o torcie, o wielkich ciastach i tortach i o kurtynie, która opada i wnosi się. Ot, taki słodki sen.

 

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz