WIELKIE MAŁE WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE

Małe Warszawskie Spotkania Teatralne były w tym roku wyśmienitym wydarzeniem kulturalnym. W mojej ocenie, znacznie smaczniejszym niż te „duże” WST. Czy to za sprawą tegorocznego kuratora, czy coraz lepszej jakości spektakli dla dzieci – trudno rozstrzygnąć. Oba argumenty są mocne.

Marek Waszkiel, tegoroczny selekcjoner spektakli sezonu, wybrał na festiwal naprawdę dobre propozycje. Nie tylko pod względem jakości, choć tej odmówić niepodobna, lecz głównie dzięki ich różnorodności. Był tu i teatr dla zupełnie młodego widza (takiego do lat pięciu), jak i dla tego całkiem starszego młodego widza. Był teatr lalki i teatr cieni. Były spektakle ze sporym budżetem, gdzie lista płac ciągnęła się długo i te z zupełnie skromnymi środkami. We wszystkich zaś był szacunek dla tego wymagającego widza, jakim jest dziecko. Dzięki temu kluczowi mogliśmy zobaczyć co się naprawdę w polskim teatrze dziecięcym dzieje. Jak bogata i różnorodna jest dzisiejsza propozycja teatrów. Zbudowało mnie to, bo ostatnie lata nasuwały smutne wnioski o jego dużym lekceważeniu. Teatr cierpiał na chroniczny brak dobrych pozycji dla dzieci.

Festiwal otworzyła „Historia Śnieżki” Teatru Maska w Rzeszowie. Spektakl (reż. Oleg Żiugżda) jest wspaniałym przykładem, że powszechnie znana i na wielu płaszczyznach eksploatowana bajka może być opowiadana nadal w świeży i zaskakujący sposób. Klasyczna forma teatru lalek dodaje mu tylko urody. Dopracowana plastycznie, z wdziękiem animowana przez współgrających aktorów dobrze znana baśń dostarcza zupełnie nowych wzruszeń. Jednocześnie zachowując swoją siłę w uproszczonej dwubiegunowości przedstawionej historii, takiej jaką postrzega dziecko, z jasnym wyodrębnieniem przegrywającego zła i nagradzanego dobra. Prostota uniwersalnej historii jest absolutnie jej atutem. To zdecydowanie teatr, jaki lubię. Udowadniający, że nie trzeba koniecznie szukać nowych form i wydumanych estradowych trików by skupić uwagę dzieci przez ponad godzinę czasu. Dorosłego widza zaś postawił przed bardzo współczesnym pytaniem, na ile praca wykonywana przez artystę jest w stanie zapewnić mu chleb.

Kolejny dzień to równie znakomity „Wąż” Wrocławskiego Teatru Lalek. Marta Guśniowska operuje w niebanalnej historii o tolerancji, potrzebie akceptacji „inności”, która jest wszakże zaletą, najbardziej nośnymi środkami przekazu dla dzieci – teatralną magią, animacją i humorem. Opowiedziana w formule jaką sugeruje nazwa teatru, pełna aluzji historia węża cierpiącego z powodu braku kończyn i chcącego koniecznie upodobnić się do innych, to także podróż w przeszłość, kiedy spektakl był jarmarcznym widowiskiem, z możliwością zerknięcia za kulisy i poznania zaplecza teatralnej iluzji. Teatr występuje tu w roli jednego z bohaterów, scenografia i kostiumy tworzą spójną całość. Duża dawka dystansu do rzeczywistości sprawia, że zdanie wypowiedziane przez Boga w końcowej części spektaklu: „Jesteś doskonały, jesteś kompletny, takiego Cię stworzyłem i takiego Cię kocham”, nie ma znamion smrodu dydaktycznego, na które dzieci są naturalnie wyczulone, a raczej obłaskawienia kompleksów, co w konsekwencji prowadzi do happy endu.

Tego samego dnia najmłodsi widzowie mogli zobaczyć spektakl Teatru Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach „Jasno/ Ciemno” w reż. Honoraty Mierzejewskiej – Mikoszy. Interakcja z tą niecodzienną widownią stanowi nie lada wyzwanie. Projekt „Baja dla najnaja” w ramach którego powstał spektakl skierowany jest do dzieci od pierwszego roku życia. Jego celem jest oswajanie najmłodszych z teatrem. Dlatego nie ma w nim granicy między sceną a widownią, dlatego trwa on tylko 40 minut, a fabułę buduje na kontrastach i różnicach, na skojarzeniach, obrazach, ruchu i dźwięku. Podczas etiud teatralnych dzieci uczą się rozpoznawania zjawisk i przedmiotów. Wszystko dostosowane do możliwości percepcyjnych tak małych dzieci.

Teatru Baj Pomorski w Toruniu specjalnie przedstawiać nie trzeba. Od długiego czasu śledzę tą scenę i wydarzenia wokół niej z dużym zainteresowaniem. Czasem, w „gorszych czasach”, gdy rozpaczliwie szukałam dobrych propozycji dla swojej progenitury jawił się jako ostatni bastion dobrego teatru dziecięcego. Na Małych WST pojawili się ze spektaklem Maliny Prześlugi „Dziób w dziób”, w reżyserii Zbigniewa Lisowskiego. To dramat opowiedziany trochę w konwencji Ezopa, pod postaciami zwierzęcymi wyśmiane są przywary ludzkie. Grupa gołębi (dresiarzy, skinheadów?) ma ambicje objęcia władzy nad całym podwórkiem i narzucenia pozostałym mieszkańcom swojej wizji. To moralizatorska opowieść dla dzieci i dorosłych o braku akceptacji, nietolerancji, nienawiści do inności. O rozwiązywaniu konfliktów siłą. Gorzka prawda o nas samych z intencją wychowawczą. Do tego mocne aktorstwo, sugestywna scenografia, nietuzinkowe kostiumy, zachwycające lalki i współgrająca aktorsko muzyką na żywo. Po prostu świetny teatr dla każdego.

„Brzydkie kaczątko” Miejskiego Teatru Miniatura w Gdańsku, w reżyserii Romualda Wilcza – Pokojskiego, to zręcznie reaktywowany zapomniany nieco i uważany za przestarzałą, mało efektowną formę teatr cieni. Teatr Miniatura udowadnia, że sąd nad nią odbył się nieco za wcześnie. I choć nie jest to typowy teatr cieni, bo zastosowano w nim nowe środki wyrazu, to wydobył z tej formuły niezwykłe możliwości. Historia Brzydkiego Kaczątka to kolejny głos w kwestii niedopasowania, poszukiwania tożsamości i przynależności. Jednak to nie przejmujące losy odmieńca są największą wartością spektaklu, a pokazanie mechanizmu jakim rządzi się teatr. Na oczach widowni – aktorzy siedzą na scenie przed ekranem, na który za pomocą rzutnika wyświetlają cienie – stwarza się każda scena. Możemy śledzić jak aktorzy operują lalkami, grając role, zmieniając intonację, uzyskują efekty teatralne, perspektywę poprzez zbliżanie i oddalanie lalki czy przedmiotu od ekranu. Nie ma teatralnej iluzji, taki teatr każdy może przygotować w domu. A jednak urzeka umownością i cudowną plastyką.

I na koniec niczym wisienka na torcie spektakl Anny Augustynowicz „Bajki Samograjki”, przygotowany przez szczeciński Teatr Lalek „Pleciuga”. Spektakl uciekający od infantylności przekazów dziecięcych, bogatych scenografii i kiczowatych środków. To adaptacja wszystkim dobrze znanych bajek Brzechwy. Bajek, które właściwie same się grają, z naciskiem na ich wewnętrzny rytm i melodię. Przedstawienie jest pełne muzyki na żywo i ruchu scenicznego. Aktorzy ubrani na czarno, z pojedynczymi kolorowymi rekwizytami i pusta scena to estetyka uciekająca od bombardujących nas z TV produkcji filmowych. Jednak pewien rodzaj umowności sprawia, że tu odwróciłabym kolejność: to bajka dla dorosłych i dzieci. Rozmowa czerwonego kapturka z wilkiem to czat internetowy dziecka z pedofilem. Wyjątkowości spektaklowi odmówić nie można, jednak zawiodła pokora twórców. Na spotkaniu po przedstawieniu reżyser zlekceważyła młodych widzów, odpowiadając na ich szczególnie trudne pytania właściwie ciągle tym samym: „a co Ty z tego zrozumiałeś”? To było jedyne takie spotkanie z sześciu, które stanowiło mocny zgrzyt i dowód na to, że chyba nie do końca twórca liczył się tu z widzem. Przykro.

Tegoroczne Małe Warszawskie Spotkania Teatralne to WYDARZENIE. To powiew świeżości i odrodzenie nadziei. To powrót animacji lalki, wrażliwości i wyczulenia na młodego, wymagającego widza. To także powrót do roli wychowawczej teatru. To naprawdę dobry zwiastun przemian.

Katarzyna Michalik – Jaworska

Dodaj komentarz